Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Państwo hoduje drapieżniki, a potem dziwi się tragediom. Możdżonek dla "GP": Dla każdego gatunku jest miejsce

– 58-letnia kobieta zabita przez niedźwiedzia w Bieszczadach to nie tylko tragedia i „przypadek”, ale przede wszystkim dramatyczny skutek wieloletniego niefrasobliwego podejścia państwa do dzikich drapieżników – uważa Marcin Możdżonek, prezes Naczelnej Rady Łowieckiej. Ostrzega w rozmowie z "Gazetą Polską", że puszczanie przyrody samopas, uleganie aktywistom i brak racjonalnego gospodarowania populacjami dużych drapieżników oraz dzików prowadzą do eskalacji konfliktów człowiek–zwierzę.


Polska żyje jeszcze śmiercią kobiety zaatakowanej w Bieszczadach przez niedźwiedzia. Jedni powiedzą, że tragedia i przypadek. Inni mówią o tym, że jest to zaniedbanie państwa, które nie wdrożyło odpowiednich procedur. Jakie wnioski z tej historii powinniśmy wyciągnąć jako państwo? 

Moim zdaniem to było zaniedbanie procedur i państwa. Tak się kończy niefrasobliwa polityka dotycząca gospodarowania zasobami naturalnymi.

Przyroda, jaką mamy wokół nas, jest bardzo cenna i wszyscy to rozumiemy. Ale żeby zachować tę przyrodę dla przyszłych pokoleń w takim samym stopniu albo jeszcze lepszym, musimy nad nią panować. Musimy ją regulować i trzymać w ryzach. To właśnie jest naturalne. Tak jak są plany urządzania lasu, w których planuje się na dziesiątki czy nawet na setki lat pewne działania, tak samo istnieją plany hodowlane co do zwierzyny dziko żyjącej. Każdy cywilizowany kraj robi to w ten sposób. Doskonałym przykładem mogą być państwa skandynawskie. Bada się tam drapieżniki, gromadzi dane i pyta naukowców. Bada się zasobność łowisk i to, jaką mają one pojemność. Można to wyliczyć i odpowiedzieć, ile osobników danego gatunku może żyć w naszych lasach. To wszystko musi mieć ręce i nogi. Jeżeli puszczamy to samopas, to dochodzi do niebezpiecznych i ekstremalnych odchyleń. W wypadku dużych drapieżników mówi się, że jest ich za wiele w stosunku do pojemności siedlisk. Podobne przypadki mamy z łosiem, z żubrem i z inwazyjnymi gatunkami obcymi, takimi jak szop pracz. Nie mamy żadnej, ale to żadnej strategii. 

A natura nie poradzi sobie sama? 

Często to słyszę z ust aktywistów. Owszem, poradzi sobie sama i w tym problem dla człowieka. Bez jej regulacji sobie nie pomożemy. Tutaj dotykamy kwestii priorytetów. Ja stawiam życie ludzkie ponad życiem zwierząt czy roślin. Mam wrażenie, że aktywiści robią odwrotnie. Nikt rozsądny się na to nie zgodzi.                         

W lipcu ubiegłego roku Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wydała zgodę na odstrzał trzech niedźwiedzi w gminie Cisna. Redukcję przeprowadzają Słowacy, gdzie również zdarzały się przypadki ataków niedźwiedzi na ludzi. U nas się nie dało. Dlaczego w naszym kraju tak to wygląda niemal zawsze, gdy ktoś podejmuje decyzję o odstrzale, że jest ona natychmiast podważana, a w efekcie państwo się wycofuje? 

Organizacje pseudoekologiczne i aktywiści podnoszą rwetes. Im zależy, żeby robić dużo szumu, a taki odstrzał to temat nośny i medialny. Jednak nigdzie indziej na świecie tak to nie działa. W lewicowo-liberalnej Kanadzie, gdy pojawia się problem: jest niedźwiedź, puma czy wilk zbliżający się do ludzi, to decyzje podejmuje się na miejscu, a nie z centrali państwa. Bez żadnego debatowania. Tymczasem u nas wokół tej debaty wytworzył się już biznes. Na fali oburzenia można założyć fundację, pobierać granty i udawać, że się chroni misie. Można robić zbiórki na ratowanie zwierząt. Można adoptować pszczoły. Tego wszystkiego nie będzie, gdy zaczniemy racjonalnie gospodarować zasobami przyrodniczymi. O to idzie gra. Politycy w Warszawie zza biurek, z miejsca w ławie sejmowej albo z łóżka w hotelu poselskim nie dostrzegają tego, co się dzieje w samorządach. Zwłaszcza tych oddalonych od Warszawy. To jest naprawdę paradne. Jeżeli wiceminister Dorożała pojechałby dziś w Bieszczady i porozmawiał z ludźmi, to byłoby to dla niego przykre doświadczenie. Przekonałby się, jak jego działania oceniają mieszkańcy narażonych na drapieżniki gmin. To działa po prostu fatalnie.

