Czy dronizacja pola walki zmieniła zasady prowadzenia konfliktów zbrojnych? Tak. Czy zniszczyła system ewakuacji rannych i opieki nad nimi? Nie. Obnażyła jedynie fakt, że system ten działał tylko w pewnych okolicznościach, gdzie jedna strona konfliktu dysponowała potężną przewagą powietrzną i logistyczną nad drugą. Takie przeświadczenie ugruntowało się na przestrzeni dwóch dekad operacji, prowadzonych przez NATO w Iraku i Afganistanie, gdzie siły sojusznicze dysponowały właśnie taką dominacją. Okres ten to "historyczna anomalia" – pisze w swojej najnowszej analizie dla Portalu Obronnego gen. Grzegorz Gielerak, wybitny autorytet w zakresie medycyny wojskowej. W dalszej części ekspert wyjaśnia to pojęcie.
Przez dwie dekady operacji w Afganistanie i Iraku siły zbrojne NATO działały w warunkach niekwestionowanej dominacji powietrznej, niezagrożonego zaplecza logistycznego i przeciwnika niezdolnego do podważenia sprawności oraz skuteczności łańcucha ewakuacji medycznej. Standard „złotej godziny”, zakładający ewakuację rannego do placówki chirurgicznej w czasie poniżej 60 minut, nie był więc osiągnięciem doktrynalnym w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale pochodną asymetrii potencjałów militarnych, którą błędnie utożsamiono z trwałą normą operacyjną.
– podkreśla gen. Gielerak.
Wniosek jest jednoznaczny: uznano, że to, co działało podczas misji na Bliskim Wschodzie, z powodzeniem będzie można przełożyć na konflikty zbrojne w przyszłości. Tymczasem starcie dwóch stron o zbliżonym potencjale militarnym uwidoczniło istotne braki w systemie, które były maskowane przez realia tamtych operacji.
Obnażenie problemów istniejących od lat
Potwierdzają to też konkretne statystyki, które przytacza gen. Gielerak. "W Iraku i Afganistanie śmigłowce MEDEVAC (ewakuacji medycznej – red.) operowały swobodnie nad strefą działań, a średni czas od zranienia do stołu operacyjnego oscylował w przedziale 40-75 minut. Wskaźnik przeżycia rannych, którzy dotarli do placówki medycznej, sięgnął 98 proc. – najwyższego poziomu w historii wojen".
W takich realiach logistyka zastąpiła standard medyczny – szybki transport rannego górował nad udzieleniem mu pomocy na polu walki. Potraktowanie tego jako punktu odniesienia dla konfliktów zbrojnych w przyszłości stworzyło błędne przeświadczenie, że system ten będzie sprawny i uniwersalny.
Tymczasem sygnały, że system działa wyłącznie w warunkach, które sam dla siebie stworzył, były widoczne na długo przed pojawieniem się dronów FPV. Badania Schauera i wsp. wykazały, że zaledwie 1-5 proc. rannych kwalifikujących się do podania kwasu traneksamowego (przeciwkrwotocznego – red.) otrzymywało go przed dotarciem do szpitala. Niemal połowa poszkodowanych nie otrzymywała żadnych leków przeciwbólowych, a mniej niż 1 proc. korzystał z dostępnych zestawów opatrunkowych przeznaczonych do zaopatrywania obrażeń pola walki. Co równie niepokojące, wielu medyków polowych deklarowało brak pewności przy wykonywaniu konikotomii nawet w kontrolowanych warunkach szkoleniowych, co stawia pod znakiem zapytania ich gotowość do wykonania tego zabiegu w sytuacji realnego zagrożenia. Oznacza to, że nawet w warunkach pełnej dominacji w powietrzu i szybkiej ewakuacji, czyli dokładnie w tych okolicznościach, na które system został zaprojektowany, jego fundament – taktyczna opieka medyczna nad rannymi w warunkach pola walki (TCCC), funkcjonował poniżej wymaganego standardu. Jeśli system nie spełniał oczekiwań w środowisku dla niego optymalnym, trudno więc zakładać, że sprosta wymaganiom pola walki, na którym żaden z tych warunków nie będzie spełniony.
