Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Tanie i głupie państwo Tuska. Krzysztof Wołodźko o przepisie na katastrofę

„Strona internetowa jest niedostępna: ERR_CONNECTION_RESET” – krótki komunikat pojawiający się po próbie załadowania rządowego Poradnika Bezpieczeństwa budzi od wielu dni gromki śmiech. A przecież historia felernego Alertu RCB powinna wywoływać trwogę. Ekipa Donalda Tuska to już nie tylko tanie państwo. To państwo głupie i stwarzające dodatkowe ryzyka w i tak niepewnych czasach - pisze Krzysztof Wołodźko w "Gazecie Polskiej".

Historia rosyjskiej rakiety Ch-101, która w nocy z 29 na 30 lipca wybuchła na polach niedaleko miejscowości Tarnawa-Kolonia na Lubelszczyźnie, od wielu dni żyje swoim życiem. Inaczej, rzecz jasna, sprawę opisują branżowe portale militarne, skupione na technicznych i wojskowych sprawach; na inne aspekty zwracają specjaliści od bieżącej polityki. Olbrzymi jest również memogenny potencjał obrazków z premierem Donaldem Tuskiem, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i ministrem od spraw wewnętrznych i pogłosu Marcinem Kierwińskim. Metafora gangu Olsena, rozpowszechniona za poprzednich rządów Donalda Tuska, jeszcze zanim został przewodniczącym Rady Europejskiej (2014–2019), znów ożyła. Nigdy nie byłem do niej do końca przekonany, bo fajtłapowata ekipa kryminalisty Egona była raczej śmieszna niż straszna. W tym wypadku sytuacja jest odwrotna: nawet jeśli rządy „gdańskiego liberała” to dla nas śmiech przez łzy, to aspekt politycznego thrillera przeważa nad elementami komediowymi. A im mniej niespokojny świat wokół nas, im większe wyzwania dla polskiego bezpieczeństwa, tym bardziej robi się ponuro, że rządzą ludzie, których do władzy wyniosły przede wszystkim kulturowe kompleksy, postkomunistyczne zależności i brzydkie nieraz interesy elit III RP. 

Nic nie działa

W piątek 31 lipca o godz. 7.31 jako przykładny obywatel kliknąłem w link Alertu RCB: „Bądź przygotowany. Pobierz: poradnikbezpieczenstwa.gov.pl”.

Okazało się, że gorzej ode mnie przygotowani są ludzie, którzy kazali wysłać alert. Chwilę później było już głośno o tym, że link z dokumentem nie chce się załadować. A kolejne informacje potwierdzały fatalną komunikację między rządem a społeczeństwem w tak ważnej dla bezpieczeństwa Polaków sprawie. 

Alert był tak naprawdę plasterkiem na głęboko zionącą ranę, miał poprawić wizerunek ekipy Donalda Tuska. I pokazywać, że rząd się troszczy i trzyma rękę na pulsie. W zamian trzynastogrudniowcy zafundowali sobie jeden z największych blamaży od przejęcia władzy zimą 2023 roku. Im głębiej poskrobać, widać, jak groteskowo spełnia się w tej sprawie łacińskie powiedzenie: „Finis coronat opus” („Koniec wieńczy dzieło”). Wiemy przecież, że po naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjską rakietę alarm powinien był zabrzmieć w 17 powiatach. Jednak w aż 10 z nich nie włączono syren! System ostrzegania ludności nie zadziałał prawidłowo – choć nieco wcześniej był ćwiczony w całym kraju. Gdy do tego dodamy obrazek najważniejszych polityków w kraju, tak butnych i zadufanych w sobie, gdy krytykują swoich poprzedników, i tak niewyraźnych i mętnych, gdy schodzi na ich własne rządy, dostajemy smutne podsumowanie: oto tanie i głupie państwo Donalda Tuska.

Zabawny chichot historii: rzadko kto pamięta, że hasło „tanie państwo” pojawiło się jeszcze w czasach pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości. Już wówczas nie podobało się środowisku lewicy społecznej, sam pomstowałem, że partia Jarosława Kaczyńskiego sięga po tego rodzaju motywy. Wtedy chodziło o oszczędności na biurokracji – wątek dobrze widziany także przez część liberalnej rynkowo prawicy. Jeszcze zabawniejsze jest to, że w trakcie wyborów parlamentarnych w 2007 roku Donald Tusk wykonał manewr, z którym kojarzymy go do dzisiaj: przejął koncepcję „taniego państwa” i wprost powołał się na nie w swoim ówczesnym exposé. Na tym jednak nie koniec: w wykonaniu jego ekipy przestało już chodzić o jakiekolwiek racjonalne oszczędności. 

