Na czele owej komisji stał generał Jarosław Stróżyk. Choć funkcjonowała ona od wielu miesięcy, efektów prac nie było widać. A na pewno nie takich, jakie według członków - miały być. Najpierw jako wstępny raport wypuściła "gniota", krytykowanego nawet przez sympatyzujące z koalicją 13 grudnia media. W skrócie: kilkuslajdową prezentację. Później z kolei zapowiedziano publikację "miażdżącego" PiS raportu w 15. rocznicę katastrofy smoleńskiej. Gdy termin się zbliżał, zmieniono taktykę - zamiast publikacji zaczęto wysyłać do mediów krótkie wrzutki dotyczące poszczególnych polityków.
Wczoraj okazało się, że szef rządu Donald Tusk - nie informując opinii publicznej, po cichu rozwiązał komisję pod wodzą Stróżyka. W Monitorze Polskim znalazło się jego zarządzenie. "Znosi się Komisję do spraw badania wpływów rosyjskich i białoruskich na bezpieczeństwo wewnętrzne i interesy Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2004–2024" – napisano.
Tylko nie mówicie nikomu!
— Sławomir Cenckiewicz (@Cenckiewicz) July 30, 2025
W pierwszą rocznicę próby zniszczenia mi życia przez Stróżyka, premier @donaldtusk zlikwidował mu Komisję… i całe towarzystwo rozpędził!
Kasy przepalili - miliony! Sporo zarobili - to fakt! Nic nie ustalili - to jasne! Raportu w marcu nie ogłosili -… pic.twitter.com/GaCk8sYUaB
Groźby, slajdy i pseudoeksperci
O komentarz do sprawy portal Niezależna.pl poprosił Mariusza Kozłowskiego, emerytowanego pułkownika Służby Kontrwywiadu Wojskowego (SKW).
Zapytaliśmy eksperta, co najbardziej zapamiętał z 14 miesięcy prac komisji pod kierunkiem gen. Stróżyka.
Po pierwsze zapamiętałem groźby, które wypowiadał premier Donald Tusk, mówiące o tym, że ta rządowa komisja powstaje w celu coraz większego zaciskania pętli na rosyjskich wpływach w Polsce. Pamiętam też pierwszą konferencję gen. Stróżyka, która sprowadzała się wyłącznie do przerzucania slajdów. Z kolei na drugiej konferencji komisji przedstawiono jednostronicowy dokument, z którego nic nie wynikało.
– wskazuje nasz rozmówca.
Kolejna rzecz, którą zapamiętałem, to fakt, że efekty prac komisji zostały utajnione i przedstawione premierowi Tuskowi. Do dziś nikt poza nim nie wie, co w tym raporcie jest.
– dodaje.
Zapamiętałem też to, że komisja miała bardzo wielu kontrowersyjnych członków, m.in. Klementynę Suchanow czy Tomasza Piątka. Zatrudniając wielu tzw. "ekspertów", komisja dostała bardzo potężny budżet na realizację rządowych zadań.
– uzupełnia.
"Sposób odwołania czy zniesienia komisji Stróżyka przez Donalda Tuska, świadczy o tym, że najważniejszym urobkiem tej komisji jest jej likwidacja w pokątny sposób. To fiasko premiera i całego rządu" – mówi płk Mariusz Kozłowski.
Premier Donald Tusk, likwidując po cichu tę komisję, przyczynił się do tego, że badanie rosyjskich i białoruskich wpływów w Polsce zostało ośmieszone. Być może taki był właśnie cel działania tej komisji, by już nikt, czy to wśród polityków czy społeczeństwa, nie traktował poważnie badania tych wpływów, które są realne, które dzieją się tu i teraz. Jeżeli taki był jej faktyczny cel, to on się udał.
– dodaje.
To również ośmieszenie Ministerstwa Sprawiedliwości. Resort użyczał organizacyjnie miejsca i narzędzi do pracy tej komisji. Być może Tusk, usuwając ministra Adama Bodnara ze stanowiska, chciał przy okazji upiec jeszcze jedną pieczeń w postaci komisji Stróżyka. To kompromitacja dla ministerstwa, które obsługiwało komisję, nadawało jej rangę.
– zauważa nasz rozmówca.
Ekspert wskazuje na jeszcze jedną, ważną rzecz związaną z likwidacją komisji Stróżyka.
Komisja Stróżyka została zlikwidowana, jednak nadal obowiązuje ustawa o Państwowej Komisji do spraw badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2007–2022, której przewodniczył Pan profesor Sławomir Cenckiewicz. Ona nadal istnieje w polskim prawie na podstawie przepisów ustawy. Nie ma tylko powołanych członków.
– kończy płk Mariusz Kozłowski.