– wyjaśnia gen. Gielerak.
"Dlatego wniosek nasuwa się sam. Dronizacja pola walki nie wytworzyła nowego problemu, lecz obnażyła i spotęgowała słabości istniejące od lat, tyle że przez ostatnie dwie dekady skutecznie maskowane przez warunki operacyjne, w których konsekwencje tych ograniczeń po prostu nie zdążyły się zmaterializować" – wskazuje dyrektor WIM.
W sytuacji, gdy czas ewakuacji rozciąga się z minut na godziny lub dni, braki w podstawowych kompetencjach medycznych, dotąd przesłaniane wysokim wskaźnikiem przeżycia, który zawdzięczano nie tyle jakości opieki w punkcie zranienia, ile szybkości transportu do szpitala, ujawniają się jako bezpośrednia przyczyna zgonów, których przy właściwym przygotowaniu systemu można było uniknąć.
"Kto się zatrzymuje, staje się celem"
Masowe pojawienie się dronów na polu walki znacząco zmieniło też profil obrażeń żołnierzy w trakcie konfliktów zbrojnych. I tu znów warto sięgnąć po statystyki z trwającej wojny na Ukrainie.
"Rany głowy i szyi stanowią dziś 22 proc. przypadków, czyli niemal dwukrotnie więcej niż przy zagrożeniach naziemnych, co jest bezpośrednią konsekwencją zstępującego kierunku rażenia charakterystycznego dla ataków dronowych. Izolowane uszkodzenia słuchu stanowią 19 proc. przypadków, a obrażenia kończyn – tradycyjnie dominująca kategoria – osiągają jedynie ok. 33 proc. W rejestrze strat sanitarnych pojawiają się ponadto mechanizmy obrażeń dotychczas nieznane wojskowej epidemiologii, takie jak ekspozycje toksyczne chloropikryną z rosyjskich granatów K-51 dostarczanych za pośrednictwem dronów, odpowiadające za ponad 3 proc. odnotowanych przypadków".
W tym miejscu warto oddać głos gen. Gielerakowi.
System zabezpieczenia medycznego konstruowany przez ostatnie dwie dekady z myślą o dominacji obrażeń kończyn powodowanych improwizowanymi ładunkami wybuchowymi, co odpowiadało rzeczywistości konfliktu w Afganistanie i Iraku, wymaga dziś gruntownej rewizji.
Brak mobilności na zdronizowanym polu walki nie jest doktryną. Jest wyrokiem. Kto się zatrzymuje, staje się celem, niezależnie od tego, czy jest pododdziałem bojowym, czy punktem medycznym, co oznacza, że medycyna pola walki musi dziś dorównywać szybkością zagrożeniu, które ją wymusza – podkreśla ekspert.
Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy koncepcji PCC (przedłużona opieka nad rannym – red.) operują w ramach tego samego modelu ewakuacji, w którym leczenie z założenia odbywa się w placówce oddalonej od punktu zranienia, a cała dyskusja sprowadza się do jednego pytania: jak długo utrzymać rannego przy życiu, zanim tam dotrze? Z kolei dronizacja pola walki nie modyfikuje odpowiedzi na tak postawione pytanie, ale czyni je bezprzedmiotowym, ponieważ zakłada ono istnienie warunków, które na współczesnym polu walki mogą nigdy nie zostać spełnione.
– dodaje.
Odwrócenie logiki
I po raz kolejny warto podać tu przykład Ukrainy, gdzie powstały podziemne punkty stabilizacyjne przy linii frontu lub schrony, przefabrykowane na miejsca, gdzie można dokonywać operacji chirurgicznych. Jednak jak zaznacza gen. Gielerak, "ukraińska praktyka wyrosła z przymusu operacyjnego, a nie z planowania sztabowego". Podaje też konkretny przykład.
Dron naziemny MAUL, który ewakuował żołnierza uwięzionego przez 33 dni za liniami rosyjskimi, pokonując 64 km zaminowanego terenu na trzech kołach po utracie czwartego w wyniku eksplozji miny, nie jest w tym kontekście ciekawostką technologiczną. Operację tę należy odczytywać jako zapowiedź systemu o odmiennej logice funkcjonowania, w którym autonomiczne platformy nie tyle zastępują śmigłowiec MEDEVAC, ile tworzą wzorzec logistyczny, z jakim wojskowa służba zdrowia dotychczas nie miała do czynienia.
Dyrektor WIM wskazuje wprost:
Artyleria lufowa ustępuje miejsca precyzyjnej amunicji rozproszonej nie dlatego, że zużyły się lufy, ale dlatego, że nastąpiła gruntowna zmiana w sposobie myślenia o rażeniu przeciwnika. W medycynie wojskowej zachodzi proces kierowany tą samą logiką. Scentralizowany model ewakuacji, w którym przeżycie rannego zależy wyłącznie od zdolności przetransportowania go do odległej placówki, ustępuje miejsca zasadniczo odmiennej koncepcji: rozproszonej, modułowej zdolności leczniczej, która zamiast oczekiwać na rannego w bezpiecznym zapleczu, przemieszcza się do niego i zapewnia mu opiekę w miejscu, w którym doznał obrażeń. Zmiana ta nie jest korektą dotychczasowego modelu, jest odwróceniem jego logiki.
Wnioski dla Polski
Jak podkreśla gen. Gielerak, "dla Polski, której wydatki obronne osiągnęły 4,7 proc. PKB i która dysponuje m.in. wojskową infrastrukturą medyczną pełniącą jednocześnie funkcję centrum urazowego aglomeracji liczącej ponad sześć milionów mieszkańców – WIM-PIB, wnioski te mają wymiar czysto praktyczny".
W tym kontekście model dynamicznego planowania zabezpieczenia medycznego, oparty na czterech czynnikach operacyjnych: sile, czasie, przestrzeni i bezpieczeństwie, zyskuje znaczenie wykraczające poza pierwotne zastosowanie. Nie stanowi już jedynie narzędzia optymalizacyjnego, służącego usprawnieniu dotychczasowego modelu ewakuacji, ale staje się ramą pojęciową dla zupełnie nowego sposobu myślenia o zabezpieczeniu medycznym, w którym cele opieki nie są wielkością stałą przypisaną do danego poziomu zabezpieczenia, ale zmienną dostosowywaną w sposób ciągły do bieżącej sytuacji taktycznej i operacyjnej.
– czytamy w analizie gen. Gieleraka.
Zasadniczy kierunek zmian obejmuje trzy wymiary. Pierwszym jest integracja zdolności cywilnych i wojskowych w modelu współużytkowania zasobów obu sektorów systemu ochrony zdrowia, traktowana nie jako uzupełnienie systemu wojskowego, ale jako podstawowa architektura zabezpieczenia medycznego państwa. Drugim, budowa rozproszonej, fortyfikowanej infrastruktury medycznej zdolnej do funkcjonowania w środowisku stałego nadzoru dronowego. Trzecim, inwestycje w autonomiczne platformy ewakuacyjne i zaopatrzeniowe, postrzegane nie jako innowacja technologiczna, ale jako warunek zachowania minimalnej operacyjności systemu.
– dodaje ekspert.
Dronizacja pola walki nie postawiła przed medycyną wojskową nowego problemu, ale przywróciła stary, ten sam, z którym mierzyli się chirurdzy w okopach Verdun i na plażach Normandii. Dwadzieścia lat dominacji w powietrzu pozwoliło o nim zapomnieć. Dziś jednak przypomniał o sobie z siłą, która nie pozostawia wątpliwości co do skali zmian, jakich wymaga system zabezpieczenia medycznego.
– konkluduje generał.