Nagrodzony Złotymi Lwami w Gdyni film Holland to ukazana w pigułce historia Garetha Jonesa (w tej bardzo ciekawej roli występuje James Norton), walijskiego dziennikarza, który po reporterskim nakreśleniu rosnących aspiracji Adolfa Hitlera, chce wyruszyć do Rosji, by zobaczyć na własne oczy dobro komunizmu (i sprawdzić gotowość Sowietów do stawienia czoła Hitlerowi), o czym niemal codziennie czyta w brytyjskich gazetach. Po licznych perturbacjach decyduje się na wyjazd na własną rękę - trafia na Ukrainę, gdzie staje się bezpośrednim obserwatorem dramatu związanego z Hołodomorem. Wielki głód, który pochłonął nawet 6 milionów ofiar, nie istnieje jednak w oficjalnej propagandzie Sowietów. 

Poszukiwanie odpowiedzi, jak to możliwe, jest jednym z najciekawszych walorów filmu Holland. Wszystko za sprawą Waltera Duranty'ego (świetna rola Petera Sarsgaarda), korespondenta "New York Times" w Moskwie, a zarazem zdobywcy Pulitzera. To właśnie autorytet tego Brytyjczyka, okraszony jego przekupstwem w klimatycznych, momentami wręcz onirycznych salkach wypełnionych heroiną, seksem i szeregiem używek, jest kluczem do zrozumienia przekazu "Obywatela Jonesa". Przykład Duranty'ego pokazuje, jak - krok po kroku - sowieckie macki oplatają ciało, umysł i duszę człowieka, który staje się niewolnikiem kremlowskich rubli, własnych ambicji i sławy, jaką przynoszą mu kolejne (cóż z tego, że wyssane z palca) reportaże i korespondencje. 

Przykład Duranty'ego jest tylko jednym z wielu: ludzie świata Zachodu albo omamieni własnymi wyobrażeniami i kłamliwą propagandą, albo po prostu kupieni przez stalinowskich aparatczyków, gotowi są uwierzyć we wszystko. W "Obywatelu Jonesie" widzimy ten sam odcień gorzkiej refleksji, co w "Herbatce u Stalina", gdy George Bernard Shaw wraz z przyjaciółmi trafia w roku 1931 do Moskwy. Ani Pulitzer korespondenta "NYT", ani Nobel Shawa, ani nawet kolejne fakultety kończone w Londynie, Waszyngtonie czy Paryżu, nie są, niestety, skuteczną szczepionką na czerwoną inwazję. A i opinia publiczna Zachodu po prostu woli łatwiejsze do przyjęcia słowa o sukcesie Sowietów niż gorzką prawdę Jonesa. 

Polakom tych historii o obojętności Zachodu tłumaczyć nie trzeba - znamy to i z przypadku rotmistrza Pileckiego, i historii Jana Karskiego, i wielu innych ponurych, trudnych kart naszej historii. Ale film Agnieszki Holland nie został nakręcony pod widownię w naszym kraju, choć i nad Wisłą obraz ten będzie zrozumiały. Polska reżyserka stworzyła film-lustro, przed którym powinny stanąć elity świata Zachodu naszej części kontynentu i szerzej, cywilizacji. Bo choć historia opowiada o latach 30. i podejściu do stalinizmu, to przecież temat jest boleśnie aktualny i dziś. Ile razy jeszcze usłyszymy o resecie z kagiebowskim reżimem, o konieczności niemiecko-rosyjskiego "business as usual" przy następnych gazociągach, o przymykaniu oczu na agresję następców Stalina wymierzonych w kraje na wschód od Wisły...?

Czy elity świata Zachodu będą w stanie przejrzeć się w tym zwierciadle, które stworzyła Holland? To chyba kluczowe pytanie, jeśli chodzi o efekt i odbiór tego rodzaju filmów jak "Obywatel Jones". Niemniej jednak produkcja ta jest również bardzo profesjonalna na polu artystycznym. O poruszającym klimacie Moskwy lat 30. już mówiliśmy, ale prawdziwym arcydziełem są sceny umiejscowione na Ukrainie. Zderzenie się dwóch światów: brytyjskiego dziennikarza, obytego i dobrze poruszającego się po salonach z tym, w którym na co dzień żyli mieszkańcy wiosek pod Charkowem robi ogromne wrażenie. Kilka ujęć - jak wzruszający śpiew ukraińskich chłopców, jak scena z pomarańczą w zatłoczonym sowieckim pociągu mknącym po bezdrożach Ukrainy, jak zmuszenie do odruchów kanibalistycznych, zostaje w głowie widza na dłużej. Holland nie pozwala jednak sobie na utopienie tego filmu w morzu poruszenia czy epatowania złem - jest raczej jak chirurg, który bardzo precyzyjnie wskazuje pola-symbole, które choć pokazują jedynie powierzchowną część tragicznego zjawiska, to wystarczają, by zrozumieć jego całość. 

Ale może trzeba tu dorzucić łyżkę dziegciu do beczki miodu. Rzeczywiście, z polskiej perspektywy - uwrażliwionej do granic na ryzyko ze strony Moskwy, do opowieści o głodzie na Ukrainę wystarczy kilka scen-symboli. Ale czy widzowie na Zachodzie aby na pewno zrozumieją, skąd wziął się ten dramat? Jakie mechanizmy doprowadziły do tych okropnych historii i milionów ofiar? Zapewne ci, którzy są - na przykład - po lekturze ostatniej książki Anne Applebaum ("Czerwony głód") będą mieli podstawy do przyjęcia filmu Holland jako uzupełnienie swojej wiedzy. Ale reszta? Chyba faktycznie pani reżyser mogła bardziej skrupulatnie opisać to, co w latach 20. i 30. działo się i w Moskwie, i w głowie Stalina - zanim doszło między innymi do Hołodomoru. Być może nie dało się tego, mówiąc kolokwialnie, "upchnąć" w jednym filmie, ale fakt faktem, że widz dostaje tylko (albo i aż...) brutalność i końcowy dramat. 

To jednak refleksje nieco z boku całej produkcji, bo film Holland jest świetny, a przy tym mocno przygnębiający. Wiwisekcja sowieckiego koszmaru w połączeniu z bezwzględnym cynizmem i obojętnością brytyjskich elit jest czymś, przy czym - zwłaszcza w naszej części Europy, z taką historią, jaką znamy z naszego kraju - nie da się przejść obojętnie. A samego "Obywatela Jonesa" rewelacyjnie uzupełniają fragmenty "Folwarku zwierzęcego" George'a Orwella - legendarnego autora, którego inspirować miał właśnie Jones. Przestroga zawieszona jest w powietrzu, a świat Zachodu - coraz mocniej także i tego Zachodu z naszego, polskiego podwórka - musi być raz po raz budzony kuksańcem z leniwego snu o końcu historii i podejściem, które znamy jako "byle nasza wieś spokojna". "Obywatel Jones" Agnieszki Holland takim kuksańcem zdecydowanie jest, a że artystycznie jest po prostu bardzo dobry, to trudno nie przyklasnąć takiemu filmowi. 

8/10