„Uśmiechnięta” polityka pamięci
W piątek w Galerii Palowej Ratusza Głównego Miasta w Gdańsku odbył się wernisaż wystawy zatytułowanej: „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Ekspozycja prezentuje losy dziesiątek tysięcy mieszkańców Pomorza, którzy zostali wcieleni do niemieckiej nazistowskiej armii.
Wystawa spotkała się z krytyką ze strony wielu polityków i osób publicznych, m.in. prezydenta Andrzeja Dudy, wicepremiera, szefa MON Władysława Kosiniak-Kamysza i byłego szefa MON Mariusza Błaszczaka. W odpowiedzi na tę krytykę Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Muzeum Gdańska wystosowały oświadczenia, w których przekonywano m.in., że „narracja wokół wystawy bywa wykorzystywana instrumentalnie dla doraźnych celów politycznych”.
Kontekst jest znacznie szerszy
Prof. Piotr Gliński komentując tę sprawę dla portalu Niezależna.pl przyznał, że gdańska wystawa „jest nie tylko próbą relatywizowania polskiego udziału w II wojnie światowej”, ale także „wpisuje się w szersze zinstytucjonalizowane działania”. - Niestety, szereg instytucji, nawet takich, które tworzyliśmy (jak Instytut Pileckiego, Muzeum Historii Polski) czy współtworzyliśmy (jak Muzeum II Wojny Światowej) uprawia tego rodzaju politykę historyczną, która służy niemieckiemu punktowi widzenia czy wręcz jest realizacją niemieckiej polityki historycznej – powiedział.
- A miasto Gdańsk niestety od bardzo wielu lat taką dziwną politykę tożsamościową, historyczną prowadzi; politykę, która wpisuje się w podejście niemieckie. Także ECS [Europejskie Centrum Solidarności-red.], które jest kierowane w zasadzie przez gdańskie elity, prowadzi bardzo dziwną z punktu widzenia tożsamości polskiej politykę historyczną. I nawet, kiedy ja byłem ministrem, ministerstwo nie miało wpływu na tę instytucję
- podkreślił.
Zdaniem Piotra Glińskiego, Niemcy realizują swoje polityczne cele „poprzez bardzo silną presję” za pomocą tzw. „soft power”. - Tyle tylko, że ta „soft power” jest bardzo twardo realizowana – dodał.
- Bo to nie tylko jest tak, że polscy politycy obecnie mianują np. na dyrektorów wielu instytucji ludzi, którzy są związani właśnie z polityką niemiecką, jak w przypadku Instytutu Pileckiego, ale także od lat np. samorząd gdański realizuje takie dziwne przedsięwzięcia, czy to w ECS, czy poprzez organizowanie, czy pozwalanie na organizowanie różnych przedsięwzięć, takich jak np. upamiętnienie Stauffenberga
- przypomniał.
[W 80. rocznicę zamachu na Hitlera, w którym brał udział Claus von Stauffenberg Konsulat Generalny Niemiec zorganizował upamiętniającą niemieckiego oficera uroczystość-red.]
To nie pierwszy raz
Gliński podkreślił, że „nie pierwszy raz” w Gdańsku dochodzi do podobnych sytuacji, jednak tym razem organizatorzy wystawy „poszli o wiele dalej”. - Bardzo charakterystyczny jest jej tytuł, taki bardzo prowokacyjny. Ja nie wiem czy tu nie ma w ogóle takiej nutki prowokacji: „Co nam zrobicie? My sobie możemy rządzić. Mamy mandat społeczny, mamy mandat wyborców i możemy sobie w Gdańsku robić co chcemy”. To zakrawa wręcz na prowokację – ocenił.
- Wpisuje się to w działania tych środowisk, tych instytucji, które ulegają od lat czy też po prostu są w jakimś sensie zaprzyjaźnione z niemiecką polityką historyczną. Także poprzez systemy grantowe. Przecież wiemy doskonale, że niemieckie NGO-sy, niemieckie systemy stypendialne są szalenie aktywne w Polsce. Bardzo wielu polskich historyków korzysta z tych stypendiów. W Niemczech są instytucje, chociażby te, które są zaangażowane w projekt tzw. Domu Polskiego i tego kamienia. Od dwudziestu lat się zastanawiają jak polskie ofiary upamiętnić i nic nie zrobili, obrazili nas jeszcze tym kamieniem. Gdy my natomiast próbowaliśmy w czasach, gdy ja byłem odpowiedzialny za ministerstwo kultury (stworzyliśmy oddział niemiecki Instytutu Pileckiego w Berlinie), to żaden wysokiej rangi niemiecki polityk nie odwiedził nigdy naszego Instytutu, który się znajduje naprzeciwko Bramy Brandenburskiej
- tłumaczył.
Niemieckie interesy
Zaznaczył, że politycy niemieccy nie chcieli z nim na ten temat rozmawiać. - Próbowali jakby maskować tę współpracę, chociażby przy wspólnym apelu o oddanie naszych dzieł sztuki. To jest polityka, która jest znana nie od dzisiaj. Zwieńczeniem tego jest postawa Niemców wobec naszych żądań dotyczących odszkodowań wojennych. Gdy te odszkodowania zostały po pięciu latach pracy przedstawione merytorycznie w raporcie, do którego nie mogą przypiąć jakiejkolwiek krytyki, no to mówią po prostu, że „nie, bo nie” – przypomniał.
- Ta wystawa i jej tytuł jest niebywała, bo to jest po prostu rodzaj prowokacji ze strony tych polskich środowisk samorządowych i politycznych, które służą niemieckim interesom
- podsumował Piotr Gliński.