Cel: wyeliminować marszałka. Nowe fakty na temat "afery podkarpackiej"

Próba usunięcia z życia publicznego byłego marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego do złudzenia przypomina kłamliwą nagonkę na śp. Andrzeja Kerna - wicemarszałka z Porozumienia Centrum. Jak dowiedziała się "Gazeta Polska" - w kilku prowadzonych postępowaniach nikt nie potwierdził zarzutów wobec Kuchcińskiego, a główny autor rewelacji na ten temat, były agent CBA Wojciech J., regularnie odmawia stawiania się na sali rozpraw, zasłaniając się koniecznością leczenia psychiatrycznego.

The Chancellery of the Senate of the Republic of Poland , CC BY-SA 3.0 PL , via Wikimedia Commons

Już dzisiaj, 13 lipca, w postępowaniu sądowym przeciwko tygodnikowi "NIE", który opublikował artykuł wymierzony w Marka Kuchcińskiego, przesłuchany jako świadek zostanie premier Mateusz Morawiecki. Tego samego dnia zeznawać mają także m.in. Paweł Wojtunik, były szef CBA oraz pozwany przez Kuchcińskiego autor tekstu w "NIE" Andrzej Rozenek, poseł SLD. A także Wojciech J., były agent CBA, od którego rozpoczęła się cała "afera".

"Taśma dobrej jakości"

W opublikowanym pod koniec marca 2019 r. tekście pt. "Nieletnia laska marszałkowska" Rozenek opisał działania Wojciecha J. jako agenta CBA na Podkarpaciu. J. miał dowiedzieć się, że w przygranicznych agencjach towarzyskich - będących pod parasolem ochronnych służb - bywają wpływowi politycy, w tym Marek Kuchciński. W publikacji "NIE" pojawiła się też "informacja" przekazana przez J., że istnieje sekstaśma mająca przedstawiać ówczesnego marszałka Sejmu z nieletnią Ukrainką. Po odkryciu tych rzekomych rewelacji przez J. - jak pisze Rozenek - agent CBA miał być sekowany przez przełożonych, a następnie wydalony ze służby. Co więcej, pracodawcy J. mieli go wysłać - mszcząc się jakoby za jego dociekliwość - na badania psychiatryczne. Tak przynajmniej twierdził Wojciech J. jako gość sejmowego zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej do spraw zagrożeń bezpieczeństwa państwa. "Osobowe źródła informacji potwierdziły, że te taśmy są, że były osoby nagrywane i służą one do szantażu. Kolejne ustalenia związane ze sprawą mówiły o tym, że dodatkowe kopie tych taśm zostały wywiezione w bezpieczne miejsce na terytorium Ukrainy" - dodawał J na spotkaniu z parlamentarzystami PO.

Mimo tego, że J. nie przedstawiał na poparcie swoich zadziwiających doniesień żadnych dowodów - twierdząc z rozbrajającą naiwnością, że płyta z seksnagraniem została mu wykradziona w CBA, a kopii nie zrobił - "aferę" podchwyciły mainstreamowe media oraz opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej i postkomunistycznej lewicy.

"Kuchciński i seks z nastolatką. «Taśma dobrej jakości, kilkanaście minut»", "Kuchciński przerywa milczenie ws. seksu z nieletnią Ukrainką", "PiS zakładnikiem «sekstaśmy Kuchcińskiego». Jeśli wypłynie, skutki dla partii będą miażdżące" (ten ostatni tytuł to "Gazeta Wyborcza" i Wojciech Czuchnowski) - tak wyglądały nagłówki w internecie. Znana feministyczna pisarka Manuela Gretkowska pisała:

"Marszałka, też nikt nie zauważył nad Polską, jak rozpylał wartości rodzinne, podróżując odrzutowcem z rodziną. A że latał za często? Najwidoczniej za potrzebą. Sex (z nieletnimi), drugs (władzy) & rock’n’roll patriarchalnej chujni. Najłatwiej go uprawiać tam, gdzie Kościół i PiS rządzą niepodzielnie - na Podkarpaciu".

Nic dziwnego, że Marek Kuchciński nie przyglądał się tej akcji bezczynnie i postanowił bronić swojego dobrego imienia na drodze prawnej. Jak ustaliła "GP", obecnie w sądach i prokuraturach toczy się w związku z tą sprawą przynajmniej siedem postępowań.

I - jak na razie - nie pojawiły się żadne dowody, które nadawałyby choćby pozór prawdziwości stwierdzeniom Wojciecha J. 

Czym się zasłania Wojciech J.

"GP" przyjrzała się prowadzonym obecnie postępowaniom. Pierwsze z nich to proces o ochronę dóbr osobistych; obecnie prawnicy Marka Kuchcińskiego - jak dowiedziała się "GP" - oczekują doręczenia pozwu Wojciechowi J. po zakończeniu postępowania zabezpieczającego. Warto dodać, że mimo drastyczności i jednoźródłowości rewelacji eksagenta sąd odmówił przyznania zabezpieczenia w postaci zakazu wypowiadania się na temat byłego marszałka przez J. - choć np. w przypadku zweryfikowanych w wielu źródłach artykułów dziennikarza "GP" Piotra Nisztora o Zbigniewie Bońku po takie rozwiązanie sąd sięgnął.

Interesujący przebieg ma sprawa z prywatnego aktu oskarżenia przeciwko Wojciechowi J. Według ustaleń "GP" były agent - który oskarżał CBA o wysyłanie go na badania psychiatryczne - notorycznie nie stawia się na wezwania sądu, przedkładając zwolnienia lekarskie mówiące o konieczności poddania się... ambulatoryjnej opiece psychiatrycznej w Elblągu. A więc człowiek, który jest jedynym źródłem informacji o "seksaferze", ma tak poważne problemy psychiczne, że nie może uczestniczyć w rozprawach sądowych. Niewykluczone - jak ustaliliśmy - że stanem zdrowia J. zajmą się w związku z tym biegli sądowi, aby ocenić, czy jest on w ogóle w stanie brać udział w procesie. 

W Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga toczy się też postępowanie dotyczące składania fałszywych oskarżeń przez Wojciecha J. , a w Sądzie Okręgowym w Warszawie - wspominany już wcześniej proces o ochronę dóbr osobistych przeciwko wydawcy „NIE” i Andrzejowi Rozenkowi. Jak się dowiedzieliśmy - dwaj dotychczasowi świadkowie (m.in. Ernest Bejda z CBA) zeznawali jednoznacznie korzystnie dla marszałka Kuchcińskiego, całkowicie podważając wiarygodność doniesień Wojciecha J., a dwaj kolejni (m.in. researcher autora tekstu w "NIE") nie wnieśli do sprawy żadnych informacji, które potwierdzałyby wersję J.

Ponadto - jak wynika z naszych informacji - w toku żadnego z postępowań nie potwierdziło się nic, o czym mówił Wojciech J. Nie ma śladu "sekstaśmy", nie ma żadnego dowodu, że w podkarpackich agencjach towarzyskich nagrywano polityków i że w ogóle ktoś taki je odwiedzał. Są tylko słowa J., który nie stawia się na rozprawy z podanych wyżej przyczyn.

Powtórka z Kerna

Głośny film Patryka Vegi "Pętla", pokazujący rzekomo "prawdę" o tzw. aferze podkarpackiej; erotyczna otoczka "afery podkarpackiej"; związki autora tekstu o Kuchcińskim z tygodnikiem "NIE"; medialna nagonka oparta na jednoosobowym oskarżeniu; uderzenie w rodzinę - wszystko to coraz bardziej przypomina słynną "aferę" wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna, która rozpoczęła się od słynnej „miłości stulecia”. 

Przypomnijmy: w czerwcu 1992 r. nieletnia córka Kerna – Monika – uciekła z domu ze starszym o kilka lat Maciejem Malisiewiczem. Po jej zniknięciu polityk zawiadomił prokuraturę, ale dramatyczne ruchy zdesperowanego ojca natychmiast zostały wykorzystane przez media do cynicznego ataku na „despotycznego” konserwatystę, odbierającego dziecku prawo do miłości. W napaściach przodowały nie kto inny jak „Nie”, „Trybuna” i „Gazeta Wyborcza”. Wojciech Maziarski bolał nad tym, że „za miłość dzieci prokurator ściga rodziców chłopaka”, a Piotr Pacewicz pisał, iż „idealnym miejscem dla wicemarszałka polskiego Sejmu byłyby Indie i ewentualnie Egipt, gdzie nie miłość młodych, lecz rodzinna kalkulacja decydują o wyborze partnera”. Pod koniec 1992 r. pojawiła się też słynna książkowa porno-fałszywka "Pamiętniki Anastazji P.", skutecznie dopełniając negatywny wizerunek Kerna - nie tylko jako prawicowego tyrana, ale i seksualnego degenerata.

W sierpniu 1993 r. na ekranach kin pojawiła się ówczesna "Pętla", czyli film „Uprowadzenie Agaty” Marka Piwowskiego, konfidenta SB. Dziełko, od początku reklamowane jako melodramat nawiązujący do „afery Kerna”, znalazło sponsorów, którzy z miejsca wyłożyli 8 miliardów starych złotych: TVP, Lew Rywin (zarejestrowany jako TW SB) oraz „Budimex”, kierowany przez byłego PZPR-owskiego aparatczyka Grzegorza Tuderka. 

Ale po hucznym weselu Moniki i Macieja, na którym z panną młodą tańcował sam naczelny tygodnika "NIE" Jerzy Urban, gazety nagle przestały zajmować się „miłością stulecia”; sześć miesięcy później zaś nastolatka nagle rzuciła męża i wróciła do rodziców. Okazało się, że po złamaniu (jak się okazało - na zawsze) politycznej kariery Kerna Malisiewicz nadzwyczaj szybko przestał okazywać miłosne uczucia, a potem zniknął... Dorosła już Monika Kern wyznała w rozmowie z „Rzeczpospolitą”: „To jest tak, jakby w pewnym momencie przyszli, odegrali rolę w spektaklu i zniknęli. Kostiumy zabrane, dekoracja sprzątnięta.” 

Wszystko wskazuje na to, że Wojciech J. także odegrał już swoja rolę w spektaklu, podobnie jak "sekstaśmy", których nikt nie widział. Cel jednak został osiągnięty: wyssana z palca "afera" łatwo się od Marka Kuchcińskiego nie odklei.
 

 

 



Źródło: Gazeta Polska

Grzegorz Wierzchołowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo