Oto bowiem urzędujący prezydent przedstawia projekt ogólnonarodowego referendum na temat tzw. Zielonego Ładu i właściwie dyskusja powinna toczyć się nad samą ideą i jej kształtem; a tu w nocy otwierają się senackie drzwi, wyłażą jakieś dwa babska (senatorki, jak się okazało) i kipią wprost satysfakcją, że udało im się uwalić pomysł prezydenta… No bo to Nawrocki, a jak wiadomo, to PiS-owskie pomysły. Gdyby identyczne złożenia przedstawił Tusk, to te same babska piałyby z zachwytu.
Nikt nie mówi o niedoskonałościach prezydenckiego projektu, nie zajmuje się samą ideą ogólnonarodowej dyskusji na temat unijnych debilizmów, które mordują gospodarkę. Trwa grzmocenie się łopatkami w piaskownicy. Nikt nie oceni działań z perspektywy dobra państwa, nikt nie rozpocznie dyskusji nad ulepszeniem nienajlepszego projektu… Po prostu nie o to chodzi. Zabawa w grę „kto kogo” się ciągnie.
Trwa fantomizacja istnienia polskiego państwa. Ugrupowania wolą sprzymierzać się z obcymi niż szukać porozumienia ze swoimi. Takie postawy są wręcz idealne do wykorzystywania przez wywiady wrogich nam krajów. Państwo, w którym fikcja zajmuje miejsce realnego działania, musi zanikać i stawać się polem do rozgrywania obcych spraw.
Co jakiś czas rządzeni w taki sposób obywatele przypominają nominalnym władzom o swoim istnieniu. Odbywają się wtedy masowe demonstracje w stolicy. Rytualnie słychać głos protestu, żądania zmian i naprawy państwa. Warszawa ma jednak to do siebie, że dawno już ogłuchła na takie zdarzenia.
Ot przychodzi wielka manifestacja, przepływa i wszystko wraca do starego biegu. Jak wielka woda, na którą nastawione są wytrzymałe wały.
Manifestacje powodują opadnięcie emocji i poza nimi nie działają w żaden sposób. Polski po prostu nie da się odmienić poprzez warszawskie demonstracje. Rządzący od dawna nauczyli się sobie z tym radzić. Mają na tę okoliczność cały zestaw pustosłowia i nic nieznaczących gestów.
Oczywiście odnoszę się do ostatniej dużej manifestacji Solidarności. Ulice Warszawy od dawna stały się sceną przemarszów i okrzyków, które zupełnie nie wpływają na sytuację. Gdybyż choć raz można było wszystkich zaskoczyć nowymi pomysłami i siłą, która nie wyparuje natychmiast po wyjeździe autokarów z protestującymi!
Jeżeli jednak nie zmienimy świata polityki, to będziemy się nieustannie potykać o agenciaków reprezentujących interesy wszystkich, byle nie państwa polskiego, które oficjalnie im płaci. W Polsce kipi od agentury, a jeszcze żadnemu sprzedawczykowi głowa za to nie spadła.
Oczywiście prezydent mógł przygotować lepszy projekt referendum, manifestujący w Warszawie mogli bardziej konkretnie go wesprzeć, tak by Senatowi zadrżały łydki przy głosowaniu przeciw tej inicjatywie. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że silnik antypolski wciąż dostaje swoje paliwo i jest to całkowicie bezkarne. Prezydent powinien być groźny dla zdrajców siłą swoich koncepcji i nieugiętością w ich realizacji, a nadchodzące wybory parlamentarne powinny być strasznym cieniem, przez który agentura nie może zasnąć. Dlaczego jednak tak nie jest?