O tym, co działo się w samym centrum wydarzeń, wiemy doskonale: najazd policji na siedzibę TK, wprowadzenie tam uzurpatorów, blokada dostępu dla legalnych władz TK, wreszcie nocne protesty i przybycie na Al. Szucha prezydenta Karola Nawrockiego. Ten po zawróceniu samolotu nad Andaluzją dotarł najpierw do Pałacu Prezydenckiego, a następnie w niemających precedensu okolicznościach przedarł się przez kordony policji i wkroczył do siedziby trybunału, obracając w perzynę misternie przygotowywany plan koalicji 13 grudnia.
Wywiad ostrzega, Tusk atakuje
Już po oddaniu do druku niniejszego tekstu, miało się odbyć posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego pod przewodnictwem prezydenta. Atmosfera wokół tego spotkania gęstniała we wtorek z każdą minutą [Tekst przygotowany był we wtorek; RBN rozpoczęła się po godzinie 15:30].
Nie bez przyczyny. Wraz z upływem czasu wiemy bowiem coraz więcej na temat nie tylko przygotowywanego zamachu stanu, ale zaangażowania w niego najważniejszych osób w państwie. Co więcej, przygotowania do ataku na TK miały trwać wiele tygodni i zarówno data – piątek poprzedzający weekend z Wszystkich Świętych oraz zapowiadaną wizytę prezydenta w dalekim Senegalu – jak i formuła operacji, czyli wkroczenie policji poprzez teren należący do Kancelarii Premiera – wszystko składa się w jedną całość. Późniejsze wydarzenia są jedynie konsekwencją.
Nie jest przy tym tajemnicą, że całość tych działań była koordynowana na szczeblu rządowym z udziałem ministra sprawiedliwości – prokuratora generalnego Waldemara Żurka, a także komendanta głównego policji Marka Boronia oraz wysokich przedstawicieli policji z Warszawy. Musiał wiedzieć o niej też sam Tusk, zapowiadający od tygodni rozprawę ze Święczkowskim.
Wszystko to prawda, jednak szalenie niepokojące informacje dotyczą dni poprzedzających nocną operację. Oto w ubiegłym tygodniu władze miały otrzymać informacje od Służby Wywiadu Wojskowego oraz służb sojuszniczych mówiące o „wysokim prawdopodobieństwie działań dywersyjnych ze strony Rosji”. Chodziło o obwód królewiecki, gdzie w reakcji na to miały się udać m.in. wzmocnione oddziały policji z kilku województw, a także wojsko, Straż Graniczna oraz służby specjalne.
I teraz, jak donosi branżowy serwis Infosecurity24.pl, akcja trwa nadal, a „wśród potencjalnych zagrożeń wymieniono m.in. naruszenie granicy przez uzbrojone grupy”. „Działa tam duża grupa policjantów, część sił policyjnych została tam przerzucona, również w tej operacji działają kontrterroryści, współpracujemy z wojskiem, strażą graniczną i służbami specjalnymi” – przekazał szef KGP cytowany przez wzmiankowany serwis. W rejon udali się nawet żołnierze z jednostki GROM.
Rzecz działa się równolegle z przygotowaniami do akcji w TK. Znamienne, że jak wynika z relacji samych funkcjonariuszy oddelegowanych przed trybunał, nie mieli oni pojęcia, gdzie jadą i jakie rozkazy zostaną im wydane.
Dwie teorie
Te informacje wywiadowcze mogą w pewien sposób tłumaczyć pochodzenie słynnego już pisma, które ujawniono po piątkowej akcji w TK, dotyczącego wyposażenia oddziałów prewencji w broń maszynową. Być może rzeczywiście chodziło o wzmocnienie jednostek w całym kraju na wypadek ewentualnych rosyjskich operacji.
Jak jednak w tym kontekście zrozumieć, że władze, mając informacje o tego typu zagrożeniu, zdecydowały się na przeprowadzenie nieznanej w historii operacji wymierzonej w fundamenty państwa prawa? Już samo planowanie i przeprowadzenie ataku na trybunał jest podstawą do bardzo poważnych oskarżeń dla wszystkich jego inicjatorów. Jednak to, że wcielono go w życie mimo jednoczesnego i realnego zagrożenia z zewnątrz sprawia, że trudno mówić tu o czymś innym niż o uderzeniu w podstawy bezpieczeństwa narodowego.
W tym kontekście wydarzenia piątkowej nocy oprócz zamachu stanu stawały się bowiem idealnym polem gry dla każdego możliwego aktu dywersji; wystarczy przypomnieć sobie atmosferę podczas pojawienia się prezydenta Karola Nawrockiego. Mimo to Tusk i jego ludzie nie zrezygnowali z planu, igrając z ogniem do końca, mimo ostrzeżeń SKW, że Polska może być celem ataku.
Ale jest coś jeszcze. W serwisie X pojawiła się analiza dotycząca owego ostrzeżenia przekazanego władzom przez wywiad, a tyczącego się potencjalnej dywersji na granicy z Królewcem (wobec której podjęto realne, szeroko zakrojone działania).
Fałszywa flaga i realne obawy
Ppłk rezerwy Maciej Korowaj sugeruje w tej analizie, że operacja Rosjan miałaby być jedynie prowokacją, obliczoną na pogłębienie kryzysu w Polsce. Korowaj dowodzi, że po stronie rosyjskiej działania miały być pozorowane, i wskazuje na „sterowanie refleksyjne”, czyli podsunięcie przeciwnikowi [Polsce] „takiego obrazu, by sam podjął decyzję, która mu zaszkodzi”. Choćby o postawieniu jednostek w stan gotowości, przerzuceniu GROM-u, wreszcie wydania decyzji o uzbrojeniu policji w karabiny – a takie zarządzenia podjęto.
Jednocześnie Korowaj pisze, że „ostrzeżenie [władz przez wywiad – przyp. red.] dotarło w tygodniu, w którym zawieszono prezesa Trybunału Konstytucyjnego, prezydent zawrócił samolot i nocą wszedł do gmachu TK, a opozycja zapowiedziała wotum nieufności”. Problem polega na tym, że ostrzeżenie pojawiło się przed piątkową akcją, o której miały wiedzieć „jedynie najważniejsze osoby w państwie”. Czy oznacza to, że wiedzieli o niej także Rosjanie?
Na tę niepokojącą koincydencję zwraca uwagę Stanisław Żaryn, ekspert od służb specjalnych, b. pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa przestrzeni informacyjnej RP. „Jeśli do służb RP sygnały o ostrzeżeniu dotarły przed atakiem na TK, a o planach rządu wiedziało tylko kilka osób, (…) to budzi to poważne pytania o stopień infiltracji rządu RP. Oznaczałoby to, że rosyjskie służby mają wgląd w działania i rozmowy rządzących i mogły mieć dokładne informacje o planowanych scenariuszach” – twierdzi Żaryn w serwisie X po lekturze ww. analizy.
Powiedzmy wprost – oznaczałoby to, że najwyższe władze w Polsce są infiltrowane przez Rosjan, znających każdy ich ruch, w tym nawet plany „ściśle tajnej” operacji pod TK. Operacji, z której pomimo informacji o zagrożeniu władze się nie wycofały.
Rosja już tu jest
Te szalenie niepokojące poszlaki sprawiają, że tym bardziej kuriozalnie brzmi narracja Tuska i jego ludzi, którzy po ataku na trybunał w swojej propagandzie użyli komentarzy rosyjskich propagandystów (b. prezydent Dmitrij Miedwiediew czy ideolog Kremla Aleksandr Dugin), przedstawiając ich jako „sojuszników PiS i Nawrockiego”. Taką narrację podchwyciły także media bliskie władzy, w tym TVP info w likwidacji, wpisując się idealnie w kolejny dezinformacyjny scenariusz Kremla.
Nie jest bowiem tajemnicą, że Rosjanom, jeśli już na czymś szczególnie zależy „na odcinku polskim”, to na jak największym chaosie i destabilizacji w naszym kraju. Gorzej, że zależy na tym – jak widać – również samemu rządowi z Tuskiem na czele. Jeszcze gorzej, jeśli okazałoby się, że Rosjanie mają oczy i uszy tam, gdzie na pewno ich mieć nie powinni – w sercu obozu władzy.