Jeżeli nawet pojawiają się decyzje o odstrzale dużych drapieżników, to są one obwarowane takimi przepisami i wymogami, że często stają się niewykonywalne. W 2024 roku zgodzono się na odstrzał około 95 wilków, ale ostatecznie odstrzelono 20 osobników.

Czy z Pana rozmów z myśliwymi wynika, że doświadczenia takiej tragedii, jak ta w Bieszczadach, mogliśmy uniknąć?

To jest wróżenie z fusów. Mówimy wszak o dzikich zwierzętach. Należy jednak zauważyć, czego dzikie zwierzęta nie mają. Mianowicie pozbywają się strachu i respektu przed człowiekiem. Niczego się nie boją. Chodzą, jak chcą, gdzie chcą i o każdej porze dnia. Sceny z dzikami czy łosiami w miastach stały się codziennością. Wilki są widywane w obrębie Warszawy. Mamy problem, bo nie gospodarujemy racjonalnie i zaburzamy to, do czego człowiek przyzwyczaił już kiedyś zwierzęta dziko żyjące, czyli poczucie respektu, strachu przed człowiekiem jako potencjalnym zagrożeniem w naturalnym, ewolucyjnym starciu. To brzmi jak legenda, a jest prawem natury – tam, gdzie zwierzę boi się o siebie czy swoje młode, tam się nie pojawi. A my oglądamy właśnie nagranie z ostatnich dni, na którym przez płot pod czyimś domem dziarsko przeskakuje niedźwiedzica z młodymi. W zasadzie o kolejną tragedię nietrudno...

Ministerstwo zaproponowało zespół ds. odstraszania niedźwiedzi. Kosztem jedynie 16 mln zł. Zespół ma odstraszać zwierzęta na różne sposoby. Prace trwały od sierpnia. Sfinalizowano je pod koniec marca. Nie jest to jednak dobry start tego projektu, ale może to jest właściwa droga? 

Racjonalne gospodarowanie polega również na tym, że trzymamy w ryzach populacje. To daje efekt. Nikt nie mówi o tym, aby wybić wszystkie wilki czy niedźwiedzie, bo są groźne. Dla każdego gatunku jest miejsce. Jednak siedliska i lasy mają określoną pojemność. Tak jak żubrów w Puszczy Białowieskiej jest za dużo i robią szkody na polach, a wilki trzebią zwierzęta gospodarskie i psy domowe. Tworzą się niepotrzebne konflikty na linii ludzie–zwierzęta.

Już słyszę głos aktywistów: myśliwi mówią o pojemności środowiska, to znaczy, że chcą strzelać. 

To nie jest wymysł myśliwych. Takie pojęcia, jak pojemność siedliska, to nie termin łowiecki, ale naukowy. Eksperci i fachowcy są w stanie oszacować, jak duże zagęszczenie zwierząt może żyć na danym terenie, tak aby cała populacja utrzymywała się w dobrej kondycji. 

Czy myśliwi chcieliby przywrócenia odstrzału na wilki? 

Nie. To jest akurat myśliwym do niczego niepotrzebne. Polski Związek Łowiecki nie chce powrotu do odstrzału wilków. Nie chce też polować na łosie i niedźwiedzie. Ministerstwo wyhodowało sobie problem, to niech ministerstwo za to odpowiada. Gdyby te gatunki były wciągnięte na listę gatunków łownych, to z automatu musielibyśmy ponosić koszty gospodarowania nimi i koszty odszkodowań. Przypominam, że PZŁ nie dostaje nawet złotówki dotacji czy grantów od państwa. Wykonujemy wszystkie zlecone nam zadania, a utrzymujemy się z własnych składek i prowadzonej działalności.

Państwo doprowadziło do tej sytuacji, a PZŁ miałby płacić odszkodowania, bo powróciłby obowiązek polowania na te gatunki? Nie, dziękujemy.

Postulujemy zabranie się w końcu do roboty – stworzenie strategii, a przede wszystkim może niech w końcu państwo policzy choćby, ile niekontrolowanych teraz osobników z tych gatunków w ogóle jest. Nie ma regulacji, nie ma odstrzału bez wiedzy o ilości bazowej. Wbrew tym wszystkim dyletanckim krzykom myśliwi nie chodzą do lasu wedle uznania i nie strzelają do jakichkolwiek zwierząt. Mamy plany łowieckie oparte na danych z wielu lat, nasze obserwacje, wiedzę samorządów i Lasów Państwowych. Dotyczy to gatunków łownych, bo to nasz ustawowy obowiązek.

Trudno zakładać, że wielkim biznesem stałoby się polowanie na wilki…

Automatycznie bylibyśmy zalani wnioskami o odszkodowania na dziesiątki milionów złotych. Wilk czy łoś powodują duże straty, na przykład w rolnictwie i uprawach leśnych. 

Chciałbym chwilę porozmawiać o dzikach w miastach. Teraz jest głośno o Warszawie. Czas jednak na kolejne miasta. W Łodzi odstrzał ma wynieść 2 tys. osobników. Czy ten problem jest do rozwiązania? 

Jeżeli stawiamy życie ludzi wyżej niż życie zwierząt, to powinniśmy ten problem rozwiązać. Dzisiaj jedyną skuteczną metodą jest odstrzał. Odławianie i uśmiercanie tych dzików. Możemy się obrażać bądź nie, ale tak to funkcjonuje. Odstraszanie dźwiękowe, zapachowe czy śmietniki antydzikowe to mydlenie oczu. Mówi się też o przepędzaniu, które na dzisiaj jest niezgodne z prawem, bo się łamie ustawę o ochronie przyrody. Nie ma innego sposobu. Dziki w Warszawie mieszkają od lat. Wbrew temu, co mówią gwiazdki i pseudocelebrytki, że są przepędzane z lasów przez myśliwych. To są warszawskie, ale nadal dzikie zwierzęta i rodzą się kolejne. Ich instynkt jest taki sam, nie uczłowieczyły się, choćbyśmy im nadawali najpiękniejsze imiona. Mamy dziś ponad 5 tys. dzików w Warszawie. Jasne, można z tym nic nie robić. Działać wbrew rozumowi, ale trudno tu będzie o happy end. My ostrzegamy, przecież to nie chodzi o polowania w miastach, bo myśliwi nie mogą tego robić i nie chcą. Ostrzegamy i alarmujemy, że to się źle skończy, bo skala zjawiska jest zbyt duża.

Widział Pan zdjęcia z akcji odstrzeliwania dzika Henia? Kilkadziesiąt osób zaangażowane w odstrzał jednego zwierzęcia. Ponawiam pytanie: czy to możliwe, by z tym problemem sobie poradzić?

Ja bym tego w taki sposób nie deprecjonował. To jest dzikie zwierzę. I oczywiście kilkadziesiąt osób zaangażowanych w odstrzał, ale raczej nie wszystkie ze względu na dzika, a też na dziki tłum. 

A to dzikie zwierzę zamknięte na placu zabaw…

Akcja jest dynamiczna. Wszystko dzieje się w ruchu. Zabezpieczenie ze strony służb było potrzebne. Choćby po to, żeby zapewnić bezpieczeństwo gapiów i osób postronnych. Podczas takiej akcji mogą się zdarzyć różne rzeczy. Ranne zwierzę może na przykład zaszarżować, zanim padnie. To jest naturalne, że do wykonania takiego zadania potrzebne są duże środki. I przypomnę tylko, że w mieście takie akcje nie są prowadzone przez PZŁ, bo tu też są przekłamania.

Patrząc jednak na skalę działania, wychodzi na to, że będzie to nas sporo kosztować. 

Można próbować rozwiązywać to inaczej. W Hiszpanii popularne są polowania z łukiem i w nocy. Jest to ciche i spokojne. Tak samo skuteczne jak broń palna. To wymagałoby jednak zmiany przepisów. A co więcej, trzeba byłoby zmienić podejście ludzi do problemu. Tego w rządzie nie widzę. 

W Ratuszu jednak widać otrzeźwienie. 

Moim zdaniem to jest już konieczność. Władze Warszawy przez wiele lat ignorowały ten problem i go po prostu wyhodowały. Doszło to już do takiej skali, że nie ma innego wyjścia, jak organizować takie redukcje. 

W którym momencie popełniono błąd? Pamiętam, że jak pisałem o dzikach w mieście w 2014 roku, to była wielka radość. Dominowało poczucie, że dziki będą sobie żyły obok nas i będzie miło. 

Dzik bywa bardzo niebezpieczny. Mamy wiele wypadków. Już dziś są przypadki poszarpanych łydek i ud. Przecież odyniec swoją szablą jest w stanie przeciąć tętnicę udową i zabić człowieka. A co jak trafi na dziecko? Mamy mówić, że dzik w piaskownicy jest okej i mamy tam puszczać dzieci? Przecież każdy, kto ma blade pojęcie o tym, jak dzik może się zachować, nigdy nie pozwoli na coś takiego. I w tym kontekście to jest jakaś irracjonalna dyskusja, bo gdzie zwolennicy dzików w stolicy stawiają granicę? Poszarpane łydki czy jeden zabity shih tzu to jedyne poświęcenie, na które są gotowi. A połamane nogi, a może jedna ofiara wypadku samochodowego? Co musi się wydarzyć, aby łaskawie pozwolili prezydentowi wydać decyzję o redukcji populacji warszawskiego dzika? Świat stoi na głowie.

Jako PZŁ uczestniczycie w tej dyskusji. Czy oponenci mają jakieś pomysły? 

Głównie takie, że trzeba zebrać dotacje i kupić śmietniki antydzikowe. Do tego dochodzi kwestia substancji zapachowych, które mają odstraszyć zwierzęta, i karmy, która ma być wykładana daleko od siedzib ludzkich. Takie działania nic nie dadzą. Dzik się rozmnoży, wróci, przyzwyczai. Mamy duży problem. W Warszawie było 341 wypadków komunikacyjnych z udziałem dzików w 2025 roku. Służby podjęły 8,8 tys. interwencji. Miasto zatrudnia pięciu myśliwych na etacie. Jakie to są koszty? Należy przyjąć racjonale gospodarowanie i zredukować populację dzika. W tym momencie działania będą musiały odbywać się na większą skalę, bo problem jest duży, ale potem trzeba będzie to kontynuować, tak aby pozostało to niewidoczne dla mieszkańców. 

Dodajmy, że Polski Związek Łowiecki nie jest stroną w tej sprawie…

Zdecydowanie. Na terenach miejskich nie można prowadzić polowań, więc nie podlegają one jurysdykcji PZŁ. Ten problem muszą rozwiązać samorządy. Na razie nie mogą tego zrobić również dlatego, że nie mają narzędzi prawnych. Prawo jest tak skonstruowane, że samorząd nie może nawet zapłacić za odstrzał tych zwierząt firmie, która mogłaby takie zadania wykonać. Regionalne Izby Obrachunkowe kwestionują wydatki na ten cel.

Prawo powinno się zmienić. 

Kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o hejcie wobec myśliwych. Teraz mam wrażenie, że znowu stał się Pan obiektem ataków, po tym jak dołączył Pan do prezydenckiej Rady ds. Klimatu i Środowiska.

Półżartem, półserio powiem, że ten hejt traktuję jak pochlebstwo. Cieszę się, że zostało to odnotowane, a ta nienawiść, złość i wściekłość aktywistów czy celebrytów mówią jedno – dobrze się stało. Bo człowiek, tak jak w moim wypadku, stojący na czele 134-tys. NGO-su wykonującego społecznie zadania państwa musi mieć swój głos u prezydenta. Dobrze się stało, że praktycy mają swój głos.

To, co jednak zrobił Mikołaj Dorożała, Pana nie dotknęło? Przypomnę, że wyjął z kontekstu Pana wypowiedzi na temat Łukasza Litewki w momencie, gdy opinia publiczna żyła jego śmiercią. Chciał wymusić Pana dymisję. 

Przekroczył granicę przyzwoitości. Pan Mikołaj Dorożała jest fatalnym urzędnikiem i marnym człowiekiem. Nie chcę tego więcej komentować.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej