W tej sprawie nic się nie zgadza. Wysłany mail z pogróżkami, broń znajdująca się w samochodzie i nakładająca się na to sytuacja osobista dziennikarza śledczego - te elementy posłużyły do aresztowania na trzy miesiące Leszka Kraskowskiego. Jednak jak dotąd nie przedstawiono w sprawie dowodów, a jedynie same poszlaki.
– Według niego (Kraskowskiego - red.) wszystko to było ukartowane. Ten napad, potem pojawił się instruktor z bronią. Uważam, że trzeba dotrzeć do tego człowieka, prokuratura powinna wyjaśnić ten wątek. Jako obrońcy czekamy na dostęp do pełnych akt sprawy – przekazał mec. Adam Janus, jeden z adwokatów dziennikarza.
W dniu zatrzymania przez policję Leszek Kraskowski udał się na zakupy do marketu. Wracając zauważył, że podążają za nim mężczyźni w samochodzie. W obawie o swoje bezpieczeństwo uciekał przed nimi aż dotarł na komisariat policji. Gdy odetchnął z ulgą na widok funkcjonariuszy w mundurach, okazało się, że podążająca za nim ekipa to również byli policjanci. Tyle, że po cywilu.
Dziennikarz został zatrzymany, a w jego samochodzie znaleziono broń, która jeszcze kilka lat wcześniej, zgodnie z obowiązującymi wtedy przepisami była legalna. To ona stała się podstawą do aresztowania go do września.
"W hondzie Kraskowskiego podczas przeszukania znaleziono pistolet gazowy produkcji włoskiej Bruni Modi i 54 sztuki amunicji. Biegły stwierdza, że jest on nielegalny – obecnie trzeba mieć na niego pozwolenie. Jeszcze kilka lat temu przepisy były inne i byłby on całkowicie legalny. Kraskowski – co jest zaskakujące – miał otrzymać tę broń od »instruktora strzelectwa spod Radomia« zaledwie kilka godzin wcześniej. Owego instruktora miał z kolei poznać w sieci, gdzie dwa tygodnie wcześniej na portalu X opisywał swoje kłopoty, w które wpadł w efekcie m.in. pracy dziennikarza śledczego"
- ustaliły dziennikarki "Rzeczpospolitej".
Tutaj też się nic nie zgadza
W sprawie pojawił się też wątek e-maila z pogróżkami wysłanego do komendanta policji. Tutaj też wiele rzeczy się nie zgadza. - Czy Kraskowski stojąc w kolejce do kasy wysyłałby e-maila z pogróżkami do komendanta policji? - pyta mec. Adam Janus. Mec. Łukasz Pawelski przypomniał, że dziennikarz udostępnił policjantom swój telefon komórkowy oraz sprzęt elektroniczny wraz z hasłami. - To raczej dowód na to, że nie ma nic do ukrycia - podkreślił Pawelski.
Zdaniem jego adwokatów adres mailowy na szyfrowanej platformie pod nazwą [email protected], dziennikarz miał założyć na żądanie informatora, który miał wysłać mu tajne materiały. Jednak nie użył tego adresu, a od lat używał innego konta mailowego.
Prokuratura i sąd dysponowały jedynie opinią biegłego dotyczącą broni. Ale nie posiadały kluczowej i najważniejszej ekspertyzy – z zakresu informatyki śledczej, która wskazałaby, kiedy, z jakiego urządzenia i o jakim adresie IP wysłano maila z pogróżkami oraz czy mógł to zrobić Leszek Kraskowski. Metadane wiadomości zawierają aż kilkadziesiąt informacji. W dzisiejszych czasach, kiedy hakerzy włamują się na cudze konta, podszywają się pod inne osoby, brak takiej weryfikacji – a więc i dowodu, że groźby wysłał Kraskowski, jest zdumiewający
- powiedział mec. Pawelski.
Co zadziwiające, mail ma być pełen wulgaryzmów i inwektyw, a na dole widnieje podpis dziennikarza. - Mamy do czynienia z postępowaniem poszlakowym i jak dotąd wszystkie poszlaki wskazują, że to podejrzany wysłał maila z pogróżkami - odpowiedział dziennikarkom prok. Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Przyznał, że trwa weryfikacja powiązań wysłanego maila z Kraskowskim. Prok. Skiba dodał, że informacji potwierdzających wprost, że mail z groźbami wysłał Kraskowski, prokuratura ani sąd w momencie, kiedy decydowano o areszcie, nie posiadały.