Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Dawid Wildstein: Po co im faszyzm. W kółko to samo...

Adam Leszczyński, jedna z istotnych postaci polskiego środowiska liberalno-lewicowego, przy okazji także – decyzją rządzącej partii – dyrektor państwowego Instytutu Narutowicza, odkrył niedawno, że faszyzm jest w Polsce niemal nieunikniony. Skąd ta ponura konstatacja? Oddajmy głos samemu dyrektorowi.

„Pociąg do Wałbrzycha, gdzieś pomiędzy Brzegiem i Oławą. W Warsie przy stoliku rozmawia Polak (na oko 55, dobrze ubrany, klasa średnia) z Niemką (około 25, na oko studentka). Polak mówi: »U was Merkel zrobiła błąd: wpuściła migrantów, którzy się nie asymilują i nie chcą pracować (...). My w Polsce teraz robimy to lepiej niż wy. Sprowadzamy Ukraińców i zatrudniamy ich do najgorszych, najbardziej brudnych prac: sprzątanie, gastronomia, sklepy. I tak właśnie powinno się robić. My to robimy dobrze« – powtarza z zadowoleniem.
Kiedy tego słuchałem, przypomniał mi się Andrzej Leder, który ostatnio mówi w różnych miejscach, że faszyzm w Polsce jest nieunikniony (...).
Pomyślałem, że jeżeli takie są teraz dominujące emocje w głównym nurcie polskiego społeczeństwa – a byłem już świadkiem podobnych wypowiedzi parokrotnie – to jesteśmy zgubieni. Nadal mam nadzieję, że jest jeszcze ratunek”.

Prostacka manipulacja

Taka opowieść u normalnego człowieka powinna wywołać wybuch śmiechu. Na zdrowy rozum mamy do czynienia z oczywistym bełkotem. Z jednego dowodu anegdotycznego, który, nawet jeśli jest prawdziwy (i jeśli, jak zaznacza to Leszczyński, takich rozmów słyszał kilka), posiada zerową wartość statystyczną, następuje wnioskowanie o całości społeczeństwa oraz państwa. Wyprowadzane tezy są zresztą wyjątkowo ostre, tym bardziej więc potrzebowałyby one mocniejszego ugruntowania. Dodatkowo, niezależnie od tego, jak krytycznie możemy podchodzić do słów Polaka z anegdoty, trudno uznać, że są one faktycznie jednoznacznym wyrazem totalitarnych poglądów naszego rodaka. Leszczyński ma oczywiście tego świadomość.

Dlatego konstruuje on swoją wypowiedź w taki sposób, by wynikało z niej, że ów „faszyzm” jest już w Polsce zjawiskiem powszechnym. Tak naprawdę to, czego w teorii ta rozmowa ma dowodzić, jest warunkiem jej prawdziwości. Jest to prostacka manipulacja, ale tak Leszczyński usiłuje przekonać swoich odbiorców, że to, o czym mówi, jest tak jasne, że nie musi tego nawet argumentować. W ten sposób Leszczyński nie tylko nie musi w żaden sposób potwierdzać swoich „rewelacji”, może też swobodnie krytykować każdego, kto nie podziela jego wizji rzeczywistości. Taki ktoś, niejako ex definitione, jest ślepy na prawdę, jest wręcz wspólnikiem zła.

Zauważmy też, kim są główni bohaterowie tej opowieści. Leszczyński nie tylko chce, żeby jego odbiorcy poczuli strach przed „faszyzmem”, mają się też zawstydzić. W końcu ze starszym, strasznym polskim faszystą skonfrontowana zostaje młoda, zażenowana Niemka, reprezentująca „Europę” i oczywiście wyższą kulturę polityczną. Jak widać, Leszczyński dobrze wie, na jakich emocjach i kompleksach swoich odbiorców grać.

Tu rodzi się pytanie: jaki jest prawdziwy, polityczny cel tej apokaliptycznej narracji, którą snuje w końcu urzędnik państwowy i nominat obecnej władzy?

Zacznijmy od tego, że Leszczyński jest tylko egzemplifikacją szerszego zjawiska. Jego post zamieszczony na portalu Facebook wzbudził uznanie rozmaitych funkcjonariuszy medialnych czy „intelektualistów" powiązanych z władzą. O ile sam Leszczyński unika jednoznacznych deklaracji politycznych (chociaż wypływają one w sposób dość oczywisty z samej konstrukcji jego wypowiedzi), o tyle już jego odbiorcy, patrząc na ich reakcje, nie mają wątpliwości. Winny tego stanu rzeczy jest rzecz jasna PiS. Ratunek – w Tusku.  

Antyfaszystowska mobilizacja

To straszenie faszyzmem idealnie komponuje się ze wrzuconym ostatnio przez Tuska i jego spin doktorów tematem przyszłej wspólnej listy wyborczej koalicji rządzącej. Skoro wisi nad nami widmo takiej apokalipsy, konieczne jest, żeby odrzucić dzielące nas różnice i połączyć siły. Ów „faszyzm”, podobnie jak wspomniany temat „wspólnej listy”, jest też sposobem na dyscyplinowanie koalicjantów, którzy ostatnio coraz zuchwalej ośmielają się krytykować niektóre posunięcia Donalda Tuska. W końcu jak można się kłócić o takie „didaskalia”, jak kompletna bandyterka prawna w związku z wprowadzeniem komisarza Berka do Trybunału Konstytucyjnego (ostatnio wśród Silnych Razem wrzucono nawet narrację, że „Berek to jedyny ratunek przed faszyzmem”), jak można się czepiać jakiegoś Króla czy Kacprzyka, kiedy grozi nam nazizm?

Jednak najistotniejszy z perspektywy trwania uśmiechniętej Polski wydaje się potencjał mobilizacyjny tkwiący w tego typu narracji. Tusk dobrze wie, że jego być albo nie być w przyszłych wyborach może zależeć od jednego albo dwóch procent głosów. Ma także świadomość, że znaczna część tych, którzy zagłosowali na niego w 2023 roku, jest dziś rozczarowana – szczególnie dotyczy to osób, które postrzegają siebie jako lewicowców. Tusk nie ma żadnych argumentów, żeby na płaszczyźnie racjonalnej ich do siebie przekonać, zwłaszcza że ma konkurencję w postaci Razem. Jedyne więc, co mu pozostaje, to maksymalne rozkręcenie emocji, utopienie debaty publicznej w skrajnej histerii. Głosowanie na Tuska ma się jawić nie jako akt demokratycznego wyboru polityka, z którego programem się zgadzamy. Ma być ostatnią deską ratunku przed apokalipsą. I dokładnie w ten sposób skonstruowana jest opisana powyżej wypowiedź Leszczyńskiego, i setki jej podobnych. Niby wszystko stracone, ale tli się wątły promyk nadziei. Jest jeszcze szansa, chociaż niewielka. Rzecz jasna Leszczyński, w przeciwieństwie do wielu funkcjonariuszy z TVN czy „GW”, jest subtelniejszy w idolatrii obecnego premiera. Nie pisze w przytaczanym tekście o nim bezpośrednio, w innych wypowiedziach potrafi też go skrytykować. Tyle że, i to jest clou każdej tego typu apokaliptycznej narracji, i tak pozostanie on figurą quasimesjasza. Ponieważ w obliczu ostatecznego zła, które nam grozi, PiS-u, jest na ten moment jedyną nadzieją.  

Nie rodak, a potwór

Z perspektywy normalnego człowieka głupota i paranoja jego narracji o jednocześnie nadchodzącym i już trwającym „faszyzmie” jest wręcz uderzająca.

Podobnie jej wtórność – w końcu oni wszyscy powtarzają to samo, słowo w słowo, przy każdych wyborach, i to już od kilkunastu lat. W tym tkwi jednak też siła tej propagandy. Tak jak trudno uwierzyć, że można tak prymitywną, infantylną i spiskową teorię powtarzać na poważnie, tak też trudno z nią polemizować. Stopień jej histeryczności i oderwania od realności jest skuteczną zbroją, która impregnuje na zdrowy rozsądek, na jakąkolwiek próbę realnej debaty o tych bredniach. Możemy być jednak pewni, że oparta na tego typu paranoi propaganda będzie coraz głośniejsza. Przypomnijmy sobie, co działo się podczas wyborów prezydenckich. Przecież ci ludzie wprost twierdzili, i nie mówimy tu o internetowych trollach, tylko o „poważnych” publicystach i autorytetach powiązanych z obecnie rządzącą partią, że wybór Nawrockiego to koniec Polski, i to właściwie natychmiastowy. Że, jak profesor Bilewicz, ci, którzy głosują na tego kandydata, są tymi, którzy mordowali Żydów w Jedwabnem. Inni „myśliciele” z okolic neo-TVP, TVN-u czy „Wyborczej” oznajmiali, że objęcie prezydentury przez Nawrockiego oznaczać będzie ponowne otwarcie obozów koncentracyjnych, wyprowadzenie wojska na ulicę oraz masowe mordy. Jak widać, to, że żadna z powyższych „rewelacji” nie okazała się prawdziwa, w niczym nie przeszkadza ponownie powtarzać tego typu bredni.

I w tym absurdzie ujawnia się kolejny element mobilizacyjny opisywanej tu narracji. Ona bowiem i straszy, i okazuje się idealnym nośnikiem elitaryzmu.

Za jej pomocą można ponownie poczuć się lepszym. Spełnić swoje aspiracyjne potrzeby, stanąć po stronie dobra, inteligencji i tolerancji, a jednocześnie dostać glejt, by gardzić strasznym polskim ciemnogrodem. Pozwala pogłębiać dystynkcję, za pomocą której część społeczeństwa może utrzymywać przekonanie o swojej własnej elitarności. I to właśnie w tym tkwi wyjątkowe zagrożenie, jakie niesie z sobą tego typu populizm. Ma on bowiem wymiar „separatystyczny”. Wrogiem nie jest tylko znienawidzony polityk i jego formacja, lecz jest nim także część społeczeństwa.

Współobywatel staje się wręcz egzystencjalnym zagrożeniem, należy się od niego odseparować, uniemożliwić mu decydowanie o losach kraju. Opozycja bardzo często (ostatnio coraz częściej) używa prymitywnego populizmu, zauważmy jednak, że tego typu skupienie nienawiści na elektoracie jest jej obce i typowe dla obecnej władzy oraz jej zwolenników.

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polityka