O planach Ministerstwa Klimatu i Środowiska poinformował poseł Polski 2050 Bartosz Romowicz, który w przeszłości był burmistrzem Ustrzyk Dolnych.
„Dziś w Birczy Paulina Hennig-Kloska zaproponowała samorządowi rezerwat przyrody na 6 tys. ha, czyli… tyle, ile miałby mieć park narodowy, którego nie utworzą bez zgody samorządu. Rezerwat zaś bez tej zgody utworzą. Chcą omijać ustawę, dlatego tym bardziej jestem pewny, że moja ustawa jest potrzebna” – napisał poseł Romowicz.
Utworzenie tego parku narodowego to od lat jedno z głównych haseł aktywistów ekologicznych.
Pomysł z długą brodą
Nie jest to bynajmniej pomysł współczesny. Z propagandowych tekstów aktywistów dowiemy się, że Turnicki Park Narodowy został projektowany już przed II wojną światową.
Jednym z głównych pomysłodawców był Tadeusz Trella, zasłużony entomolog. Ciekawa była jego argumentacja w latach 30.
„W czasie od końca wojny światowej po lata ostatnie dokonały się na Turnicy głębokie przemiany, najpiękniejsze drzewostany padły pod siekierami drwali, miejsce lasów wysokopiennych zajęły rozległe zręby i młodniki, przeważnie z wprowadzonych, obcych dla Turnicy gatunków, jak: świerki, sosny, modrzewie, dęby i wiązy, bór karpacki w swej naturalnej, pierwotnej postaci zachował się jedynie w nielicznych zakątkach. Zabezpieczenie ocalałego od zagłady pierwoboru w formie rezerwatu, przynajmniej na jednym z najbardziej charakterystycznych stanowisk, ułatwia do pewnego stopnia okoliczność, że obszar ten, dochodzący 25 km kw., w przeważnej większości jest własnością skarbu państwa, zaś niewielka pozostała część północno-wschodnia należy do Polskiej Akademii Umiejętności” – pisał na łamach almanachu „Ochrona Przyrody” Tadeusz Trella.
Z tego wynika, że zdaniem przyrodnika 80 lat temu tereny projektowanego dzisiaj parku narodowego były już w znacznym stopniu zdegenerowane i przekształcone. Powierzchnię tego, co ewentualnie można ratować, oszacował on na 25 km kw., czyli 2,5 tys. ha.
Tymczasem dzisiaj, po 80 latach prowadzenia gospodarki leśnej, aktywiści chcą powołać park o wielkości… od 17 do 19 tys. ha. To, co zaproponowało ostatecznie ministerstwo, to 6 tys. ha, czyli ponad dwa razy więcej niż to, co projektował przed II wojną światową Trella.
Rezerwat to w tym wypadku opcja zastępcza dla aktywistów, którzy niedawno zaczęli otwarcie krytykować Ministerstwo Klimatu i Środowiska za brak sprawczości i wolne tempo wyłączenia lasów z gospodarki leśnej.
O tym, jak duży rezerwat proponuje ministerstwo, może świadczyć to, że od października 2023 r. stworzono ok. 134 rezerwatów o łącznej powierzchni ponad 14 tys. ha. Oznacza to, że statystyczny rezerwat ma 106 ha, czyli jakieś 60 razy mniej niż nowy twór ogłoszony przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska.
PR za 19 mln zł
Ministerstwo Klimatu i Środowiska w Bieszczadach ogłosiło również start zespołu ds. niedźwiedzi. Sprawa stała się pilna, bo od lat lokalne samorządy apelują od odstrzał drapieżników podchodzących do ludzkich siedzib.
Mimo że stworzenie zespołu ogłoszono już kilka miesięcy temu, to teraz ma on zacząć działać w związku z tym, że po niemal pół roku udało się… kupić samochody terenowe.
„Coraz częstsze pojawianie się niedźwiedzi brunatnych w pobliżu zabudowań, szkody w gospodarstwach oraz pasiekach, a także rosnąca liczba interwencji z udziałem tych drapieżników wskazują na konieczność podjęcia działań zintegrowanych. Projekt, wart ponad 19 mln zł i dofinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko 2021–2027, zakłada kompleksowe podejście do problemu. Celem projektu jest stworzenie systemu, który umożliwi skuteczniejsze zapobieganie sytuacjom konfliktowym z udziałem niedźwiedzi, przy jednoczesnym zachowaniu wysokiego poziomu ochrony jednego z najcenniejszych gatunków polskiej fauny” – czytamy na stronach Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Gumowymi kulami w niedźwiedzia
Pomysł jest taki, że niedźwiedziom będą zakładane obroże telemetryczne, co ma umożliwić ich monitoring. Gdyby drapieżnik pojawił się w okolicach domostw, ma być odstraszany za pomocą strzelania gumowymi kulami i bronią hukową.
Taki model miał się sprawdzać w Tatrach. Czy jednak uda się go zaimplementować w Bieszczadach? Już są wskazywane potencjalne problemy. Grupy interweniujące mają reagować z opóźnieniem, a gumowe kule mają być mało skuteczne.
Samorządy jeszcze w ubiegłym roku wnosiły o odstrzał pięciu osobników. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska nawet wydała pozwolenie, ale ostatecznie zgodę cofnęła po interwencji aktywistów i części polityków koalicji rządzącej.
Powstanie zespołu jest propagandowo przedstawiane jako przełom. Krytycy zapewniają, że z ocenami warto poczekać do przyszłego sezonu. Najczęściej bowiem do konfliktów na linii niedźwiedź–człowiek dochodzi wczesną wiosną, gdy zwierzęta budzą się ze snu zimowego. W tym roku doszło do śmiertelnego ataku zwierzęcia.