Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Władza dba tylko o swój wizerunek. Wołodźko o rządowej strategii zagadywania kolejnych problemów

Gigantyczny wyciek wrażliwych danych polskich pacjentów i pacjentek to jedno. Drugie to porażająca niefrasobliwość rządzących polityków, dla których ta sprawa – jak zwykle – sprowadza się chyba tylko do wizerunkowego kłopotu. Postpolityczność w czasach geopolitycznych zawieruch to najgorsze, co mogło się nam przydarzyć. Elity skupione wokół Donalda Tuska to nie technokraci, to ludzie, którzy sprowadzili politykę do sztuki gaszenia pożarów. A i to im już nie wychodzi - pisze Krzysztof Wołodźko w "Gazecie Polskiej".

Od kilkunastu dni opinia publiczna żyje wielkim wyciekiem danych polskich pacjentów i pacjentek. Nie była to jednak pierwsza taka sytuacja. Podobną sprawę opisały nasze media: „Gazeta Polska” i portal Niezależna.pl. Z porażających informacji, opartych m.in. na dokumentacji prokuratorskiej, wynikało, że między 18 a 27 marca 2024 roku za pośrednictwem systemu MyDr nielegalnie pozyskano dane osobowe kilkunastu milionów osób. Z najnowszych ustaleń śledczych wynika, że sprawcy uzyskali dane osobowe ponad 13 mln osób, kierując do systemu eWUŚ około 18 mln zapytań. Pod pieszczotliwym niemal skrótem kryje się ważny system: Elektroniczna Weryfikacja Uprawnień Świadczeniobiorców, w ochronie zdrowia służący do sprawdzania uprawnień pacjentów do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. Wiemy, że haker (grupa hakerów) przełamał zabezpieczenia sieci telekomunikacyjnej Centrum Medycznego M., a później użył cyfrowej platformy MyDr do inwigilacji eWUŚ.

Wiceminister bagatelizuje zagrożenie

Wszystko wskazuje na to, że prywatna platforma medyczna MyDr jest słabym ogniwem systemu. Wbrew neoliberalnemu dogmatowi, że „prywatne zawsze jest lepsze”, usługa okazała się kłopotem nie tylko w wyżej opisanym przypadku. 12 sierpnia wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski (Lewica) za pośrednictwem social mediów przekazał, że hakerzy wykradli dane blisko 19 mln obywateli Polski. Swój komunikat zakończył apelem, który zirytował wielu ekspertów: zaapelował do Polek i Polaków, by lepiej pilnowali swoich danych i dbali o hasła. To tak, jakby w momencie wybuchu kinetycznego ataku obcego państwa szef MON apelował do obywateli, by sami sobie zbudowali schron albo ziemiankę, zaopatrzyli się w ręczne granaty, a najlepiej samodzielnie obsłużyli kawałek frontu. Nikt nie ma wątpliwości, że samoobrona, pierwsza pomoc i indywidualne nawyki dotyczące cyberbezpieczeństwa są ważne – ale istnieje wyraźna granica między odpowiedzialnością jednostki, państwa i podmiotów, które sporo zarabiają na cyfrowych usługach, także w branży medycznej. Obecnej władzy to wszystko zdaje się jednak rozmywać. A opanowane przez lewicę Ministerstwo Cyfryzacji także w najlepsze zajmuje się zrzucaniem odpowiedzialności na obywateli. Choć lewicowi politycy niejako z definicji powinni być etatystami. Ale postkomunizm to specyficzna formacja mentalna i towarzyska.

Wiele wskazuje na to, że obecny resort cyfryzacji to raczej polityczne przedszkole dla koalicjantów Donalda Tuska niż szanujące się ministerstwo. Nie dalej jak kilka tygodni temu Klub Jagielloński nie zostawił suchej nitki na Rafale Rosińskim (PSL), który na antenie Polskiego Radia24 dał popis niekompetencji w niemniej bulwersującej sprawie. Chodziło o bardzo głośną sprawę wybuchu na Lubelszczyźnie rosyjskiej rakiety, fiaska systemu ostrzegania i alertów RCB, ośmieszających naszą obronność. Słuchałem tamtego wywiadu i zastanawiałem się, czy jestem uprzedzony, czy może wiceminister to facet, który w najlepszym razie nie powinien udzielać się w mediach, w najgorszym: nie powinien udzielać się w rządzie. Autorzy Klubu Jagiellońskiego najwyraźniej byli podobnego zdania, bo nie zostawili na ludowcu suchej nitki:

„Pytania o działanie systemu pozostały bez odpowiedzi, gdyż wiceminister Rosiński postanowił wcielić się w rzecznika rządu – uspokajającego obywateli, bagatelizującego zagrożenie i wypierającego się odpowiedzialności (chociaż nikt go nie atakował). Co więcej, robił to w sposób groteskowy, nieskładnie formułując zdania i powtarzając te same myśli kilkukrotnie, ani razu nie docierając do sedna odpowiedzi na pytanie. Po 10 minutach wywiadu wyraźnie zirytowany prowadzący zakończył rozmowę, nie dowiedziawszy się niczego konkretnego”.

Cyberterroryzm na usługach Moskwy

Te dwa przykłady niekompetencji dają do myślenia. W 2026 roku tylko cyfrowi abnegaci mogą lekceważyć systemowe zagrożenia związane z cyberterroryzmem. I to cyberterroryzmem państwowym, uderzającym w Polskę szczególnie z kierunku wschodniego. W resorcie cyfryzacji na najwyższych szczeblach siedzą jednak ludzie, którzy w momencie potężnej cyfrowej i informacyjnej katastrofy albo każą nam pilnować haseł, albo próbują uspokajać, że „nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Tymczasem eksperci z branżowego portalu Rynek Zdrowia ostrzegają, że w przypadku afery z MyDr nie chodzi jedynie o dane identyfikacyjne i problemy z wykradzionym PESEL-em:

„dane medyczne dostarczają znacznie bardziej szczegółowych informacji. (...) Mogą wskazywać, z jakim lekarzem kontaktuje się dana osoba, jakie przyjmuje leki czy z jakiego rodzaju świadczeń medycznych korzysta”.

Konsekwencje są niebagatelne, bo mogą służyć do rozpracowywania konkretnych ludzi nie przez „zwykłych naciągaczy”, lecz służby obcych państw: „W przypadku danych medycznych możliwe ryzyka obejmują m.in. próby podszywania się pod placówki medyczne, fałszywe informacje dotyczące wyników badań, recept czy leczenia. Wiedza o historii leczenia może pozwolić przestępcom przygotować bardziej wiarygodny kontakt z konkretną osobą”. Cytowany przez Rynek Zdrowia Łukasz Jędrzejczak, dyrektor ds. sektora cyberbezpieczeństwa Deloitte Central Europe, mówi wprost: „Danych medycznych dotyczących np. diagnoz psychiatrycznych, onkologicznych, chorób przewlekłych czy procedur intymnych, nie da się zresetować jak hasła ani unieważnić jak dowodu osobistego”. Z tej wypowiedzi wynika jasno, że Krzysztof Gawkowski swoim głośnym komunikatem o wycieku danych medycznych 19 mln Polek i Polaków i apelem o „cyfrową troskę” chciał zagadać o wiele poważniejszy problem. Czy chodziło mu o dobrostan obywateli?

Czy raczej o próbę wyciszenia społecznych emocji, które i tak błyskawicznie zmieniły się w potężny wizerunkowy problem nie tylko dla jego resortu?

Brzoska, Gawkowski i Meta

Czy taka postawa Gawkowskiego może dziwić? Prominentny polityk lewicy nie od dziś jest mistrzem zagłaskiwania kantów. Gdy całkiem niedawno Rafał Brzoska, twórca InPostu, bardzo krytycznie wypowiedział się o stylu, w jakim Meta, właściciel Facebooka, zarabia pieniądze na fake newsach, minister cyfryzacji gorąco zapewniał, że jest po stronie polskich obywateli. Tyle że w gronie osób znających realia od podszewki nikt mu nie uwierzył.

Gawkowski zapewnia, że „Meta nie jest ponad prawem”, ale Brzoska przypomniał, że w Radzie ds. Cyfryzacji przy resorcie cyfryzacji zasiada nie kto inny niż Jakub Turowski, dyrektor ds. polityki publicznej na Europę Środkowo-Wschodnią w Mecie. Formalnie odpowiada za „strategiczne relacje z decydentami i regulatorami”, czyli de facto lobbuje na rzecz cyfrowego giganta, stanowiącego własność Marka Zuckerberga. Lewica, gdy jeszcze była w opozycji, grzmiała, że PiS nie potrafi bardziej stanowczo występować w obronie „cyfrowej suwerenności” państwa polskiego. Wystarczy jednak wczytać się uważnie w krytykę szefa InPostu i odpowiedzi ministra cyfryzacji, by spostrzec, że rzeczywistość sobie, a paplanina, czyli zasłona dymna ministra Gawkowskiego, sobie.

Rządowa strategia zagadywania kolejnych problemów trwa w najlepsze. I niewiele już się zmieni. Minister Gawkowski zapewnia co prawda, że „służby już działają” i „nie odpuszczą hakerom”. Tymczasem nawet życzliwa obecnej władzy „Gazeta Wyborcza” twierdzi, że „nie dowiemy się już, czyje dane zhakowano z bazy MyDr i kto może być szantażowany”. Gdyby rządziło PiS, liberalno-lewicowa część opinii publicznej wyłaby z moralnej paniki. Dzisiaj w mainstreamie lepiej się ma logika: „trudno, co zrobić”. A obywatele mogą tylko prosić niebiosa, żeby – dosłownie i w przenośni – nie walnęło jeszcze bardziej.

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polityka