Czy w Polsce przetrwa poparcie dla przemian
Zwycięska kampania prezydenta elekta niosła dwojaki przekaz: odbudować jedność Polaków, dokonać fundamentalnych zmian. Są to zadania bezsprzecznie ważne i naglące.
Żeby odbudować jedność narodową, należałoby spełnić wiele warunków, w tym jeden kardynalny. Trzeba by sprawić, że z przestrzeni publicznej zniknie piekło wojny ideologicznej, a w to miejsce wejdzie normalny wielogłos nowoczesnego społeczeństwa. Przeprowadzenie dobrej zmiany wymaga spójnego projektu politycznego oraz kompetentnych i zdeterminowanych wykonawców, którym sprzyjałoby szerokie i trwałe poparcie obywatelskie. Wiemy jednak z doświadczenia, że system III RP ma sprawdzoną strategię przetrwania, a za główny środek obronny służy mu propaganda dezintegrująca społeczeństwo.
Format karłów
Tak było w latach 2005–2007: najpierw koszmarna atmosfera wokół naprawczych rządów koalicji Prawa i Sprawiedliwości, potem rozczarowanie wynikiem wyborczym. Przemysł pogardy tworzył wtedy potężny arsenał dywersji antyrządowej, ale nie mniej godził w oczekiwania ogromnej większości obywateli na przyjazne państwo. Narzucał Polakom format karłów, szczepił mentalność niewolniczą. Obronę własnych interesów system skutecznie przetworzył w paranoję powszechnego zagrożenia, by następnie narzucić swojemu elektoratowi politykę ciepłej wody w kranie. Na osiem lat.
Niedawna kampania prezydencka po części odczarowała propagandową baśń Platformy Obywatelskiej. Stopniowo rodziła się świadomość, że Trzecia Rzeczpospolita dorobiła się wielkich deficytów – nie tylko w zakresie finansów, ale też w sferach bezpieczeństwa, praworządności, sprawiedliwości czy zabezpieczeń społecznych. Było więc inaczej niż w roku 2005, gdy po aferze Rywina poplecznicy systemu znaleźli się w całkowitym odwrocie. Gdy wszystkie liczące się partie deklarowały – a najgorliwiej PO – że tak dalej być nie może. O tym, że nie narodzi się reformatorska IV Rzeczpospolita, zadecydował Donald Tusk. Jarosław Kaczyński, aby ratować ze społecznego potencjału przemian, co się da, zawarł koalicję bez złudzeń z Samoobroną (Andrzeja Leppera) i Ligą Polskich Rodzin (Romana Giertycha). Ta decyzja godna męża stanu do dziś ciąży na wizerunku premiera Kaczyńskiego, gdy tymczasem PO z właściwą sobie rzetelnością wciąż straszy Czwartą Rzecząpospolitą – której nigdy nie było.
Skrzydło Kukiza
W toku kampanii prezydenckiej kompromitacje władzy, głównie te aferalne i wizerunkowe, przekształcały się w społeczne oczekiwanie na zmiany. Nie zapominając o wspaniałym dorobku ruchów obywatelskich, zasługi w tej mierze trzeba po sprawiedliwości podzielić głównie między PiS z twarzą Andrzeja Dudy a elektorat Pawła Kukiza. Losy ruchu Naczelnego WoJOWnika są w tej chwili znakomitym materiałem do przemyśleń dotyczących dynamiki protestu obywatelskiego w dzisiejszej Polsce i społecznej gotowości do gruntownych przemian. Zatrzymajmy się zatem na chwilę przy fenomenie Kukiza.
W pierwszej turze prezydenckiej ten nowo kreowany lider uzyskał rewelacyjny wynik – 20,8 proc. głosów (Duda – 34,76, Komorowski – 33,77 proc.). Sondaże parlamentarne dawały jego jeszcze niesformowanej drużynie ok. 24 proc. w pierwszej połowie czerwca oraz od 21 do ok. 15 proc. głosów w drugiej fazie tegoż czerwca. Nie dokładając zbędnych spekulacji do rachunków sondażowych, można ogólnie przewidywać, że do kolejnych wyborów Kukiz nie utrzyma 21-proc. poparcia, nawet jeśli wrześniowe referendum dmuchnie mu wiatrem w żagle.
Paweł Kukiz wyłania się z ruchów referendalnych (Zmieleni.pl) i sejmików; sympatycy z tych kręgów, bardziej politycznie wyrobieni, muszą ze sceptycyzmem po-strzegać programową bezprogramowość oraz organizacyjną specyfikę ruchu (charyzmatyczne przywództwo, ale i wielość ośrodków sterowania, zasada pospolitego ruszenia, a wraz z tym swoiste rozczłonkowanie, dryf wokół rozmaitych grup antysystemowych). O te sprawy lider musi zadbać sam. Lekcją do odrobienia poza ruchem Kukiza jest odpowiedź na pytania: co go uskrzydliło? co dało mu piątą część głosów w wyborach prezydenckich?
