Informacja o stanie norweskich rezerw strategicznych wywołała duże poruszenie – szczególnie w kontekście porównania z sąsiadami. Szwecja i Finlandia dysponują rezerwami paliw wystarczającymi na 90 dni, czyli ponad czterokrotnie większymi niż norweskie. Tymczasem Norwegia ma zapasy na zaledwie niecałe trzy tygodnie.
Premier: „Polegaliśmy na błędnym założeniu"
W opublikowanej w weekend rozmowie z dziennikiem „Aftenposten" premier Jonas Gahr Stoere przyznał, że dotychczasowa strategia bezpieczeństwa energetycznego opierała się na błędnym założeniu.
„Jako kraj wydobywający surowce polegaliśmy na ciągłości produkcji i bliskości własnych rafinerii. W czasach stabilizacji uznawano to za wystarczające zabezpieczenie, co pozwoliło na utrzymywanie niskich stanów magazynowych" – tłumaczył szef norweskiego rządu.
Jednym z rozwiązań, jakie rozważa obecnie norweski rząd, jest powszechne wprowadzenie pracy zdalnej. Celem takiej decyzji byłoby zmniejszenie mobilności obywateli i ograniczenie popytu na paliwa transportowe. To pokazuje, jak poważnie władze w Oslo traktują obecną sytuację i jak daleko idące kroki są brane pod uwagę.
Jak oceniają norweskie media, kraj, mimo że jest potentatem w wydobyciu surowców, nie jest w stanie zagwarantować stabilności dostaw na rynek wewnętrzny w sytuacji kryzysowej.
Komentatorzy dzienników „Aftenposten” i „VG” podkreślili ironię obecnego położenia Oslo. Kilka dni temu norweski urząd statystyczny SSB podał, że marzec 2026 r. był rekordowy pod względem zysków z eksportu surowców. Norwegia sprzedała wówczas 56,6 mln baryłek ropy za 4,9 mld euro, a wpływy z gazu wyniosły 5,9 mld euro. Kraj jest ważnym dostawcą surowców energetycznych m.in. dla Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Polski, gdzie odpowiada za ok. jedną trzecią dostaw gazu.