Kiedy premier się potknie
Ani powódź, ani liczne dowody prowadzenia polityki pod znakiem TKM, ani nawet inflacja i wzrosty cen energii nie doprowadziły dotąd do zakwestionowania przywództwa Donalda Tuska lub sondażowego tąpnięcia.
Ani powódź, ani liczne dowody prowadzenia polityki pod znakiem TKM, ani nawet inflacja i wzrosty cen energii nie doprowadziły dotąd do zakwestionowania przywództwa Donalda Tuska lub sondażowego tąpnięcia.
Ledwie 12 września Adam Bodnar w imieniu Donalda Tuska odebrał w Poczdamie nagrodę za „demokratyzowanie” Polski, a już pojawiły się u nas porównania do innego, znanego dobrze Niemcom przywódcy ze wschodu. Przypomnijmy, że chodzi o człowieka również określonego nad Renem swego czasu jako „czysty jak łza demokrata” i niedoszłego laureata prestiżowej Nagrody Kwadrygi.
Metody faktycznej delegalizacji PiS, które stosuje Donald Tusk, są na wskroś niemieckie. Odebranie funduszy zastosowano np. swego czasu wobec ultranacjonalistycznej i neonazistowskiej NPD – oczywiście w imię profilaktyki antynarodowosocjalistycznej. Na tym gruncie ukuto też samo pojęcie „demokracja walcząca”, którego autorem jest niemiecki politolog Karl Loewenstein – w zamyśle odnosiło się do obrony przed hitleryzmem.
Wybitny amerykański politolog polskiego pochodzenia Adam Przeworski twierdził, że najkrótsza definicja demokracji brzmi: „Demokracja to system, w którym partie polityczne przegrywają wybory”. Nic dodać, nic ująć – przegrywają i oddają władzę dobrowolnie i pokojowo.
Do rządów prawicowej AfD jeszcze w Niemczech daleko. Z roku na rok partia odnotowuje jednak coraz lepsze wyniki. Tworzy to nie lada dylemat dla polskiej prawicy. Czy współpracować wbrew historycznym zaszłościom, czy jednak bronić interesów narodowych, co może doprowadzić do tego, że w sprawie niemieckiego populizmu nasze stanowisko zbliży się do George’a Sorosa i innych globalistów?
PiS będzie administracyjnie tępione oraz zwalczane na najróżniejsze sposoby. Może dojść do wewnętrznych podziałów. Poważną konkurencją jest Konfederacja. Formacja Jarosława Kaczyńskiego może jednak już odetchnąć z ulgą w jednej, kluczowej sprawie.
Wynurzenia byłego szefa BND Augusta Hanninga na temat polskiego udziału w wysadzeniu w powietrze Nord Streamu 2 odczytuję jako pierwszy od jakiegoś czasu atak niemieckich proputinowców (Putinversteher).
Zamiast pokazu siły Zachodu igrzyska olimpijskie, mimo pochwał progresywnych mediów, okazały się raczej pokazem francuskiej prowincjonalności i jałowości naszych zachodnich sporów politycznych.
Mało co w niemieckiej polityce jest tak pełne pozorów, skrywanych emocji i snów o globalnej potędze jak relacje transatlantyckie. USA wywołują u naszych zachodnich sąsiadów huśtawkę emocji, ale i zmuszają ich do uczenia się na własnych błędach. To, co nas, Polaków, musi szczególnie w obecnej sytuacji bulwersować, to fakt, że Olaf Scholz w roli antyamerykańskiego unijnego bulteriera obsadził Donalda Tuska, sam zaś gra dużo ostrożniej.
Jeden z twórców nowoczesnej dyplomacji, symbol przebiegłości oraz inteligencji Charles-Maurice książę de Talleyrand-Périgord, zasłynął dwoma powtarzanymi od wieków bon motami.
Nie będzie już raczej wielkich „resetów”. Mniej lub bardziej brutalne działania rządu Donalda Tuska w stosunku do kilku osób sugerują jednak, że efekty będą podobne, nawet jeśli nazwiemy to np. „aktualizacją oprogramowania”.
Donald Tusk nie ponosi odpowiedzialności za kampanię nienawiści, jaką przeciwko Donaldowi Trumpowi rozpętano w USA. Z perspektywy czasu zdjęcie, na którym mierzy w plecy Trumpa „pistoletem” z palców, można by zbagatelizować jako głupi żart. Nabiera ono znaczenia symbolicznego dopiero w kontekście całokształtu polityki amerykańskiej naszego premiera.
Coraz więcej polityków chce rozwiązania konfliktu na Ukrainie poprzez ustępstwa na rzecz Rosji. Niedawno z misją dyplomatyczną do Moskwy udał się Viktor Orban. Potem zaś w niemieckim „Die Welt” ukazał się enigmatyczny wywiad sugerujący, że prezydent Węgier zawiózł Putinowi propozycję od kanclerza Niemiec.
O dyplomatycznej klapie, jaką skończyła się wizyta Olafa Scholza w Warszawie, mówi się teraz bardzo dużo. W odróżnieniu od innych krytyków nie czuję się jednak specjalnie zawiedziony w kwestii samych reparacji.
Pamiętam utyskiwania polityków PO z lat 2015–2023, że PiS nie ma wyborców, tylko wyznawców. Teraz role się odwróciły. Partia Donalda Tuska odrobiła lekcję z mediów społecznościowych, antyelitarnego populizmu i szczucia na „tłuste koty”. Dziś to ona ma prawdziwych „silnych razem”, czyli fanatyków. Ludzi, którzy płacą z ochotą horrendalną cenę za swoją fałszywą świadomość klasową.
Polityka tego rządu to wypisz wymaluj „saska”, w której „Polska nierządem stoi”. Jej zasada to bezkrytyczne żyrowanie politycznych i gospodarczych planów Berlina, bez jakichkolwiek nowych gwarancji z jego strony.
Chadecy trzymają się mocno, wraz z socjalistami i liberałami powinni teoretycznie wybrać znów Ursulę von der Leyen na przewodniczącą Komisji Europejskiej. Nie musi jednak wcale być tak łatwo. Liberałowie (ALDE) chcą daleko idących zmian, rozwadniających Europejski Zielony Ład. Chadecy (EPP) nie mówią „nie”. Wyjście naprzeciw tym postulatom zapowiedział już Manfred Weber.
W polityce nikt nie mówi całej prawdy. Często zapominamy jednak, że wierutne kłamstwo ma dość krótkie nogi, a poważny polityk musi być długodystansowcem.
Donald Tusk nie ponosi odpowiedzialności za kampanię nienawiści, jaką przeciwko Donaldowi Trumpowi rozpętano w USA. Z perspektywy czasu zdjęcie, na którym mierzy w plecy Trumpa „pistoletem” z palców, można by zbagatelizować jako głupi żart. Nabiera ono znaczenia symbolicznego dopiero w kontekście całokształtu polityki amerykańskiej naszego premiera.