Jeszcze w środę prokuratura twierdziła, że nie były prowadzone dotychczas sprawy związane ze Szpitalem Południowym w Warszawie, które miałyby związek z ujawnioną aferą. Wczoraj wbrew tym twierdzeniom opublikowała komunikat, w którym poinformowała, że prowadzone jest śledztwo dotyczące fałszowania kart zgonów. „(...) Na terenie Prosektorium Warszawskiego Szpitala Południowego, w celu użycia za autentyczne, kart zgonów dwudziestu osób, poprzez ich wypełnienie, naniesienie pieczęci koordynatora Prosektorium Warszawskiego Szpitala Południowego oraz podpisanie, przez osobę do tego nieuprawnioną, tj. o czyn z art. 270 § 1 k.k. Postępowanie zainicjowane zostało zawiadomieniem osoby, której podpis widnieje na dokumentach i której pieczątka zaginęła. Z treści zawiadomienia wynika, iż osoba ta w inkryminowanym okresie przebywała na urlopie wypoczynkowym i w tym czasie inna osoba, używając pieczątki zawiadamiającego, podrabiała m.in. podpisy na kartach zgonów pacjentów, którzy zmarli w tym czasie w szpitalu południowym”.
– Prokuratura już twierdzi, że nie istnieje „łączność podmiotowa” z dotychczas opisywanymi zdarzeniami… choć nie ustalono jeszcze sprawcy przestępstwa
– komentuje mec. Bartosz Lewandowski.
Śledczy dają Kacprzykowi czas
– To nie jest jedyne, nazwijmy, dziwne zachowanie prokuratury w tej sprawie. Przesłuchanie sygnalisty i próba wpuszczenia go w pułapkę, by zdyskredytować ujawnione przez niego informacje, to tylko część dziwnego postępowania
– mówi mec. Michał Skwarzyński (szczegółowo o przesłuchaniu dr. Jędrzejewskiego piszemy obok – red.).
– To śledztwo przeczy taktyce procesowej i postępowaniu prokuratury, ponieważ sytuacja, w której najpierw próbuje się przesłuchać lekarza, który ujawnia aferę, wcześniej nie zabezpiecza się dokumentacji medycznej, daje czas głównemu bohaterowi afery, Dawidowi Kacprzykowi, na przygotowanie obrony. To jest zaprzeczenie taktyki procesowej prokuratury, która zawsze stara się wziąć potencjalnie podejrzanego z zaskoczenia, by na tę obronę nie miał czasu
– mówi Skwarzyński.
W efekcie – wylicza „Codziennej” prawnik – możliwe było wystosowanie przez Kacprzyka oświadczenia, będącego w istocie groźbą wobec Jędrzejewskiego, ponieważ Kacprzyk w sensie prawnym nie jest nawet świadkiem. – Poza wszystkim oświadczenie Kacprzyka, w którym stwierdza, że kiedy dochodziło do zgonów, to on tych nieszczęsnych pacjentów bezpośrednio nie leczył, nie zwalnia go z odpowiedzialności za te przypadki. Jeśli wziął na siebie funkcję organizacji SOR, to odpowiada za wszystko, co dzieje się na SOR – podkreśla Skwarzyński.
Kolejną sprawą „pod Kacprzyka” jest podważanie jego wiarygodności przez prokuraturę, a także przez polityków sprawujących władzę, od premiera począwszy, a na Trzaskowskim w Warszawie kończąc. – To jest niedopuszczalne w świetle ustawy o sygnalistach stosowanie działań odwetowych. Poza tym obronie Kacprzyka będzie łatwiej dowodzić przed sądem, że padł ofiarą niewiarygodnego świadka – mówi Skwarzyński.
Chronić swoich
Atak na sygnalistę przypuścił wczoraj Rafał Trzaskowski podczas obrad Rady Warszawy.
– 23 lipca 2025 r. były ordynator złożył pismo z datą 21 lipca na ręce dyrektor szpitala. Po pierwsze – w zgłoszeniu brakowało podpisu oraz nie zawierało faktów, których wymagało prawo, by wszcząć odpowiednie postępowanie. Pismo nie zawierało żadnych informacji odnoszących się do zgonów. Nie wiem, dlaczego czekał tyle miesięcy, by powiedzieć o tym w wywiadzie, dlaczego nie wykorzystał ścieżki przygotowanej dla sygnalistów, ale po prostu milczał przez wiele miesięcy, dziewięć miesięcy po odejściu ze szpitala i mimo obowiązków ciążących na nim z mocy Kodeksu karnego – mówił Trzaskowski. Jednocześnie z powodu braku formalnego zawiadomienia uznał, że on takiego obowiązku (reakcji) nie miał.
