Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tomasz Teluk
09.03.2026 13:55

Polska tylko patrzy na światowy kryzys

Unia Europejska z jej systemem ETS duszącym gospodarkę jest nieprzygotowana na kryzys energetyczny związany z wojną w Zatoce Perskiej. Najbardziej logicznym krokiem byłoby odejście od tego rozwiązania, co postuluje coraz więcej krajów. Gorzej, że Polska nie jest przygotowana na rozwój wydarzeń, a w dodatku oddaje suwerenność energetyczną opartą na węglu.

Globalna architektura energetyczna znalazła się w punkcie krytycznym, co jest wynikiem ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran oraz odpowiedzią Teheranu atakami na sojusznicze wobec USA kraje Zatoki Perskiej. Przez dekady blokada cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi gros światowego importu paliw, była uznawana za największe zagrożenie dla światowej gospodarki. Teraz ów scenariusz realizuje się na naszych oczach. Cieśnina Ormuz stanowi wąskie gardło łączące Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim. W najwęższym miejscu mierzy zaledwie 33 km, ale to właśnie tędy przepływa jedna czwarta światowego wydobycia ropy naftowej i jedna piąta skroplonego gazu ziemnego (LNG). Paraliż żeglugi w tym miejscu jest celowy i wynika z działań irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, grożącego statkom ostrzałem rakietowym i dronowym. Odpowiedzią USA był atak na irańską flotę. Ponadto firmy ubezpieczeniowe odmówiły swojego parasola statkom operującym w regionie. 

Doszło więc do faktycznego paraliżu w zatoce, ponieważ setki statków stanęły, nie mogąc realizować swoich rejsów. Kto na tym zyskuje, kto na tym traci? Tracą głównie Azja, w szczególności Chiny, i Europa. 

14–20 mln baryłek ropy dziennie wędruje głównie do Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej. W tym samym kierunku podążają gazowce LNG, na które po „derusyfikacji” dostaw czeka Europa. Chińczycy importują aż połowę ropy z tego kierunku. Reakcja rynków finansowych i surowcowych, jak na każde tego typu zdarzenie, była bardzo gwałtowna. Ceny surowców energetycznych wzrosły, ale analitycy banków inwestycyjnych takich jak Goldman Sachs wskazują, że głównym czynnikiem kształtującym ceny nie są braki surowca, lecz premia za ryzyko, która obecnie szacowana jest na poziomie od 12 do 18 dol. na baryłce ropy. 

Scenariusze dla rynków

Jeśli blokada cieśniny potrwa miesiąc, cena za baryłkę ropy może przekroczyć 100 dol., a to oznacza już poważne wzrosty na stacjach paliw. Tylko w pierwszym tygodniu notowaliśmy wzrosty cen na rynkach hurtowych o 15 proc., a cena giełdowa baryłki osiągnęła poziom 84 dol. Jeśli obecna sytuacja w Zatoce Perskiej będzie się przedłużać, a blokada potrwa powyżej trzech miesięcy, to oznacza, że świat wpadnie w głęboką globalną recesję, głębszą, niż byliśmy jej świadkami w latach 70. ubiegłego wieku.

Szczególnie wrażliwy będzie rynek gazu, na którym wzrost cen w Europie mógłby osiągnąć nawet 300 proc. Oznaczałoby to wzrost cen z poziomu 32 euro za 1 MWh do ponad 100 euro. Z kolei na rynku ropy naftowej ów wzrost mógłby nawet sięgnąć poziomów 120–150 dol. za baryłkę. Nerwowość inwestorów powodowałaby, że dodatkowo rynek cechowałaby ekstremalna zmienność, co jeszcze pogarszałoby sytuację. 

Europa jest średnio przygotowana na tego rodzaju kryzysy. Import surowców energetycznych osiąga na Starym Kontynencie 60 proc. Główne kierunki dostaw to jednak Norwegia, USA i Kazachstan, jeśli chodzi o ropę, oraz Norwegia, Algieria i Wielka Brytania w przypadku gazu ziemnego, a także Stany Zjednoczone i wciąż Rosja, jeśli chodzi o LNG. W przypadku importu z krajów Zatoki Perskiej, najbardziej uzależniona od tego kierunku jest Polska. Z Arabii Saudyjskiej pochodzi nawet 50 proc. ropy naftowej, która trafia do rafinerii w Gdańsku i Płocku. Z kolei w przypadku gazu LNG udział dostaw dla Orlenu wynosi 21 proc. Są to więc duże kwoty, a zarazem zwiastują bardzo duże problemy, kiedy kryzys energetyczny będzie się przedłużał. Donald Tusk zapewnia, że kraj posiada rezerwy strategiczne, ale pamiętajmy, że jest to na zaledwie 90 dni. Całe szczęście, że kończy się zima i na rynku detalicznym spadnie popyt na gaz. Trzeba jednak sobie uświadomić, że to właśnie na gazie ziemnym, po obowiązkowej dekarbonizacji, rząd Koalicji Obywatelskiej oparł bezpieczeństwo energetyczne państwa. 

Od dywersyfikacji do uniezależnienia 

Zarówno Arabia Saudyjska, jak i Zjednoczone Emiraty Arabskie mają zdolności ominięcia cieśniny Ormuz dzięki rurociągom East–West w Arabii Saudyjskiej oraz ADCOP w ZEA. Oba szlaki mogą przetransportować 4,2 mln baryłek ropy dziennie, co jednak stanowi zaledwie 20 proc. tradycyjnego transportu morzem. Koncern Saudi Aramco, od którego kupujemy ropę, posiada też zapasy w różnych częściach świata, z których może korzystać. Jeśli z kolei chodzi o rynek gazu, to Katar jest jednym z trzech dostawców LNG do terminalu w Świnoujściu. Dostawy i zapasy stabilizuje Baltic Pipe, skąd płynie do nas gaz norweski. Warto też wspomnieć, że dywersyfikację na tym rynku zawdzięczamy rządom Zjednoczonej Prawicy, które już po 2015 r. postawiły na model radykalnej „derusyfikacji” w tym zakresie. Obecnie ten model jest kontynuowany. W planach są budowa m.in. pływającego terminalu gazowego w Zatoce Gdańskiej i modernizacja sieci przesyłowej.

To, co jednak naprawdę dusi polską i europejską gospodarkę, to system handlu uprawnieniami ETS2, który znacznie zwiększa koszty energii – powoduje, że jej cena szybuje do niespotykanych dotąd poziomów, i ogranicza konkurencyjność przedsiębiorstw. W momencie kryzysu paliwowego może on zaszkodzić dodatkowo, bo z powodu deficytu gazu ziemnego węgiel może stać się paliwem zamiennym. 
Wzrost cen ropy i gazu znów może napędzić inflację. Zwiększy on bowiem koszty transportu, nawozów i produkcji przemysłowej. Uderza on także w rodzimą strategię potraktowania gazu jako paliwa przejściowego w zielonej transformacji. Nasza energetyka może oberwać po raz kolejny. Europa zapłaci ekstremalne marże, zmuszona do kupowania surowców z innych kierunków, jak Bliski Wschód. Polska została zmuszona do oddania suwerenności energetycznej opartej na węglu. Bez energetyki jądrowej będziemy łakomym kąskiem dla zewnętrznych agentów wpływu, ponieważ nie mamy innego wyjścia niż import surowców energetycznych i samej energii. Dlatego już teraz notujemy jedne z najwyższych cen energii w Europie. Mrożenie cen w krótkim terminie nie rozwiązuje problemów strategicznych. 

Kto traci na blokadzie cieśniny Ormuz

Kraje Zatoki Perskiej stracą krocie na blokadzie cieśniny Ormuz. Irak traci dziennie nawet 200 mln dol. O znacznie większych kwotach może mówić Kuwejt, który zarabia nie tylko na ropie, lecz także na eksporcie gazu skroplonego. W nieciekawej sytuacji jest Arabia Saudyjska, która wysyła w świat 7 mln baryłek dziennie, ale zużywa przy tym pokaźne ilości gazu na odsalanie wody i produkcję energii. Uderzenia w infrastrukturę dodatkowo osłabiają gospodarkę tych krajów. Tracą także Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn. Właśnie woda może stać się problemem dla tych krajów. Systemy odsalania wody wymagają zużywania dużej ilości energii elektrycznej, dlatego niszczenie infrastruktury krytycznej może naruszyć ten wrażliwy system. Kolejnym problemem jest także import żywności. Arabia Saudyjska importuje 40 proc. zbóż i roślin oleistych przez porty wschodnie. Z kolei ZEA sprowadzają aż 90 proc. tego typu towarów przez port w Dubaju.  

Wydaje się, że jedynymi, którzy zacierają ręce, są Amerykanie. Eksporterzy ze Stanów Zjednoczonych mogą liczyć na intratne kontrakty. Dla całej gospodarki USA sytuacja na Bliskim Wschodzie nie musi być jednak korzystna, bo ceny paliw wzrosną także na lokalnych rynkach i odbiją się na kosztach produkcji. To, czego obawia się świat, to globalna recesja. Eskalacja konfliktu i przedłużanie się działań zbrojnych mogą spowodować, że w gospodarce nastaną chude lata. 
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej