Duchowny, klaun, rehabilitantka - ich życie zmieniła wojna. Bohaterowie-wolontariusze ratują życia innych

Atak Rosji na szeroką skalę zwiększył wśród Ukraińców zainteresowanie wolontariatem, które po raz pierwszy przybrało na mocy na tle wydarzeń z lat 2014-2016. Obecnie praca wolontariuszy nabrała jeszcze bardziej tragicznego wymiaru. Tym razem gorąca faza wojny dotknęła wszystkie regiony kraju, nie pozostawiając nikogo obojętnym na nieszczęście innych.

Jan Tomasz Rogala, Andrij Pinczuk, Anna Kyryczenko
arch. / niezalezna.pl

Po 24 lutego 2022 r. obwód dniepropietrowski stał się największym centrum pomocy humanitarnej na Ukrainie i przyjął ponad 300 tys. przymusowo przesiedlonych osób. Korespondent Niezalezna.pl na Ukrainie rozmawia z osobami mieszkającymi w tym regionie, które w czasie wojny zostały wolontariuszami. Teraz pomagają ludziom w ewakuacji z miejsc dotkniętych wojną i przystosowaniu się do życia w nowych warunkach, pomagają rodzinom z dziećmi ze specjalnymi potrzebami, zbierają pomoc humanitarną dla wojska. A w codziennym, cywilnym życiu są to – wykładowczyni prawa i założycielka dziecięcego ośrodka rehabilitacyjnego oraz funduszu charytatywnego Hanna Kyryczenko, szpitalny klaun Jan Tomasz Rogala, prawosławny duchowny i sołtys Andrij Pinczuk oraz dyrektor funduszu charytatywnego Kateryna Juchymczuk.

WERSJA UKRAIŃSKA / Українська версія

„Chrystus jest zawsze w centrum cierpienia”

Polak z pochodzenia, Jan Tomasz Rogala już od kilku lat mieszka w Dnieprze, gdzie pracował jako szpitalny klaun. Wraz z kolegami przekazywał jaskrawe, świąteczne emocje dzieciom ciężko chorym, które leczono w Obwodowym Szpitalu Dziecięcym. Życie mężczyzny zmieniło się wraz z pierwszymi eksplozjami, które wybuchły w Dnieprze 24 lutego br.

- Stało się to bardzo blisko domu, w którym mieszkamy. To było przerażające zarówno z powodu samego wybuchu, jak i braku wiedzy – co to jest? Co będzie dalej? Kiedy stało się jasne, że to wojna, naradziliśmy się z moją żoną i zdecydowaliśmy, że zostaniemy w Dnieprze i postaramy się jak najlepiej pomóc ludziom. Chyba tego samego dnia zadzwoniłem do dobrze znanego mi ojca Andrija i powiedziałem, że musimy stworzyć schronisko dla ewentualnych uchodźców

– wspomina Jan Tomasz.

Prawosławny duchowny Andrij Pinczuk jest postacią znaną w Dnieprze i na Ukrainie. On i jego żona założyli rodzinny dom dziecka, w którym wychowało się ponad 10 dzieci.

Później ojciec założył fundację charytatywną, aby pomóc szerszemu gronu potrzebujących. W swojej wsi, gdzie mieszkał i służył w miejscowym kościele, został wybrany sołtysem.

Zdarzało się, że rano służył w świątyni, potem udawał się do rady wiejskiej - aby rozwiązać ziemskie sprawy. Tak więc, kiedy wybuchła wojna, ojciec Andrij również nie wahał się, co robić. Duchowny postanowił zaangażować się w bardzo ryzykowną, niezwykle niebezpieczną dla własnego życia sprawę - ewakuację ludzi z miejsc dotkniętych wojną.

- Po pierwsze było jasne, że ktoś musi to zrobić. A jak mogłem zaproponować ludziom udział w nagłej ewakuacji, skoro sam się bałem, więc musiałem być przykładem. Po drugie, Chrystus jest zawsze w centrum cierpienia, gdzie najbardziej boli, gdzie jest najgorsze. To jest zadanie nie tylko duchownego, ale każdego chrześcijanina. Jeśli nie możemy tego zrobić, to prawdopodobnie nic w tym życiu nie jesteśmy warci

– uważa duchowny. Dość szybko zebrał się wokół niego niezawodny zespół ewakuacyjny: sam ojciec Andrij, szpitalny klaun Jan Tomasz i kilku zastępczych kierowców.

