Prokuratura umorzyła śledztwo ws. tzw. dwóch wież. Decyzja ta wywołała furię szczególnie u pełnomocnika austriackiego biznesmana Geralda Birgfellnera, Romana Giertycha. Śledczy po wysłuchaniu stron orzekli, że do przestępstwa nie doszło.
"Zgromadzone w trakcie śledztwa dowody oraz poczynione ustalenia faktyczne nie potwierdziły, aby Jarosław Kaczyński wprowadził Geralda Birgfellnera w błąd"
- czytamy w piśmie.
Obszerny komunikat prokuratury zwierający podstawy umorzenia śledztwa w sprawie nie stawia w pozytywnym świetle klienta Giertycha.
"Zebrane w sprawie dowody nie pozwalają na przyjęcie, iż Jarosław Kaczyński prezentował się wobec pokrzywdzonego jako osoba, która faktycznie decyduje o wszystkich sprawach związanych z realizacją planowanej inwestycji. Wręcz przeciwnie – od początku przekazywał pokrzywdzonemu, że kwestie jego zaangażowania w tę inwestycję musi omówić z zarządem spółki Srebrna"
- tłumaczy prok. Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
Co więcej, prezes PiS każdorazowo miał podkreślać, że decyzje musi skonsultować z zarządem spółki.
Dalej podkreślił, że "śledztwo nie wykazało, aby Jarosław Kaczyński wywierał wpływ na podejmowane w tej sprawie przez zarząd spółki Srebrna decyzje".
Klient Giertycha sam podjął takie decyzje
Nie było także mowy o tym, że inwestycja dojdzie do skutku, co jednak nie przeszkodziło Austriakowi na podjęcie działań, których koszty jego zdaniem miał ponieść Kaczyński.
"Jak ustalono, Jarosław Kaczyński nie udzielił Geraldowi Birgfellnerowi żadnego pełnomocnictwa do podejmowania działań zmierzających do przygotowania tej inwestycji, osobiście nie zlecał mu także żadnych prac w tym zakresie. Rozmowy prowadzone z Geraldem Birgfellnerem w zakresie inwestycji były na bardzo ogólnym poziomie, nie ustalano żadnych szczegółów, zarówno co do zakresu prac, jak i oczekiwanego wynagrodzenia"
- twierdzi prokuratura.
To były wyobrażenia
Jednym z istotniejszych fragmentów jest ten wskazujący na to, że Birgfellnerowi więcej się wydawało niż było w rzeczywistości.
"Na podstawie zgromadzonego w toku śledztwa materiału przyjęto, iż co najwyżej Gerald Birgfellner pozostawał w subiektywnym mylnym przekonaniu, nieznajdującym w niczym potwierdzenia, że to Jarosław Kaczyński jest nieformalnie osobą decyzyjną w zakresie spraw spółki Srebrna. Nikt u niego tego przekonania świadomie nie wywołał"
- czytamy.
Prokuratura uzasadniła, że na podstawie zebranych informacji i zeznań nie można stwierdzić, by polityk wprowadzał pokrzywdzonego inwestora w błąd i nie doszukała się przestępstwa.
"Co prawda śledztwo jednoznacznie wykazało, że Gerald Birgfellner faktycznie podjął szereg działań celem realizacji przedmiotowej inwestycji. Nie ulega też wątpliwości, że pokrzywdzony poniósł w związku z tym koszty własne i na rzecz innych podmiotów. Samo to jednak nie świadczy, że został przez kogokolwiek doprowadzony do niekorzystnego rozporządzenia mieniem"
- padło w komunikacie.