Pan Marek kilka dni temu mówił dziennikarzom „Gazety Polskiej”, że przebywał na oddziale Grodzkiego prawie dwa miesiące. „Za to, że po operacji szyto mu ranę tak, żeby nie wyglądał jak Frankenstein, zapłacił 500 zł. O żadnej fundacji nie było mowy. Według niego za pieniądze można tam było sobie kupić lepszą opiekę, załatwić przyjęcie do szpitala, a także mieć szpitalną salę tylko dla siebie” – czytamy w najnowszym tygodniku „Gazeta Polska”.

Tymczasem marszałek Tomasz Grodzki utrzymuje, że osoby, które wypowiadają się w mediach, to anonimy. W swoich wypowiedziach marszałek Senatu kpi z byłych pacjentów, którzy twierdzą, że musieli płacić za lepszą usługę w szpitalu.

O tym, że nie mamy do czynienia z osobami zmyślonymi ani anonimowymi, świadczy to, że coraz więcej z nich decyduje się na składanie zeznań w organach ścigania. Jedną z nich jest właśnie pan Marek, który w tym tygodniu był przesłuchany przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

– W śledztwie dotyczącym korupcji w szpitalu w Szczecinie-Zdunowie przesłuchano już w sumie kilkunastu świadków. Chodzi o Oddział Kliniczny Chirurgii Klatki Piersiowej, którego ordynatorem był prof. Tomasz Grodzki, obecnie marszałek Senatu

– przyznał wczoraj w wypowiedzi dla Radia Szczecin rzecznik prasowy Prokuratury Regionalnej w Szczecinie prokurator Marcin Lorenc.

– W toku prowadzonego postępowania prokurator przesłuchuje świadków i dzisiaj na podstawie zeznań można wyodrębnić osiem zdarzeń. Trzeba zaznaczyć, że liczba tych zdarzeń nie pokrywa się z liczbą świadków, bo są sytuacje, w których o jednym czynie zeznają dwie, a czasami trzy osoby – informuje Lorenc.

Cały tekst w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie"