W sobotnim Marszu Równości w Olsztynie wzięło udział ok. 300 osób. Uczestnicy przeszli przez centrum miasta z hasłami równości i solidarności, a główne hasło wydarzenia brzmiało, że „bezpieczeństwo nie może czekać”.
Marsz miał spokojny przebieg, jego uczestnicy wielokrotnie dziękowali policji za ochranianie ich, ponieważ w sąsiedztwie miejsca rozpoczęcia marszu miała miejsce kontrmanifestacja. Ale po marszu doszło do scysji organizatorów z policją. Powodem - złamanie przepisów ruchu drogowego.
Chodziło o samochód, który przez blisko godzinę jechał po centrum Olsztyna na czele marszu. Na jego pace w czasie przejazdu znajdowały się dwie "drag queens". Choć - zgodnie z przepisami - nie powinno tak być.
Oficer prasowa olsztyńskiej policji Anna Balińska potwierdziła, że policja chciała ukarać kierującą autem 600 zł mandatem i punktami karnymi za to, że na platformie jadącego auta tańczyły, chodziły i przemawiały dwie osoby.
To jest wykroczenie z art. 63 art prawa o ruchu drogowym, o czym przed marszem wielokrotnie informowaliśmy organizatorów. Tłumaczyliśmy wiele razy przed imprezą, że nie mogą przewozić na pace auta ludzi, a jednak zlekceważono głos policji
– powiedziała Balińska.
Oficer prasowa olsztyńskiej policji podkreśliła, że policja celowo chciała wystawić mandat po zakończeniu marszu. - Nie chcieliśmy go zatrzymywać na starcie, nie chcieliśmy przerywać marszu interwencją, dlatego, gdy impreza się zakończyła, policjanci przystąpili do interwencji - powiedziała Balińska i potwierdziła, że kierująca odmówiła przyjęcia mandatu, wobec czego sprawę rozstrzygnie sąd.
Patronat nad marszem równości w Olsztynie objęła ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Na olsztyńskim ratuszu, spod którego wyruszył marsz, na znak solidarności z jego uczestnikami wywieszono "tęczową flagę".