Holland: praca nad "Obywatelem Jonesem" była podróżą w nieznane. WYWIAD

Agnieszka Holland / fot. YouTube

  

Praca nad każdym nowym filmem jest podróżą w nieznane. "Obywatel Jones" był nią tym bardziej, ponieważ rozpoczęliśmy od wyjazdu na Ukrainę - powiedziała PAP Agnieszka Holland, której obraz nagrodzono w sobotę Złotymi Lwami na 44. FPFF w Gdyni. Przypominamy przeprowadzoną w lipcu rozmowę z reżyserką.

"Obywatel Jones" Agnieszki Holland to oparta na faktach historia młodego walijskiego dziennikarza Garetha Jonesa piszącego w latach 30. XX wieku, który ujawnił sprawę Wielkiego Głodu na Ukrainie. Publikacje Jonesa nie tylko pokazały Zachodowi, co działo się na Ukrainie, ale także zainspirowały George'a Orwella do napisania "Folwarku zwierzęcego".

Jak odkryła pani historię Garetha Jonesa?

Po raz pierwszy zetknęłam się z jego nazwiskiem w książce "Skrwawione ziemie" Timothy’ego Snydera. Od dawna interesuję się historią tego regionu i zbrodni Stalina. W latach 80., o ile dobrze pamiętam, powstała duża praca na temat Wielkiego Głodu, ale była niekompletna. Książka Snydera pozwoliła mi uaktualnić wiedzę. Ale nie znałam tej historii w takim stopniu jak Andrea Chalupa, która kilka lat temu podsunęła mi scenariusz filmu. To amerykańska dziennikarka, jej rodzice są Ukraińcami, a dziadek był ofiarą Wielkiego Głodu i jednym ze świadków zeznających przed Kongresem Amerykańskim, gdy badano tę zbrodnię. To także on opowiedział jej o ważnym dla Ukraińców połączeniu "Folwarku zwierzęcego" Orwella ze sprawą Wielkiego Głodu.

Scenariusz Andrei bardzo mnie zainteresował. Wprawdzie wtedy jeszcze czasy były spokojniejsze i być może przez to mniej korespondujące z tym tekstem, ale poczułam że jest w tym także przesłanie odnoszące się do współczesności. Chciałam nie tylko opowiedzieć o okrutnej zbrodni przeciwko ludzkości, ale też zwrócić uwagę widza na zagrożenia, z którymi mamy do czynienia obecnie.

Można właściwie odnieść wrażenie, że ten film jest tylko osadzony w przeszłości, ale tak naprawdę jego głównym tematem jest manipulowanie faktami przez polityków i media.

Teraźniejszość i przeszłość przenikają się, bo podstawowe zagrożenia nie zmieniły się do tej pory. Ciągle mamy do czynienia z manipulacją, fake newsami, propagandą, obojętnością publiczności, tchórzostwem polityków. Różnica polega na tym, że dzisiaj dziennikarstwo jest w jeszcze trudniejszej sytuacji niż dawniej. Wiemy, jak ogromny nacisk na media wywierają politycy i komercja. A także, jak rozmywa się obiektywność i niknie nasze zaufanie do faktów, podawanych w Internecie. Uważam, że odważne, obiektywne dziennikarstwo, które nie byłoby ani skorumpowane ani tożsamościowe, to jedna z istotnych i palących potrzeb współczesności.

Jako reżyserka poczuła pani moralną powinność, by o tym opowiedzieć?

Nie lubię w kontekście sztuki słowa "powinność". Uważam, że sztuka to obszar wolności, w którym człowiek ma prawo zrezygnować z obowiązków społecznych i moralnych. Dla mnie dobra sztuka to ta, która wychodzi ze strefy komfortu i eksploruje rzeczy bolesne albo nowe – zarówno pod względem formy, sposobu mówienia o rzeczywistości, jak i tematyki. Ja akurat mam temperament obywatelski. Trudno byłoby mi obserwować te wszystkie narastające zagrożenia i milczeć. Ten film to dla mnie naturalna reakcja. Ale nie jest tak, że potępiam ludzi, którzy nie mają takich uczuć i robią filmy liryczne, psychologiczne albo czysto formalne.

Wracając jeszcze do zagrożeń – coś, czego się obawiam we współczesnym kinie, to eskapizm wynikający po części z wsobności twórców, ich skupienia na sobie, a z drugiej strony będący efektem niektórych trendów – i to zarówno jeśli chodzi o kino komercyjne, jak i festiwalowe. W czasach silnej polaryzacji, gdy społeczeństwa są właściwie podzielone na dwie połowy, film, który można zidentyfikować ideowo czy politycznie pozbawia twórcę potencjalnie połowy publiczności. M.in. dlatego wielkie platformy telewizyjne przestały produkować polityczne rzeczy.

Film fabularny lepiej niż dokumentalny pozwala uchwycić przenikającą się przeszłość i teraźniejszość?

Film dokumentalny również mógłby to zrobić, ale wiąże się z większym ryzykiem manipulacji. Podporządkowując rzeczywistość określonej dramaturgii czy tezie, można bardzo łatwo zamienić przekaz w propagandę. Fabuła jest dla mnie naturalną formą. Ma więcej warstw emocjonalnych i znaczeniowych. Ułatwia budowanie empatii, pozwala widzowi utożsamić się z bohaterami. A w końcu nie chodzi tylko o przekazanie faktów czy wyjaśnienie mechanizmów, ale też o wywołanie współuczestniczącej reakcji. Żeby widz mógł poczuć emocje, które zamienią się później w głębszą refleksję. Nie tylko czysto poznawczą.

Gareth Jones nie należy do bohaterów złamanych, którzy pod wpływem różnych okoliczności przechodzą przemianę. Konsekwentnie trzyma się swojego systemu wartości. Grający go Brytyjczyk James Norton dotychczas grał głównie w serialach. Od początku widziała go pani w tej niełatwej roli?

Brałam też pod uwagę kilku aktorów, ale James wydał mi się najciekawszy i najbardziej obiecujący aktorsko. Rzeczywiście, Gareth Jones nie należy do wielkich, wyjątkowo barwnych postaci. To był po prostu dobrze wychowany Brytyjczyk, który miał swoje ekscentryzmy. Był młody i naiwny. Właśnie takiego chcieliśmy go pokazać. Przy tej roli doskonale sprawdził się minimalizm środków Jamesa. To jest bardzo zdolny aktor. Zresztą w ogóle w tym pokoleniu Brytyjczyków jest wiele dobrych aktorów i aktorek. Telewizja daje im o wiele większe możliwości niż filmy, bo te są na ogół słabe i nie operują pełną skalą emocji. Seriale telewizyjne to współczesne kino środka, w którym aktor ma szansę zbudować pogłębioną postać.

W przeszłości zajmowała się pani także tematem innej okrutnej zbrodni - Holokaust. Poświęciła mu pani m.in. filmy "Europa, Europa" i "W ciemności". W jakim sensie "Obywatel Jones" był dla pani nowym doświadczeniem?

Najbardziej energetyczne i pociągające w robieniu filmów wydaje mi się to, że za każdym razem ta praca jest podróżą w nieznane. "Obywatel Jones" był nią tym bardziej, ponieważ pracę nad nim rozpoczęliśmy od wyjazdu na Ukrainę. Kiedy ma się przed sobą perspektywę zrekonstruowania tak okrutnej zbrodni, pojawia się mnóstwo lęków, ale też ogromne poczucie odpowiedzialności. Trzeba wejść w tę rzeczywistość w sposób pogłębiony. Po latach pracy nad filmami o Holokauście odnoszę wrażenie, jakbym żyła w tamtych czasach. To są niezwykle ważne i zarazem bolesne doświadczenia. Ale za każdym razem zmienia się ekipa, pojawiają się nowi aktorzy. Takie spotkania bardzo inspirują i podnoszą poprzeczkę.

Co teraz przed panią?

Właśnie kończę nowy film. W koprodukcji irlandzko-słowacko-polskiej realizujemy dość kameralny dramat, ale za to o epickiej skali, ponieważ jego akcja rozgrywa się na przestrzeni 50 lat. "Szarlatan" to historia oparta na biografii zapomnianego już dzisiaj, a kiedyś bardzo słynnego czeskiego uzdrowiciela Jana Mikolaska, który leczył ludzi za pomocą ziół. Sądzę, że to będzie zupełnie inny film. Ale jestem jeszcze w trakcie montażu, więc na razie nie mogę przesądzać, jaki będzie efekt finalny.