Podczas Rady Warszawy, która została zdominowana przez pytania i wnioski radnych PiS dotyczące afery szpitalnej, żadna z osób, których odwołania domagają się radni opozycyjni wobec władz miasta, nie poczuwała się do odpowiedzialności. Wiceprezydent Renata Kaznowska przez około godzinę odczytywała regulaminy oraz wyliczała inwestycje miasta w szpitale. Przewodnicząca rady miasta, która według informacji medialnych korzystała z szybkiej ścieżki Kacprzyka, zaprzeczała, że była „w pokoiku VIP”. W momencie oddawania tego numeru do druku sesja rady wciąż trwała.
Mieszkańcy, którzy przyszli na sesję, domagali się dymisji urzędników i zapowiedzieli zorganizowanie referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego. Wobec mieszkańców radni KO zachowywali się arogancko. – Niech się państwo nie wydzierają – zwracał się do mieszkańców radny KO Sławomir Potapowicz, kiedy ludzie głośno oburzali się na słowa Trzaskowskiego i Kaznowskiej.
Ukręcić sprawie łeb
Warszawski poseł PiS Sebastian Kaleta, widząc postawę polityków KO na radzie miasta, podsumował: – Na ten moment nie ma chyba jednak większych szans, żeby to, co się stało, zostało rzetelnie wyjaśnione. Już widzimy, że Waldemar Żurek czy Donald Tusk z perspektywy karnej w zasadzie już bagatelizują te doniesienia. To wskazuje, że prokuratura raczej będzie zamiatała sprawę pod dywan.
– Chcą ukręcić łeb sprawie
– komentuje Janusz Cieszyński to, co mówił Donald Tusk o tym, że konieczne jest wyjaśnienie najdrobniejszych szczegółów afery. – „Sprawdzanie w najdrobniejszych szczegółach” polega na tym, że prokuratura zajmowała się Emilem Jędrzejewskim i nie zabezpieczyła dokumentacji działań złodzieja Kacprzyka. Chcą zdusić sprawę w zarodku – mówi Cieszyński.
Umowy w ukryciu
Okazuje się, że wprowadzając regulacje prawne, ludzie KO zabezpieczyli się przed ujawnieniem umów w takich szpitalach jak Szpital Południowy. Od 1 lipca wchodzi w życie prawo dotyczące jawności umów, w tym kontraktów lekarzy, czyli Centralny Rejestr Umów. „Centralny Rejestr Umów (CRU) miał być symbolem przejrzystości systemu, którym chwalił się premier, a na naszych oczach staje się flagowym bublem prawnym, który najgłośniejsze afery po prostu zamiecie pod dywan” – stwierdza Porozumienie Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. „Bo czyje umowy – tak zupełnie przypadkowo! – do tego rejestru nie trafią? Zupełnie niespodziewanie nie znajdą się w nim umowy zawierane m.in. przez Szpital Południowy w Warszawie, Szpitale Pomorskie (dawniej zarządzane przez Panią Minister Zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę) czy np. Szpitalne Centrum Medyczne w Goleniowie (którego dyrektorem była Pani Wiceminister Katarzyna Kęcka). Nie trafią tam też umowy całej masy innych spółek, które od lat stają się politycznym łupem” – czytamy na profilu Porozumienia Rezydentów OZZL.
– To jest fakt, który nas bardzo niepokoi. Nie chcemy twierdzić, że to jest intencjonalne stworzenie luki prawnej, ale ona ewidentnie jest. W efekcie może doprowadzić nie tylko do zamiatania kolejnych afer pod dywan, ale także przechodzenia placówek z formy prawnej SPZOZ do formy spółek prawa handlowego, po to, by łatwiej manipulować zawieranymi umowami – mówi „Codziennej” Sebastian Goncerz, prezes Porozumienia Rezydentów.
Wyjątek nad wyjątkami
Goncerz podkreśla, że umowa, warunki pracy i traktowanie, jakie miał Kacprzyk w Szpitalu Południowym, stanowią wyjątek na skalę kraju. – Pracował w trybie pozarezydentalnym, a w takim trybie pracuje mniejszość rezydentów. W takim trybie płaci szpital, nie ministerstwo, i szpitale wykorzystują tę sytuację, by płacić mniej, a nie więcej. Tymczasem tu mamy niebotyczne stawki niedostępne dla zwykłego śmiertelnika. To jest możliwe tylko przy odpowiednich koneksjach – mówi nam Goncerz.
Czytaj więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie"!