Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Zaskakujące teorie ministra Żurka. "Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że nie ma dowodów"

- Osoby, które obawiają się wybuchu tej afery, stworzyły grupę mniejszą, która miała się kontaktować na komunikatorze, który ponoć jest bezpieczniejszy - stwierdził w środę przed sądem Waldemar Żurek. Minister sprawiedliwości, dopytywany o źródło tej wiedzy, oparł ją, jak się okazało, na dość osobliwej obserwacji. Pomimo upływu lat nie uciekła mu ona z pamięci - w przeciwieństwie do tego, z kim o niej dyskutował.

W stołecznym Sądzie Okręgowym doszło w środę do nietypowej sytuacji. Po stronie pozwanych na sali rozpraw zasiedli równocześnie minister sprawiedliwości Waldemar Żurek, reprezentujący Skarb Państwa, a także sędziowie Jakub Iwaniec i Łukasz Piebiak, którzy za poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości byli delegowani do resortu.

W sierpniu 2019 r. w mediach wybuchła tzw. "afera hejterska", a ówczesnemu kierownictwu MS zarzucono udział w szczuciu i zastraszaniu sędziów nieprzychylnych władzy oraz "walczących o praworządność". Sędziowie Iwaniec i Piebiak, a także Skarb Państwa, zostali pozwani przez sędziego Krystiana Markiewicza (wówczas szefa Iustitii) o naruszenie jego dóbr osobistych wskutek powstania oraz dystrybucji paszkwilu na jego temat. 

Ważnym wątkiem w sprawie, szeroko opisywanym przez media, było m.in. funkcjonowanie prywatnej grupy w ramach komunikatora WhatsApp. Grupa, w której skład wchodzili utrzymujący ze sobą kontakty towarzyskie sędziowie oraz pracownicy resortu sprawiedliwości, w mediach zaistniała pod nazwą "Kasta". Oto, co w sprawie jej działalności miał do powiedzenia Waldemar Żurek.

Ta grupa kontaktowała się na komunikatorze WhatsApp. Wiem, że później jak wybuchła afera hejterska przechodzono na Signal. Signal ma taką funkcjonalność, jeżeli masz kogoś w książce telefonicznej i nagle widzisz, że wchodzi na komunikator Signal, to ty dostajesz informacje o tym. Więc widać było, że te osoby, które obawiają się wybuchu tej afery, stworzyły grupę mniejszą, która miała się kontaktować na komunikatorze, który ponoć jest bezpieczniejszy

– zeznał Żurek.

Mocne stwierdzenie - szybkie wycofanie

Dopytywany jednak o źródło tej wiadomości, minister sprawiedliwości zdecydowanie złagodził swój przekaz. "Stworzenie mniejszej grupy" okazało się jedynie daleko idącym przypuszczeniem obecnego szefa resortu.  Okazało się bowiem, że minister sprawiedliwości powołał się na... wzrost popularności jednego z komunikatorów internetowych wśród swoich znajomych.

Jak wyjaśnił Żurek, w tamtym okresie Signal miał rzekomo informować użytkowników, kiedy osoba z grona ich kontaktów telefonicznych zaczyna używać tego komunikatora. 

Waldemar Żurek stwierdził, że w momencie, w którym wybuchła afera hejterska, "w krótkim okresie czasu widział na własnym Signalu" pojawianie się osób z jego książki kontaktów, które wcześniej nie korzystały z tego programu do komunikacji.

Z tego wnioskuję, że być może te osoby, to są moje przypuszczenia, stworzyły po prostu komunikator, ale do czego, nie wiem

–  wycofał się ze wcześniejszych, stanowczych słów minister sprawiedliwości.

Żurek nie był w stanie powiedzieć też, z kim rozmawiał na ten temat, ale pamiętał, że nastąpiło wzajemne przekonywanie się o słuszności tych spostrzeżeń.

Miałem później, pamiętam, wymianę zdań z kimś z kolegów czy koleżanek, którzy mieli telefony do innej części osób, i to jakby potwierdzało, że określona grupa nagle, właściwie w przeciągu dwóch dni, wchodzi na Signala, bo tak to można nazwać. Tak, jakby chciała po prostu zmienić rodzaj komunikacji

– tłumaczył Żurek.

Minister Żurek nie wspomniał o tym, że w 2019 roku WhatsApp zaliczył spory kryzys wizerunkowy po tym, gdy wyszły na jaw poważne luki w jego zabezpieczeniach.

Mec. Wąsowski: minister nie ma żadnej wiedzy na ten temat

Stronie powodowej zależy na tym, by wykazać, że szkalujące działania, wymierzone w sędziego Krystiana Markiewicza przez prawomocnie skazaną za to hejterkę Emilię Szmydt, były inspirowane czy wręcz nadzorowane przez ówczesne kierownictwo resortu sprawiedliwości. Mecenas Krzysztof Wąsowski, pełnomocnik pozwanych, zeznania Waldemara Żurka skomentował krótko: "Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że nie ma dowodów".

Całe powództwo pana sędziego Markiewicza przeciwko sędziom Łukaszowi Piebiakowi oraz Jakubowi Iwańcowi opiera się na spekulacjach. Mamy tu po prostu do czynienia z interpretacjami zdarzeń czy wiadomości z różnych komunikatorów, natomiast nie mamy żadnych dowodów. Nie ma nic, co by wskazywało, że pan Łukasz Piebiak czy pan Jakub Iwaniec kazali pani Emilii Szmydt pisać list szkalujący pana sędziego Markiewicza. Druga strona chyba też widzi, że tych dowodów po prostu nie ma, więc próbuje zrobić taką atmosferę, że ten hejt mógł być inspirowany przez te konkretne osoby

– ocenił mec. Wąsowski.

Nie omieszkał skomentować również nietypowej sytuacji, w jakiej znalazł się w tym postępowaniu minister sprawiedliwości Waldemar Żurek.

Bardzo dziwne jest też stanowisko strony pozwanej, bo pozwany jest minister sprawiedliwości. Dziś też minister sprawiedliwości jakby starał się wystąpić w dwóch rolach: jakby chciał wspierać stronę powodową. Ponieważ jednak nie ma na ten temat żadnej wiedzy, po prostu mnoży spekulacje. To dosyć smutny widok

– podsumował pełnomocnik pozwanych.

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej