W połowie roku wielu obserwatorów sceny politycznej prorokowało schyłek rządu. Donald Tusk wydawał się zmęczony i bez ikry. Nad jego głową zdawało się wisieć jakieś fatum. Jak nie Amber Gold i OLT, z którymi był związany Michał Tusk, to niezamknięty dach nad Stadionem Narodowym. Jak nie dach, to trotyl na tupolewie. Ujawnienie każdej z tych informacji było sporym uderzeniem w wizerunek premiera jako sprawnego menedżera, który w dodatku umie poruszać się po międzynarodowych salonach. Za każdym też razem reakcja ze strony rządzących była z początku niemrawa, często towarzyszyły jej panika i nerwowość. Werwę odzyskiwano dopiero po kilku godzinach.
Niby się wali
W 2012 r. ujawniły się też mocniej niż dotychczas podziały w partii rządzącej. Grzegorz Schetyna odbudowuje swoje zaplecze. Wzmocniony pozycją w rządzie Jarosław Gowin organizuje konserwatystów. Czasem buntują się młodsi posłowie, część już poszła do Palikota. Po raz pierwszy od wielu lat w PO poważnie myśli się o tym, kto powinien zostać następcą Tuska. Z pozoru to niewinne. Wymiana lidera za kilka lat jest czymś naturalnym i trudno wyobrazić sobie, by Tusk miał rządzić partią wiecznie. A jednak takie przymiarki do elekcji vivente rege są zawsze niebezpieczne w strukturze rządzonej dotychczas żelazną ręką przez lidera, który nie lubi dzielić się władzą i wpływami.
Tusk, jeśli nie chce, aby partię pochowano wraz z jego odejściem, musi stworzyć warunki, w których wyrośnie jego następca. Robiąc to, ryzykuje, że będzie musiał odejść wcześniej, niż zamierza. Premier wydaje się zdawać sobie sprawę z tego paradoksu i na razie wybiera to, co zawsze. Czyli robi nic lub niewiele.
Kolejnym problemem Tuska miała stać się utrata kontroli nad służbami specjalnymi. W czasie afery Amber Gold służby wyraźnie grały przeciw premierowi. W tym samym czasie aktywność w tym obszarze wykazywał prezydent. Prawdopodobnie w ostatnich miesiącach trwała próba sił, po której został odwołany szef ABW.
I wreszcie sprawa poparcia. W ciągu roku zaczęły spadać sondaże PO, a rosnąć opozycji. Rok zaczął się od protestów w sprawie ACTA, a zakończył marszami antyrządowymi. To również miało świadczyć o słabnącym premierze, o wyczerpywaniu się jego zaplecza i wielkiej ofensywie opozycji. Zarówno wypromowanie prof. Piotra Glińskiego, dyskusje programowe, jak i kłopotliwe dla rządu podnoszenie kwestii smoleńskich, sprawiało, że po raz pierwszy od dłuższego czasu to Tusk musiał się bronić, a więc przyjmować postawę, w której czuje się wyjątkowo nieswojo i w której jest po prostu słaby.
Terapeuta, wampir, architekt,czyli trzy strategie Tuska
Gdyby zebrać te kwestie razem i wypisać na tablicy, bez trudu można by podsumować na dole jako wniosek, że koniec Tuska jest bliski. Znalazł się w tym samym miejscu, co Miller w 2003 r., albo Buzek, również po dwóch latach rządów. Ale dziwnym trafem, choć fakty zdają się pasować, rzeczywistość idzie w swoją stronę.
Po pierwsze, rząd zawczasu przygotował się do kryzysu. Zaimek zwrotny jest tu jak najbardziej na miejscu, bo trudno mówić, by została przygotowana Polska. Natomiast skutecznie przekonano Polaków, że kryzys jest nieuchronny, że trzeba zacisnąć pasa, a obecna ekipa jest najlepiej przygotowana na to, by prowadzić kraj w tym trudnym czasie. Będzie więc przeprowadzać, tnąc wydatki, podnosząc podatki i rozkładając ręce. W najbliższym czasie często będziemy słyszeć słowo „razem”, powoływanie się na rację stanu i inne kwestie, które są miłe konserwatywnemu dla ucha. Niewiele będą miały wspólnego z rzeczywistością, ale ich działanie terapeutyczna może być osiągnięte.
Platformie udała się bowiem sztuka zaadaptowania obywateli do przekonania, że między polityką a rzeczywistością nie ma związków przyczynowo-skutkowych, a jeśli już są, to nie wychodzą obywatelom na dobre, lepiej więc mieć u władzy powściągliwych leni niż aktywnych psujów.
To strategia terapeuty, który uzależnia od siebie pacjenta, niezależnie od tego, czy mu pomaga, czy nie.
Po drugie, Platforma umiejętnie gra na nastrojach konserwatywnych. Mimo malejącego udziału lewicy w politycznych sondażach, jest ona coraz bardziej widoczna. PO chętnie podejmuje rękawice, które jej lewica rzuca, i wchodzi w spory światopoglądowe. A przynajmniej podkręca je po to, by przedstawić się jako siła umiarkowana, która spełnia część postulatów, ale też chroni przed radykalną zmianą społeczną. Cały dyskurs publiczny odbywa się wewnątrz partii, która do tego wykorzystuje swoje skrzydło konserwatywne i postępowe. Ostatecznie spór nie odbywa się między prawicą a lewicą, ale politykami PO. Dziennikarzy interesuje, jak zachowają się poszczególni posłowie partii rządzącej, którą ze stron poprze premier, a potem z satysfakcją notują, że ten ratuje całą sytuację. Dobrym przykładem takiego modelu zachowania był spór o ratyfikację konwencji dotyczącej zapobiegania przemocy wobec kobiet. W dużej mierze był to spór wewnątrz Platformy, która dąży do tego, by w sobie skupić emocje polityczne Polaków. I trzeba przyznać, że robi to umiejętnie.
To strategia wampira, który rośnie, wysysając krew z prawa i z lewa.
Po trzecie, Tusk okazał się dobrym negocjatorem między grupami interesów i stanowi dla nich najlepszą gwarancję, że żadna ze stron nie zdoła zagarnąć dla siebie całej przestrzeni. Jest to pozycja bardzo ryzykowna, bo Tusk tak naprawdę nie ma własnej siły, ale utrzymuje się dzięki temu, że stanowi element pewnego porządku, jak kamień nazywany kluczem w gotyckim sklepieniu. Strony boją się, że wyjęcie tego elementu doprowadzi do zawalenia się budynku.
Pełna wersja artykułu w najbliższym numerze tygodnika „Gazeta Polska”