Tym bardziej mnie bawi więc to, że owo słowo powróciło właśnie na dziennikarskie niwy i to w tak subtelnej formie. „Salonik VIP” – doktora Kacprzyka, do niedawna radnego KO i kumpla Trzaskowskiego – zrobił szybko i skutecznie zawrotną karierę.
„Szybka ścieżka” dla polityków Koalicji Obywatelskiej oraz wygodne, luksusowe warunki oczekiwania na wizytę lekarską w zaprzyjaźnionym szpitalu: to jest przecież ta dawno wytęskniona, upragniona zmiana i reforma służby zdrowia, jakiej wszyscy oczekiwali. I nawet jeśli nie każdy z Saloniku mógł skorzystać, to przecież droga do niego jest prosta. Wystarczy się zapisać do partii. Tak, jak za czasów komuny wystarczało się zapisać do partii, żeby mieć z tego tytułu różne profity i frukta. A więc tak naprawdę każdy może. Trzeba tylko chcieć.
Ale cała ta afera, poza jej podstawą, czyli skandalicznymi, bezprawnymi zarobkami tego lekarza, czy też tworzeniem szpitalnego „gniazdka” dla swoich, ma też wymiar metaforyczny. Bo przecież my wszyscy jesteśmy, od grudnia 2023 roku, rządzeni przez „Salonik VIP”. A ów „Salonik VIP” jest jedynie kolejną emanacją, kolejną odnogą owego „Salonu”, który już od lat 90-ych Polską rządzi i pomiata po swojemu.
Może nawet owo zdrobnienie, to słodkie słówko „salonik”, wyobrażony, jako miejsce napawania się różowo-tęczową elitarnością, gdy za ścianą zwykli ludzie chorują i umierają, bo nie mogą się dostać do lekarza, najlepiej wyraża ów koszmar, w którym przychodzi nam w ostatnich latach żyć…