W obrębie rozważań nad społecznym poparciem dla przemian Rzeczypospolitej warto więc konkretnie zapytać: czy poparcie Kukiza bardziej budowała wiara w dobroczynne skutki ordynacji jednomandatowej, czy radykalna antysystemowość. To nie były i nie są identyczne motywacje elektoratu, chociaż sam lider głosi, że JOW-y są narzędziem walki z systemem. Tę ordynację mogą popierać młodzi państwowcy reformatorzy, którzy chcą raczej nowych twarzy niż nowych struktur, jak też zakamieniała prosystemowa reakcja (przecież zapalił się do nich prezydent Bronisław Komorowski). Wydaje się nawet, że w toku kampanii referendalnej to raczej zwolennicy przemian nabiorą sceptycyzmu wobec JOW-ów. Gdy natomiast Kukiz mówi: „My walczymy z systemem” lub nazywa „partie topowe [...] partycypantami Magdalenki” – zwraca się do rewolucjonistów. Czy uwiarygodni się wobec nich do końca, zapraszając do swojej drużyny m.in. Magdalenę Ogórek?
Dla Pawła Kukiza problem podtrzymywania społecznego poparcia dla przemian to kwestia życia i śmierci, ponieważ to dla niego jednocześnie sprawa pozyskiwania elektoratu. Jest to jednak także strategiczny problem dla Prawa i Sprawiedliwości. Tylko pod tym warunkiem główna siła opozycyjna ma szansę odnieść prawdziwy sukces wyborczy (wygrać tak, aby rządzić dla przemian), a następnie realizować swój program w przyjaznych warunkach.
Państwo obywateli
Jak pokazują doświadczenia lat 2005–2007, budowanie jedności narodowej i realizacja przemiany ustrojowej to – wbrew pozorom – cele nierozłączne. Więcej: właśnie od tej jedności będzie teraz zależało poparcie dla przemian. Tyle będzie poparcia, ile jedności. Ale nie jest tak, że w zbożnym dziele integrowania Polaków należy uwzględniać wymuszone kompromisy polityczne. „Odpuścimy to i owo dla świętego spokoju” – taka logika byłaby wymarzonym prezentem dla sił systemu. Wskutek zawiedzionych oczekiwań wycofaliby swój akces obywatele najbardziej świadomi i aktywni. Bierni posiadacze dowodów osobistych łatwo przeszliby na pozycje indyferentne.
Aby budowanie jedności narodu mogło osłaniać przemiany, a naprawa Rzeczypospolitej nie niweczyła jedności Polaków, niezbędne wydają się (a może są oczywiste) dwie rzeczy.
Po pierwsze – jedność Polaków to nie „jedność moralno-polityczna” w wersji Edwarda Gierka czy Donalda Tuska. To nie pielęgnowanie błogiego spokoju w sferze publicznej. Konflikty są nieuchronne, wrzask tak czy inaczej się rozlegnie. Optymalny sposób budowania jedności narodowej to autentyczne, nieskłamane oddanie państwa obywatelom. Odwrócenie istniejącej sytuacji: nie obywatel dla państwa (i dla żerujących na państwie grup interesu), lecz państwo dla Polaków. Po drugie, niech program rządu naprawdę spotka się z priorytetami obywateli, o których wiedzą wszystko główni pasażerowie Dudabusu i Szydłobusu.
Powtarzamy chętnie za Bartłomiejem Sienkiewiczem: państwo teoretyczne. Ale to nieprawda. Były minister powinien powiedzieć: mamy państwo o byle jakiej fasa-dzie. Polacy mają bowiem w rzeczywistości państwo fasadowe. Właśnie kiepskie, deficytowe, gdy chodzi o wypełnianie podstawowych funkcji państwa i zaspokajanie konstytucyjnych uprawnień obywateli. A za fasadą są tyły. Za demokratyczną i wolnorynkową powłoką kryje się nieoficjalne, nieprzejrzyste, lecz jak najbardziej realne i skuteczne państwo ideologiczne, eksploatacyjne, pasożytnicze. Ono działa niezawodnie – o czym wiemy nie tylko z doświadczenia lat 2005–2007.
Od razu, jakby z automatu, dzieli ono społeczeństwo na kasty, z obliczalnością do jednego grosza kieruje środki do „swoich” i zabiera „tamtym”. Zapędza do skansenu tradycję, ogranicza miejsce w szkolnictwie i w kulturze dla polszczyzny, filologii narodowej, historii ojczystej. Nie omieszka nagrodzić prowokatorów polskości, szyderców katolicyzmu, defamatorów narodu, ale zawsze brak mu środków dla tych, którzy najszlachetniej pielęgnują więź, tożsamość, wspólnotę. I z tego rodzi się wszechobecna opresja. Alienacja. Bezsilność w sądzie, strach przed urzędnikiem skarbowym, bezradność wobec bankowego spryciarza, zgroza mobbingu i dyskryminacji w pracy, złość na niedosiężnych manipulatorów z telewizji i radia...
Nie trzeba obiecywać Polakom złotych gór. Nie trzeba im powtarzać, że są solą tej ziemi. Wystarczy pozwolić im rozstrzygać w referendach o sprawach angażujących sumienie. Wystarczy im uczciwie przysiąc, że zrobi się wszystko, nawet z narażeniem życia, aby oni mogli żyć jak cywilizowani ludzie, aby mogli być sobą u siebie.