Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Kim jest człowiek, który rozpoznał głos gen. Błasika? „Mógł go znać jedynie z widzenia”

Przez lata lansował teorię o rzekomej obecności gen. Błasika w kokpicie TU-154M i wydał nawet książkę, w której przekonywał do swoich tez.

Autor:

Przez lata lansował teorię o rzekomej obecności gen. Błasika w kokpicie TU-154M i wydał nawet książkę, w której przekonywał do swoich tez. Teraz okazuje się, że to właśnie on miał zidentyfikować głos gen. Błasika, słuchając nagrań z kokpitu tupolewa. W rozmowie z portalem niezalezna.pl wdowa po dowódcy Sił Powietrznych RP – Ewa Błasik nie kryje oburzenia i przypomina, że już po ukazaniu się książki Latkowskiego złożyła do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

Na łamach portalu niezalezna.pl informowaliśmy już, że dziennikarz RMF FM Roman Osica ujawnił, iż osobą, która dokonała identyfikacji głosu gen. Błasika był właśnie Robert Latkowki. Tymczasem dziennikarz śledczy Cezary Gmyz podkreśla, że wdowa po generale – Ewa Błasik stwierdziła jednoznacznie, że jej mąż „mógł znać Roberta Latkowskiego jedynie z widzenia”.

- Mąż nie znał Roberta Latkowskiego. A ja zgłosiłam zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa po publikacji książki „Ostatni lot” i kłamstwach na temat mojego męża – potwierdza w rozmowie z portalem niezalezna.pl Ewa Błasik.

Kim jest Robert Latkowski? To pilot Tu-154M, współautor, obok Tomasza Białoszewskiego i Jana Osieckiego książki „Ostatni lot”. W książce lansowane były podnoszone już przez MAK rosyjskie tezy o winie pilotów i gen. Błasika.

To właśnie Robert Latkowski wielokrotnie lansował teorię o rzekomej obecności gen. Błasika w kokpicie tupolewa:
„Dowódcą tego samolotu był faktycznie dowódca sił powietrznych. I to on dawał decyzję na lądowanie” – twierdził płk Robert Latkowski.

W latach 1986–1999 Robert Latkowski dowodził 36. Specjalnym Pułkiem Lotnictwa Transportowego. W październiku 1995 r. „Gazeta Wyborcza” pisała: „Najwyższa Izba Kontroli zarzuca dowództwu pułku lotnictwa obsługującego prezydenta i premiera przekroczenie budżetu, wskazuje przypadki niegospodarności i bałagan. NIK zaleca ministrowi obrony wyciągnięcie wniosków personalnych wobec dowództwa 36. Pułku Lotnictwa Specjalnego. Zdaniem kontrolerów, o tym, kto z oficjeli, kiedy i jakim samolotem poleci, decydował arbitralnie dowódca pułku płk Robert Latkowski”. Co najciekawsze, inspekcja w pułku Latkowskiego rozpoczęła się, gdy prezesem NIK był śp. Lech Kaczyński. Nic dziwnego zatem, że w książce „Ostatni lot” został on opisany w rozdziale pod wiele mówiącym tytułem „Naciski »dworu«”.

„Dowódcą tego samolotu był faktycznie dowódca sił powietrznych. I to on dawał decyzję na lądowanie” – twierdził płk Robert Latkowski. „Eksperci z Krakowa przypisali wszystkie wypowiedzi konkretnym osobom przebywającym w kokpicie Tu-154, który rozbił się 10 kwietnia 2010 r. w  Smoleńsku. Będzie zatem wiadomo, co mówił Błasik. Będzie też dowód, że nie wpadł do kabiny pochwalić się zegarkiem ani zapytać pilotów, nomen omen, jak leci” – wtórował Latkowskiemu na swoim blogu Jan Osiecki, współautor dwóch książek o katastrofie smoleńskiej.
 
Według Roberta Latkowskiego i pozostałych autorów książki „Ostatni lot” główną przyczyną katastrofy były jednak nie tylko naciski Lecha Kaczyńskiego i jego „dworu”, lecz przede wszystkim błędy pilotów i długoletnie zaniedbania w szkoleniach.
Tymczasem już na początku 2011 roku w artykule „Smoleńsk fiction” opublikowanym na łamach „Gazety Polskiej” Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski udowadniają, że autorzy „Ostatniego lotu” próbując udowodnić swoje tezy, jedynie się kompromitują. Oto wybrane przykłady z adnotacjami Misiaka i Wierzchołowskiego:
 
1. Kpt Arkadiusz Protasiuk był za miękki – twierdzi współautor książki Robert Latkowski i dodaje: „w czasie tego ostatniego lotu nawet stewardesa nim kierowała”. Z jakiego źródła Latkowski wysnuł takie rewelacje – nie wiadomo.
 
2. Według autorów, 10 kwietnia w smoleńskiej wieży lotów znajdowały się trzy osoby: płk Nikołaj Krasnokucki, ppłk Paweł Plusnin i mjr Wiktor Ryżenko. Poza tym „co jakiś czas pojawiały się tam kolejne osoby – mówi nasz informator z Rosji. Ani nam, ani jemu nie udało się jednak ustalić, kto przychodził” – piszą w książce. Informator Osieckiego, Białoszewskiego i Latkowskiego albo wyjątkowo niewiele wiedział, albo istniał tylko w wyobraźni autorów, bo dziennikarzom „Gazety Polskiej” już jakiś czas temu udało się ustalić, że w wieży przebywał m.in. mjr Łubancew.
 
3. „W kabinie od dłuższego czasu ich [pilotów] pracę obserwował [...] gen. Andrzej Błasik. Zapewne właśnie dlatego dowódca zdecydował się na wykonanie manewru podejścia do lądowania, a potem lądowania”. I znów hipoteza bez żadnego uzasadnienia.
 
- Cała książka Osieckiego, Białoszewskiego i Latkowskiego jest oparta na stenogramach, fikcji literackiej i rzekomych informatorach rosyjskich, którzy – gdy porównać ich wiedzę z wiedzą osób znających prokuratorskie akta sprawy – mają zaskakująco mało do powiedzenia. Autorzy wykluczają zamach lub awarię, pisząc nieprawdę o kartach podejścia, pracy i ustawieniu radiolatarni, siłach działających na samolot przy upadku, a także nie wspominając nic o niszczeniu wraku i innych dowodów przez Rosjan, manipulacjach Moskwy, powiązaniu tamtejszych śledczych ze służbami specjalnymi itd. Ponadto szczegółowa analiza stenogramów, będąca osią książki, roi się od błędów technicznych – co precyzyjnie wykazał w „Naszym Dzienniku” ppłk dr Tadeusz Augustynowicz – pisali w 2011 roku na łamach „Gazety Polskiej” Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski.

Autor:

Źródło: niezalezna.pl,Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej