Kopacz przekonywała, że wybór prezydenta dotyka „kwestii najistotniejszej”, czyli pojmowania wolności. Błyskawicznie od sielankowej wizji „zgody i bezpieczeństwa” pod rządami Komorowskiego przeszła do ataku na kontrkandydatów w wyborach.
- Wolność oznacza, że decydujemy o swoim życiu. Nie każdy w Polsce tę wolność dostrzega. Są tacy którzy w najbardziej delikatnych sprawach wolą kodeks karny niż wolne sumienie. Ci, którym przychodzi do głowy by karać więzieniem za in vitro nie mogą stać na straży naszej wolności wiem to na pewno. Pełni szacunku dla tradycji, korzeniu pamiętajmy żyjemy w XXI wieku prowadzimy Polskę do nowoczesności, a nie cofamy się do średniowiecza. Nie potrzebujemy przymusu i wykluczona ze wspólnoty tych, którzy mają inne zdanie – mówiła Kopacz.
Premier podkreśliła również, że w kampanii można obserwować kandydata, który prezentuje się jako „osoba spoza układu”. Ewa Kopacz straszyłą, że nie ma szans na zmianę Polski na lepsze, jeśli planuje się sojusz z osobami, które „słów postęp i nowoczesność boja się jak diabeł święconej wody”.
- Chcę coś powiedzieć - chcę powiedzieć, że nie zmienicie Polski na lepsze w sojuszu z tymi, którzy chcą wsadzać do więzienia, bo tak im dyktuje ich radykalna ideologia. Obietnica rzekomej zmiany jest pusta, jeśli chce się ją realizować z ludźmi, którzy słów postęp i nowoczesność boją się jak diabeł święconej wody - przekonywała Ewa Kopacz.
Dalej było jeszcze ostrzej:
- Stawka wyborów jest bardzo poważna. Apeluję do wszystkich, którzy chcą stabilnej i bezpiecznej Polski, aby poszli na wybory. Nie dajmy się zwieść, że alternatywą dla Bronisława Komorowskiego jest jakaś nowa jakość (...) Jeśli nawet w tej kampanii zawodowi siewcy nienawiści schowali się za plecami technicznego kandydata, to tylko czekają, by znów życie Polaków urządzić po swojemu – mówiła Ewa Kopacz.