Likwidowali, co się da

Koncepcja taniego państwa stała się pretekstem do ultraliberalnej demolki kraju: minister Michał Boni zaczął program wielkich oszczędności na prowincjonalnych placówkach oświatowych, co poskutkowało m.in. głośnym ruchem ponad podziałami: „Stop likwidacji bibliotek”. W tamtych latach zlikwidowano również 1146 szkół w całej Polsce – niż demograficzny służył jako pretekst do realizacji hasła: „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Do dziś nie potrafię się nadziwić, że środowisko nauczycielskie, mocno doświadczone realiami rządów PO-PSL, wciąż na nowo daje kredyt zaufania tej ekipie. Nie przesadzam: raport NIK dotyczący tamtych czasów mówił jasno, że systemowa likwidacja szkół w latach 2007–2014 skutkowała częściową utratą miejsc pracy dla pracowników oświaty: „W kontrolowanych gminach zatrudnienie w innych szkołach gminnych lub nowo powstałych szkołach znalazło 68,5 proc. nauczycieli szkół zlikwidowanych. Nauczyciele przechodzący do nowo powstałych szkół otrzymywali wynagrodzenie średnio o 40 proc. niższe od przeciętnego wynagrodzenia nauczycieli szkół gminnych przy jednocześnie zwiększonym o 28 proc. wymiarze godzin dydaktycznych”. A przecież mówimy o czasach, gdy programy socjalne PiS jeszcze nikomu się nie śniły, a płaca minimalna szorowała po dnie.

Głośno było oczywiście o zamykaniu jednostek wojskowych za rządów PO-PSL. Wbrew temu, co później próbowali wmówić opinii publicznej politycy rządzący Polską w tamtych latach, straty były realne. Powołam się na dane Demagoga: „Za rządów PO-PSL zlikwidowano następujące jednostki wojskowe na wschodzie kraju: 1. Siedlecki Batalion Rozpoznawczy, 1. Warszawską Dywizję Zmechanizowaną im. Tadeusza Kościuszki w Legionowie oraz 3. Brygadę Zmechanizowaną Legionów im. Romualda Traugutta w Lublinie”. Faktcheckingowy ośrodek przypominał równocześnie, że „w trakcie rządów Prawa i Sprawiedliwości utworzono 18. Dywizję Zmechanizowaną, której celem jest wzmocnienie ściany wschodniej. W skład dywizji weszły dotychczas istniejące jednostki, a także nowo powstałe, m.in.: 19. Lubelska Brygada Zmechanizowana, 18. Pułk Logistyczny z Łomży i 18. Batalion Dowodzenia z Siedlec”. A to przecież tylko drobny przykład diametralnie różnego podejścia do sprawy bezpieczeństwa Polski między rządzącą do niedawna centroprawicą a gangiem Olsena, który za coraz bardziej przerażonym uśmiechem usiłuje ukryć prawdę o swojej nieudolności.

Komu dobrze w antypaństwie?

Być może koncepcje taniego państwa i państwa jako nocnego stróża nie spotkałyby się w 2015 roku z tak dużym oporem społecznym, gdyby nie ośmiorniczki totumfackich Donalda Tuska. Nagrania z nieistniejącej już warszawskiej restauracji „Sowa i Przyjaciele”, położonej zresztą niedaleko siedziby Ministerstwa Sprawiedliwości na ul. Czerniakowskiej, pokazały, że Polska platformerskich elit ma się dobrze. Tylko że żeruje na całej reszcie państwowego organizmu. Przedstawiona przez Bartłomieja Sienkiewicza wizja państwa („Ch..., d... i kamieni kupa”) zabrzmiała jak dzwonek alarmowy.

W 2015 roku chyba tylko najwięksi pożyteczni idioci wierzyli w polsko-putinowski reset. Ale elity od ośmiorniczek cieszyły się z antypaństwa, bo gwarantowało im luksusową konsumpcję – choćby nawet z ludźmi z rosyjskich służb.  

Tanie i głupie państwo Donalda Tuska siłą bezwładu zmierzało ku geopolitycznej katastrofie: tzw. elit III RP nie stać było na jakikolwiek wysiłek intelektualny i merytoryczną aktywność, która wyzwoliłaby Polskę z logiki narzuconej przez niemiecko-rosyjski pakt, znany jako Nord Stream 1 i Nord Stream 2. Nikt też na serio nie myślał o jakiejkolwiek infrastrukturze obronnej, która zabezpieczałaby ludność cywilną. Nie bez powodu: ekipa Tuska wierzyła i wciąż chyba nadal wierzy, że na dobrą sprawę to rynek ma zawsze rację. Aż do zmiany władzy w Polsce w 2015 roku pojawiały się kolejne pomysły na niszczenie systemowych zabezpieczeń, łączących sprawną infrastrukturę z efektywną administracją: od likwidacji stacji epidemiologicznych po zamykanie sądów powiatowych – Tusk był zwolennikiem każdego rozwiązania, które zdejmowałoby z niego odpowiedzialność za kolejne fragmenty niszczonych elementów publicznej infrastruktury. Najłatwiej być przecież premierem, który w każdej sprawie może umyć ręce. Widzieliśmy w ostatnich dniach, oglądając premiera przepytywanego przez reportera TV Republika, że tak to właśnie wygląda.

Czy gangowi Olsena znów uda się umknąć przed polityczną odpowiedzialnością? Nietęga mina faceta, nazywanego w pewnych mało szacownych kręgach „kierownikiem”, pokazuje, że lider trzynastogrudniowego układu coraz bardziej obawia się gniewu suwerena. I słusznie: tanie i głupie państwo naprawdę jest państwem sezonowym. Tusk musi przestać rządzić. Inaczej pewnego dnia obudzimy się z komunikatem znacznie poważniejszym niż:

„Strona internetowa jest niedostępna: ERR_CONNECTION_RESET”.

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polityka