- Nigdy nie zapomnę, jak w Rubiżnym [miasto na Ukrainie w obwodzie ługańskim – przyp.red.] zaczęto ostrzeliwać nasz autobus, który wiózł starszych ludzi o ograniczonej sprawności ruchowej i matki z dziećmi. Musieliśmy zawrócić w wąskiej uliczce i ukryć się za domem, aż nadarzyła się okazja prześlizgnąć się między pociskami. To nie jest łatwe zadanie nawet w czasie pokoju - zawrócić duży autobus turystyczny w wąskiej uliczce. I tu też pociski eksplodowały 15-20 metrów od autobusu. Nagle pocisk uderzył w dom, za którym się ukrywaliśmy. To było bardzo przerażające! Nieustannie się modliliśmy

– wspomina uczestnik wydarzeń, Jan Tomasz Rogala.

- Było także wiele takich momentów, w których miałem łzy w oczach. Tak było również w przypadku Siewierodoniecka [miasto na Ukrainie w obwodzie ługańskim – przyp.red.], gdzie dosłownie z piwnicy cerkwi wynoszono leżących starszych ludzi, aby umieścić ich w bagażniku autobusu. I w taki sposób ich transportowaliśmy

 – opowiada mężczyzna.

Największą radością dla całego zespołu było jednak to, że udało im się wydostać ludzi z ostrzału żywych i nietkniętych.

Prawie wszyscy ewakuowani do Dniepru (czyli 8,4 tys. osób) zostali początkowo zakwaterowani w schronisku zorganizowanym przez fundację charytatywną „Pomohaem”. Później część z nich została wysłana do Europy w ramach programu „zimnej” ewakuacji.

Ze słów Kateryny Juchimczuk, dyrektorki Fundacji „Pomohaem” (pomogaem.com.ua), od początku wojny na Ukrainie, czyli od 24 lutego 2022 r., pomoc z magazynu humanitarnego organizacji otrzymało 12 709 osób, czyli 6424 rodziny. 1966 osób wywieziono za granicę w ramach „zimnej” ewakuacji. Obecnie w schronisku założonym przez Fundację mieszka 66 osób. 5 z nich to osoby niepełnosprawne, 19 to dzieci. Łącznie przez cały czas pracy schroniska przeszło przez niego 2908 osób.

„Każda osoba dokonuje własnych życiowych wyborów”

Anna Kyryczenko w swoim "cywilnym" życiu jest matką dwóch uroczych córek, wykładowczynią prawa na jednym z dniepropietrowskich uniwersytetów, założycielką specjalistycznego ośrodka rehabilitacyjnego dla dzieci ze specjalnymi potrzebami (dnipro-clinic.com.ua).

Na początku wojny ona także została wolontariuszką. A ośrodek rehabilitacyjny zamienił się w ośrodek przyjmowania i wysyłania pomocy humanitarnej.

- Najgorsze było pierwszej nocy. Kiedy płakała i krzyczała do telefonu moja przyjaciółka i koleżanka z pracy Ira, kiedy budziłam dzieci słowami… "szybko wstawajcie, bombardują nas". Najstarsza, Diana, była niesamowicie zwarta, zareagowała błyskawicznie, spakowała siebie i swoją siostrę, chwyciła swoją walizkę, która była gotowa od dawna, próbowała naciągnąć na mnie sweter, myśląc, że jest mi zimno. Ja z kolei biegłam od kąta do kąta, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że „kuzyn” nas napadł. Mój kraj! Mój! Ukrainę?!!?... Potem nie było strasznie. Ale była i pozostała ogromna wściekłość, nienawiść, pogarda

– dzieli się przeżyciami młoda kobieta. Ze słów Anny wynika, że ona nie opuściła rodzinnego miasta.

– Są chwile w życiu, kiedy nie możesz już wyjechać. Może z powodu twojej zbyt silnej pozycji obywatelskiej. Może dlatego, że są ludzie, którzy patrzą na ciebie z zapartym tchem i czekają na twoją decyzję: jechać czy zostać. To zespół. Dziewczyny i chłopcy, którzy przede wszystkim chcieli zostać i pracować. Minął miesiąc wojny, nie mogliśmy już siedzieć dłużej w domu, na własne ryzyko zarządziłam wyjście do pracy. I... wszyscy lecieli na skrzydłach, przytulali się, płakali, wspólnie sprzątali, myli, czyścili, przygotowywali się na powrót dzieci. Wszyscy zbliżyli się do siebie tak bardzo, jakby wieki się nie widzieli. Chociaż... nie wszyscy zostali. Wyjechało 4 osoby. I to boli, bo one nie wrócą. Ale każda osoba dokonuje własnych życiowych wyborów i dorasta samodzielnie

– jest pewna wolontariuszka.

– Nie wiem, jak to się stało, ale ludzie już następnego dnia zaczęli przekazywać sobie te informacje i przynosić dary, natychmiast zajmując na potrzeby niesienia pomocy humanitarnej cały parter ośrodka rehabilitacyjnego. Byłam w szoku, bo nigdy nie zajmowałam się działalnością humanitarną przed wojną. Pamiętam, jak stałam na środku pokoju zastawionego pudłami i powiedziałam: „Garnek, nie gotuj!” [zwrot z bajki braci Grimm o magicznym garnku, który gotował olbrzymie ilości kaszy – przyp.red.]. W pierwszym tygodniu wojny ludzie przywozili rzeczy samochodami, tonami! Wydawało mi się, że żołnierzom powinno wystarczyć na rok! Ale nie miałem pojęcia, jak wielkie potrzeby mają siły zbrojne, a wszystko, co przywieźliśmy, rozeszło się jak ciepłe bułeczki. Pamiętam ciepłe koce, skarpetki, latarki, papier toaletowy, worki z kaszą, woda, konserwy, opaski uciskowe, bandaże, antybiotyki, worki, łopaty, apteczki, mydło, cukierki, chleb… Oto taki wojskowy przegląd. Napływ ludzi się nie skończył. Każdy, kto chciał, znajdował u nas pyszną kawę. Ale każdy z nich potem brał trzy worki i wiózł do żołnierzy

 – wspomina kobieta.

Oprócz układania paczek humanitarnych dla wojska, ośrodek rehabilitacyjny nadal udzielał specjalistycznej pomocy dzieciom. Teraz już także dzieciom, które uciekły z rodzicami przed wojną.

- Mamy jedną bolesną historię. Przyjechała do nas mama z małym, trzyletnim chłopcem. Ktoś jej doradził, ponieważ maleństwo miało zaburzenia rozwojowe. Zobaczyliśmy drobną dziewczynę, która przełykając łzy powiedziała nam, że jej mąż jest w pułku „Azow” i został w Mariupolu, aby bronić zakładu. A jej syn, mały chłopiec, zaciekawiony biegał od kąta do kąta i nie chciał być sam na sam z naszymi psychologami. Przez trzy dni staraliśmy się przenieść dziecko, które żyło pośród wybuchów, do rzeczywistości rehabilitacji. A potem… przyszedł Roman, nasz wysoki, silny rehabilitant, wziął chłopca na ręce i zaniósł go do klasy. Wszyscy płakaliśmy. Maluch po prostu tęsknił za tatą

 – wspomina ze łzami w oczach Anna. I niestety, ma wiele takich historii. Wierzy jednak, że każda z tych historii będzie miała szczęśliwą kontynuację.

- Przecież mimo wojny życie toczy się dalej. Bo Ukraińcy to tacy ludzie, których nie da się pokonać – przekonuje wolontariuszka.

Wołodymyr Buha - ukraiński dziennikarz, autor tekstów piosenek, były wieloletni korespondent Działu Świat „Gazety Polskiej Codziennie”.

Tłumaczyła - Olga Alehno

 

 



Źródło: niezalezna.pl

Wołodymyr Buha
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo