- Jako dziecko bito mnie za nieposłuszeństwo. Mężczyźni trzymali mnie za ręce i nogi, bili kablem lub pasem. Prawie zawsze odbywało się to przy licznych świadkach. Bito mnie na oczach innych dzieci, mniszek, osób odwiedzających monaster – powiedziała gazecie była podopieczna przytułku.
Jak twierdzi, pomimo tego że byli świadkowie przemocy, nikt z nich nigdy nie zgłosił zawiadomienia na milicję. Opozycyjna gazeta dotarła do niej oraz do innych ofiar przemocy po tym, jak 6 października Komitet Śledczy wszczął sprawę karną dotyczącą m.in. znęcania się nad wychowankami przytułku.
Postępowanie dotyczy lat 2004-2019. Siedmioro byłych podopiecznych zgodziło się złożyć zeznania w tej sprawie. Do przestępstw miało dochodzić na terenie prowadzonego przy klasztorze przytułku dla dzieci, który – jak wynika z ustaleń "NG" funkcjonował praktycznie poza granicami rosyjskiego prawa.
Dzieci przebywały w nim – jak wynika z danych śledztwa – bez swoich prawnych opiekunów. Komitet Śledczy twierdzi, że doszło do zaniedbań organów opieki, z powodu których możliwe były wieloletnie nadużycia.
Świadkowie, z którymi rozmawiała "NG", twierdzą, że wychowankowie cerkiewnego ośrodka mieszkali na terenie klasztoru, który formalnie był żeński, lecz na stałe przebywali tam także mężczyźni. Z relacji tych wynika, że dzieci mogły trafić do przytułku np. na podstawie zwykłej pisemnej zgody rodzica. W artykule jest mowa o chłopcu, który został zaadoptowany przez jedną z sióstr, a następnie na wiele lat odizolowany od świata i pozbawiony możliwości prawidłowego rozwoju społecznego.
Założycielem i kierownikiem klasztoru jest kontrowersyjny duchowny, ojciec Sierhij (Nikołaj Romanow), były milicjant, który w przeszłości był skazany na 13 lat więzienia za zabójstwo i w czasie pobytu w więzieniu przeżył nawrócenie.
Romanow zwrócił na siebie uwagę wiosną, gdy w kazaniach zaczął potępiać decyzje władz państwowych i cerkiewnych o zamknięciu świątyń z powodu koronawirusa, który nazywał pseudopandemią. Doprowadziło to do jego otwartego konfliktu z władzami cerkiewnymi, został wyrzucony z Cerkwi.
Z relacji byłych wychowanków wynika, że w klasztorze funkcjonował stworzony przez duchownego system, polegający na wychowaniu przez bicie i kary. Dzieci były zmuszane do życia według zasad klasztornych, a w przypadku najmniejszych przewinień, a czasami – bez nich – były poddawane ciężkim karom cielesnym, w tym publicznie. Były również wywożone poza klasztor, gdzie były bite "w celach wychowawczych".
Pomimo pojawiających się na przestrzeni lat informacji o nadużyciach, kontrole państwowe, w tym instytucji opiekuńczych, nie wykrywały żadnych nieprawidłowości.
Według "NG" na osoby, które zgodziły się złożyć zeznania, przedstawiciele klasztoru wywierają nacisk, próbując zniechęcić i zastraszyć.