Według najnowszych dostępnych danych liczba ludności Polski zmalała w ciągu jednego roku - między 2024 a 2025 rokiem - o ponad 147 tysięcy osób. Brzmi abstrakcyjnie? To mniej więcej tyle, ile liczy Koszalin albo Legnica. Jakby jedno średniej wielkości polskie miasto przestało istnieć w ciągu dwunastu miesięcy.
Ale to nie jest historia o wymieraniu. To opowieść o tym, dokąd Polacy się przemieszczają. Bo gdzieś przecież są i żyją.
Wielkie miasta pustoszeją
W 2025 roku liczba ludności zmalała w 61 spośród 66 miast na prawach powiatu. Łódź straciła w ciągu roku 6 322 mieszkańców, Bydgoszcz - 2 391, Szczecin - 2 360. Spadek odnotowano w prawie 80 procentach wszystkich polskich gmin. To nie są wyjątki ani lokalne anomalie. Zjawisko depopulacji obejmuje już 72 procent polskich gmin. Z drugiej zaś strony wzrost liczby mieszkańców staje się wyjątkiem, a nie regułą. Warto też dodać, że koncentruje się niemal wyłącznie w jednym, specyficznym miejscu na mapie.
Pandemia COVID-19 tylko to przyspieszyła
Co więc dzieje się z mieszkańcami Polski? Odpowiedź jest prosta i zaskakująca jednocześnie: przenoszą się za miasto. Od 25 lat mamy do czynienia ze zjawiskiem suburbanizacji, czyli odpływu ludności z miast do gmin ościennych. Pandemia COVID-19 tylko przyspieszyła coś, co trwało od przełomu wieków.
Tylko w 2022 roku ponad 53 tysiące mieszkańców wyprowadziło się z polskich miast. Od tego czasu saldo migracji dla wsi pozostaje stale dodatnie. Klasa średnia wyprowadza się z bloków do domów. Z centrum do podmiejskiej ciszy. Z ruchliwych ulic do miejsc, gdzie dzieci mogą pohasać po ogrodzie.
Mazowieckie, małopolskie, pomorskie, wielkopolskie i dolnośląskie - to jedyne pięć województw w Polsce, które w latach 1998-2024 odnotowały dodatnie saldo migracji wewnętrznych: odpowiednio +320,5 tys., +92,9 tys., +82,6 tys., +47,4 tys. i +39,5 tys. osób. Można zaryzykować stwierdzenie, że reszta kraju "oddaje" ludzi tym pięciu zwycięzcom.
Oto miejscowości, które na tym zyskują
To nie jest abstrakcja. Piaseczno, Ząbki, Marki pod Warszawą. Wieliczka i Skawina pod Krakowem. Siechnice pod Wrocławiem. Reda i Rumia pod Trójmiastem. To właśnie tam budują się osiedla, otwierają sklepy, zapełniają szkoły. Gdy w tym samym czasie centra pobliskich metropolii liczą pustostany.
W 2024 roku powiat poznański zanotował przyrost dokładnie o 5 620 mieszkańców, wrocławski - o 3 957, piaseczyński - o 2 650. To nie przypadek ani chwilowy trend, lecz systematyczna, trwająca dekadami redystrybucja ludności, która na trwałe zmienia to, jak wygląda Polska "z lotu ptaka".
Kto za to płaci?
Ten wielki marsz za miasto ma swoją cenę. Nie płacą jej tylko ci, którzy zostają w wyludniających się centrach. Depopulacja prowadzi do zamykania szkół, likwidacji transportu i ograniczania usług publicznych. Pojawia się ryzyko "spirali upadku" - im mniej mieszkańców, tym mniej usług, a im mniej usług, tym więcej odchodzących.
Prof. Przemysław Śleszyński, geograf i demograf z Polskiej Akademii Nauk, zwraca uwagę, że faktyczny odpływ z peryferyjnych gmin jest o 20-30 procent większy niż wynika z danych GUS, bo wiele osób po prostu nie wymeldowuje się ze starego miejsca zamieszkania. Rzeczywiste wyludnienie jest więc głębsze, niż pokazują oficjalne statystyki.
Nikt tego procesu nie zatrzyma decyzją administracyjną. Miliony Polaków podjęły już swoją decyzję. I dlatego mapa kraju zmieniła się bezpowrotnie.