Natomiast bardzo chciałabym zrobić film, który opowiadałby współczesną historię, ale w taki sposób, żeby nie była ona wyrażona w gotowych tezach, ale ukrywała się pod powierzchnią. Tak, aby widz wyczuwał ją podświadomie, by stanowiła dla niego odkrycie. Tego typu filmy najbardziej mnie poruszają, ale niewielu twórcom udaje się do czegoś takiego dotrzeć. Sama od dłuższego czasu szukam tematu, który by mi to umożliwił. Jak dotąd go nie znalazłam.

Rozmawiała Daria Porycka (PAP)

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Lisiewicz: Gangster ps. „Szydło” namierzony, ale co z „Adamsem”? Bertold Kittel na tropie!

/ Maciej Luczniewski/Gazeta Polska

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

- Ten reportaż w programie „Superwizjer” w TVN przejdzie do historii polskiego dziennikarstwa. Ekipa Bertolda Kittela po kilkunastu minutach pokazywania morderstw, pobić oraz nazistowskich imprez, ogłasza: „Dokumentując działalność Olgierda L. i jego żołnierzy docieramy do pochodzącego z 2017 roku nagrania ze spotkania przestępców z urzędującą premier Beatą Szydło” Uściślijmy, że reporterzy TVN „docierają” do filmiku za pomocą…. Facebooka, gdzie umieścił go jeden z członków grupy motocyklowej. Motocykliści ci – jak dowodzi TVN, gangsterzy - w 2017 r. pomagali ofiarom koszmarnej wichury w miejscowości Rytel. Tam też pojawiła się pani premier, ściskając ręce wolontariuszom, pomagającym potrzebującym. Tak wyglądało owo kilkusekundowe „spotkanie” z gangsterami – pisze dla portalu Niezależna.pl Piotr Lisiewicz.

Co ciekawe, ówczesne relacje antyrządowych mediów były przychylne dla motocyklistów i rzecz jasna nieprzychylne dla rządu. Portal NaTemat.pl Tomasza Lisa pisał entuzjastycznie: „Mieszkańcy, sołtys, strażacy i motocykliści z całego kraju oddają krew”. Motocykliści byli OK, niedobry miał być rząd, który pomagał za słabo i nieudolnie.

Swoją drogą „Szydło” to idealna ksywa dla gangstera wyćwiczonego w posługiwaniu się nożem. Taka w sam raz pasująca do bandyckiego poczucia humoru. Może dlatego dziennikarze TVN uznali, że ich reportaż uznany zostanie za poważny i wiarygodny?

Pasek dyrektora i tył sutanny księdza

Wartość poznawcza reportażu TVN jest nie do przecenienia. Oto dzięki „Superwizjerowi” cała Polska mogła dowiedzieć się wczoraj, jak wygląda pasek od spodni dyrektora Muzeum II Wojny Światowej Karola Nawrockiego oraz tył czarnej sutanny salezjanina, księdza Jarosława Wąsowicza!

Od paru miesięcy dochodziły do mnie sygnały, że Bertold Kittel szykuje reportaż demaskujący kibiców Lechii Gdańsk. Jak twierdzą niektórzy, początkowo miał on służyć głównie atakowi na dyrektora muzeum, o które trwał publiczny spór.

Okoliczności zbierania materiału zakrawały na groteskę. Oto do salezjanina, księdza Jarosława Wąsowicza, organizatora pielgrzymek kibiców na Jasną Górę, Bertold Kittel (na oko osobiście) podszedł znienacka w lipcu w… Wilnie, gdzie ksiądz pielgrzymował do Ostrej Bramy. Miał plecak, ubrany był w czapkę z daszkiem i ciemne okulary. Zapytał księdza, czy zna wymienionego z nazwiska kibica Lechii Gdańsk, według TVN - przestępcę. Ksiądz nazwiska nie zna, więc dopytuje się: - To kibic jakiś, tak? Osobiście go nie znam.

Z kolei dr Karolowi Nawrockiemu pytania zadał podobne pytanie podczas naukowej konferencji.

- To proszę mi przypomnieć, kto to jest?

– odpowiedział dyrektor.

Nazwisko pada jeszcze raz.

- Tak jak pan rzucił, to nie…

– zastanawia się zaskoczony Nawrocki.

Obaj panowie są osobami publicznymi, dziennikarze mają ich telefony, umówienie się z nimi na rozmowę nie jest żadnym kłopotem. Obaj od wielu lat kibicują gdańskiej Lechii i z tonu ich wypowiedzi wynika, że trochę wstydzą się, iż nie kojarzą osoby, które ma być ważnym kibicem według dziennikarza. Jeszcze ktoś pomyśli, że zadzierają nosa…

W reportażu TVN zamiast twarzy pokazany zostanie pasek od spodni dyrektora i tył sutanny księdza, co ma być sugestią, że informacje zostały pozyskane w jakichś tajemniczych okolicznościach. Może wstydzą się swoich związków z kibolami? – ma zrozumieć widz.

Otóż obaj „podejrzani” wcześniej złożyli już obszerne wyjaśnienia na temat owych niebezpiecznych związków. Mam je w domu na półce. Ksiądz Jarosław Wąsowicz, jednocześnie historyk, jako osobnik szczególnie niebezpieczny najpierw złożył zeznania na ponad 300 stron i wydał je w książce zatytułowanej „Biało-zielona Solidarność”. Później wspólne zeznania obu historyków znalazły się w liczącej 220 stron książce „Wielka Lechia moich marzeń”.

Jak kibol „Adams” pisał wstęp do książki ks. Wąsowicza

Księdza ma obciążać zdjęcie. Nienowe, wielokrotnie publikowane przez Gazetę Wyborczą. Oto po pogrzebie „Łupaszki”, w miejscu publicznym, do popularnego księdza podeszła grupa kibiców Lechii, by zrobić sobie z nim zdjęcie. Zdaniem GW i TVN jeden z nich to gangster. I to koniec dowodów na niebezpieczne związki księdza.

A może jednak nie koniec? Na księdza jest jeszcze jeden hak. Wstęp do jego książki napisał znany na Lechii kibol o ksywie „Adams”. Kim jest „Adams”? O tym za chwilę.

Z kolei dyrektor Nawrocki upamiętniając polskich bohaterów współpracuje z szanowanym powszechnie kibicem Lechii „Milanem”, za komuny zaangażowanym w działalność podziemną. A „Milan” zna z trybun Lechii wspomnianego przestępcę, którego nie znają ksiądz ani dyrektor. I to znów koniec dowodów.

Gdybym był Bertoldem Kittelem, to dalej pociągnąłbym to śledztwo. Mój tekst brzmiałby mniej więcej tak:

„Bóg, Honor, Ojczyzna” – taki napis widnieje na szaliku Lechii Gdańsk zawieszonym na szyi kibola o ksywie „Adams”. „Adams” na zdjęciu, do którego dotarłem, odwiedza w szpitalu lidera kiboli Lechii. „Adams” to także znajomy wspomnianego kibola „Milana”.

Wszystkie napisane powyżej słowa są prawdą. To teraz ujawnię tajemnicę, która wstrząśnie polską polityką: „Adams” to Paweł Adamowicz. Oczywiście kilkanaście lat przed tym, jak zaczął chodzić na Parady Równości. Dodajmy, że „Milan” zna także prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego. Prawdziwa ośmiornica!

Wyjaśniam, że do kompromitującego według standardów TVN zdjęcia „Adamsa” nie dotarłem na Facebooku, ale bardziej wyrafinowaną techniką, bo w książce ks. Jarosława Wąsowicza „Biało-zielona Solidarność”. Paweł Adamowicz napisał też do niej wstęp. Bo wtedy był nie tylko wieloletnim kibicem Lechii, ale i umiarkowanym prawicowcem. Prehistoria…

Kolejny wątek śledztwa: Tusk i „Makaron”

Paweł Adamowicz był kibicem Lechii, i to szanowanym, naprawdę. Donald Tusk szanowany był niespecjalnie, kibicował poza lożą VIP dużo dawniej, ale niewątpliwie znał cały szereg postaci, których według TVN znać nie wypada. Choćby „Makarona”. A jak znał „Makarona”, to przecież odpowiada za wszystkie zadymy z udziałem „Makarona”. Nieprawdaż, redaktorzy z TVN?

Reportaż „Superwizjera” robił wrażenie, jakby jego autorzy postanowili pobić rekord świata w ilości wypowiedzi osób odwróconych tyłem oraz mających zmieniony głos. Nie potrafię ocenić wartości reportażu, gdy chodzi o pierwszą część – opis środowisk przestępczych. Być może jest on prawdziwy, być może podkoloryzowany na potrzeby politycznej puenty. Nie wiem.

Ale właśnie polityczne manipulacje spowodują, że nie zostanie uznany za wiarygodny. Dla porządku: nikt z dziennikarzy nie kwestionował specjalnie wiarygodności ustaleń innego dziennikarza tej stacji, dotyczących działalności bojówki Sharksów w Wiśle Kraków. Bo z tamtego reportażu nie wyzierała tak jaskrawa manipulacja.

Ubekistan kontra Lechia Gdańsk. Dogrywka po ponad 30 latach

O co chodzi więc Bertoldowi Kittelowi? O to, co zawsze, albo prawie zawsze: o walkę z niepodległościowym, antykomunistycznym obozem w Polsce.

Kibice Lechii Gdańsk w latach 80. dzielnie walczyli z komuną. Paweł Adamowicz pisał o takich jak „Milan” pięknie: „Cieszę się, że ksiądz Jarosław Wąsowicz wykonał tytaniczną pracę, która pozwoliła wykazać, że Solidarność niosła również biało-zielone sztandary. Można powiedzieć, że >>przywrócił do życia<< bohaterów, którzy walczyli o wolność najlepiej jak potrafili – na gdańskiej ulicy (…) tak samo jak Amerykanie uwiarygodnili >>Sprawę honoru<<, tak ksiądz Wąsowicz daje świadectwo biało-zielonej Solidarności”.

Nie jest przypadkiem, że telewizję, która atakuje dziś znów kibiców Lechii Gdańsk, zakładał człowiek, który według Jerzego Urbana nadawał się do ocieplania wizerunku ZOMO. Nie jest przypadkiem, że zostają zaatakowani przez tę stację kibice klubu, który organizuje jedne z najpiękniejszych antykomunistycznych opraw. To po prostu dogrywka starej wojny z kibicami Lechii – wrogami komuny i postkomuny.

To dlatego reporterzy TVN nie chcą zrozumieć, że kibiców w większych miastach jest po kilkadziesiąt tysięcy i reprezentują cały przekrój społeczeństwa. Jak na każdą tak dużą społeczność, oddziałują na nią siły dobra i zła. W dobrym kierunku oddziałuje na nie niewątpliwie ksiądz, organizujący pielgrzymki kibiców i historyk, wraz z kibicami zabiegający o pamięć o bohaterach. W złym kierunku ciągną kibiców różne osoby dopuszczające się przestępstw. Takie trudne do pojęcia?

I jeszcze coś na puentę, dla odmiany na wesoło. Częścią programu Kittela są zwyczajowe pogadanki w studiu, w których tłumaczone jest ludowi, co autor chciał powiedzieć oraz dlaczego lud ma się bać. Tym razem Bertold Kittel wygłosił kwestię następującą:

Z jakichś powodów mamy tutaj obecność bardzo bliską świata polityki, oni szukają kontaktów z ludźmi z takich normalnych, powiedzmy, organizacji, powiedzmy cywilnych, czyli ludzi, którzy są urzędnikami, ludzi, którzy są politykami, tego nie było wcześniej, może panowie mogą mnie wyprowadzić z błędu, żeby na przykład >>Bolo<<, czy >>Pershing<< był na zdjęciach z politykami z pierwszych stron gazet”.

Jeśli Kittel nie wie, kto zakładał w Polsce przestępczość, niech zapyta swoich szefów. Może przypadkiem oni coś wiedzą na ten temat?

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl