Siermiężny socjalizm – tak nazywa się niekiedy okres rządów Gomułki. Towarzysz „Wiesław” kierował się własnymi fobiami: niechęcią do inteligencji, obawą przed Niemcami, wstrętem do jakiegokolwiek „zbytku”, nienawiścią do Kościoła Katolickiego. Efekt? Urągające ludzkiej godności warunki bytowania Polaków, praca ponad siły, brak perspektyw, represje wobec myślących samodzielnie. Po 14 latach nic nie zostało z zaciągniętego u Polaków kredytu zaufania. Zbawca narodu stawał się tegoż narodu ciemiężycielem, zaślepionym despotą i doktrynerem przekonanym, że wszyscy muszą mieć takie poglądy jak on. Dlatego, gdy 7 grudnia 1970 roku udało mu się zawrzeć układ z Niemiecką Republiką Federalną, która uznawała polskie granice zachodnie, postanowił natychmiast zdyskontować ten sukces i poprawić nieco fatalną sytuację ekonomiczną. Oczywiście najprostszym na to sposobem, była podwyżka cen artykułów spożywczych.
25 lat po wojnie, a coraz gorzej...
Wieści o szykowanej przez władze podwyżce rozchodziły się szeroko, choć nieoficjalnie. Przed sklepami, na mrozie, ustawiały się długie kolejki udręczonych ludzi wykupujących cukier i kasze workami, alkohol litrami, a w obawie przed niekorzystną wymianą pieniędzy – doświadczenie z 1950 roku - lokujących oszczędności w biżuterii.
Oficjalną informację o podwyżce podano w sobotę wieczorem 12 grudnia, gdy sklepy były już zamknięte. Na początku radośnie informowano, że stanieją telewizory, lodówki, magnetofony, pralki i żarówki – te ostatnie aż o 32%! Niewielkie miało to znaczenie, gdyż większości tych towarów i tak nie można było kupić. Za to drożało mięso i jego przetwory, kasze, makarony, dżemy, ciastka, przetwory mleczne, buty oraz opał. Dla robotników pracujących po godzinach, by zapewnić rodzinom jaki taki byt, była to kropla, która przelała kielich goryczy: ciężko zarobione pieniądze, przeznaczone na świąteczne zakupy i skromne prezenty, traciły część swej wartości. Partia mieniąca się robotniczą, stanęła w obliczu autentycznego gniewu robotników.
Tydzień, który wstrząsnął Polską
14 grudnia gniew narastał od rana. W Gdańsku, w stoczni im. Lenina, robotnicy przerwali pracę i pomaszerowali pod Komitet Wojewódzki PZPR. Wydarzenia nabierały tempa, istnieją uzasadnione podejrzenia, że „ktoś” podgrzewał nastroje, radykalizował hasła. Wieczorem doszło do pierwszych starć z milicją, do szpitali trafili pierwsi ranni, do aresztów pierwsi zatrzymani.
We wtorek zaczynają ginąć ludzie: w Gdańsku stoczniowcy wspierani przez pracowników innych zakładów pracy walczą pod Komendą Wojewódzką MO, podpalają budynek Komitetu Wojewódzkiego partii i reżimowych związków zawodowych. Padają strzały, w ruch idzie improwizowana broń demonstrantów, milicjant, który zastrzelił robotnika, zostaje zatłuczony deskami. Gomułka nakazuje strzelać. Liczba rannych idzie w setki – nad demonstrantami krążą wojskowe śmigłowce, ponoć z jednego z nich Grzegorz Korczyński, wiceminister obrony narodowej, osławiony mordami bandyta spod znaku GL/AL, strzela do ludzi z kałasznikowa. Ulicami Gdyni przeciągają demonstracje.
W nocy do Trójmiasta wkracza wojsko. Pod stoczniową bramą nr 2 ktoś – do dziś nie wiadomo kto – oddaje serię w tłum. Nad ciałami poległych kolegów stoczniowcy krzyczą „Mordercy!”. Szok i żałoba przytłumiają protesty w Gdańsku. W Gdyni Kliszko, prawa ręka Gomułki, każe wojsku zablokować stocznię, tymczasem I sekretarz wojewódzki Kociołek wzywa do stoczniowców do powrotu do pracy następnego dnia. Na Kremlu „towarzysze radzieccy” z coraz większym niepokojem obserwują sytuację, o której są na bieżąco informowani przez premiera Cyrankiewicza i ministra Jaruzelskiego. Tracą zaufanie do Gomułki, rozpoczyna się gra w celu zmiany kierownictwa PZPR. Breżniew wskazuje na Edwarda Gierka, I sekretarza z Katowic.
Czarny Czwartek
17 grudnia przeszedł do historii jako „czarny czwartek”. Stoczniowcy gdyńscy jadący do pracy zostają zmasakrowani przez wojsko na stacji kolejki Gdynia-Stocznia. Płk Łomot rozkazał strzelać z karabinów maszynowych pod nogi. Kule rykoszetujące od granitowej kostki masakrują tłum, ginie 11 młodych mężczyzn. W Szczecinie wybucha powstanie robotnicze, płonie komitet wojewódzki i komenda milicji, płoną milicyjne i wojskowe samochody i czołgi. Milicja i wojsko zabijają, często na oślep: we własnym domu, zastrzelona zostaje 16-letnia Jadwiga Kowalczyk. Gomułka rozmawia przez telefon z Breżniewem. Rozmowa ta, to najlepszy dowód, że towarzysz „Wiesław” tracił kontakt z rzeczywistością. Gdy Breżniew przekonywał go, że nie partia robotnicza nie powinna strzelać do klasy robotniczej, zaczął krzyczeć: „To żadna klasa robotnicza, to kontrrewolucja i my się z nią należycie rozprawimy!”. Rosjanin tłumaczył „Jeśli strzelacie do robotników, to z kim będziecie budować socjalizm, towarzyszu Gomułka?”. Na to tow. „Wiesław”: „Tam nie ma normalnych robotników, normalni robotnicy nie podnoszą ręki na władzę ludową. Powtarzam wam, to kontrrewolucja!”.
W piątek sytuacja uspokoiła się w Trójmieście, zacięte walki trwały jeszcze w Szczecinie, lecz stopniowo Ogólnomiejski Komitet Strajkowy opanowywał nastroje i praktycznie przejmował władzę w mieście. W Szczecinie wedle oficjalnych danych zginęło 16 osób, 117 zostało rannych, kilkaset zatrzymanych i brutalnie pobitych.
W sobotę zaczynają się potajemne rozmowy z Edwardem Gierkiem, w niedzielę Gomułka trafia do szpitala, zostaje zmuszony do rezygnacji. Wraz z nim odchodzą jego ludzie, sprawcy zbrodni, w tym „wieczny premier”, renegat z PPS, sprawca śmierci Witolda Pileckiego, Józef Cyrankiewicz.
Historia idzie dalej
Zgodnie z przewidywaniami, zmiana ekipy (oraz zbliżające się święta) wytłumiły strajki – ostatni wyszli 22 grudnia stoczniowcy ze szczecińskiego „Warskiego”. Gdańsk, Gdynia, Szczecin, Elbląg pogrążone w żałobie po śmierci 45 osób (ponad tysiąc sto odniosło rany). Pozostała nienawiść: „Do tramwaju, którym jechałem, wszedł oficer ludowego Wojska Polskiego. Dobiegł do przystanku w ostatniej chwili… zdyszany stanął na pomoście. A tramwaj nie ruszał. Zapadła martwa cisza, umilkły wszystkie rozmowy i słychać było tylko pospieszny oddech oficera… A cisza trwała narastała, aż do bólu w uszach. Motorniczy siedział przygarbiony na swoim zydelku, patrząc gdzieś między szyny, przez otwarte drzwi wlatywał mroźny wiatr. I nagle oficer pojął, przygarbił się i ciężkim, zupełnie niewojskowym krokiem wysunął się z wagonu. Drzwi się zamknęły, tramwaj ruszył, ludzie zaczęli znów ze sobą rozmawiać, a ja pojąłem straszliwą potęgę milczenia, groźniejszego od skandowanych okrzyków” – wspominał swój pobyt w Gdańsku, w styczniu 1971 roku, Maciej Rybiński.
Nikt nie chciał pomagać
Nowa ekipa początkowo zachowywała się tak, jakby zaufanie społeczeństwa jej się należało. Edward Gierek, nowoczesny i elegancki, brylował w telewizji i w radio, używał słów dotychczas nieobecnych w mowach partyjnych, zwracał się do narodu, do wierzących, do rodaków. Ale „aparat partyjny” i służby szybko wróciły do starych zwyczajów. W styczniu 1971 roku w Gdańsku, pijany milicjant wjechał służbową nysą na chodnik i zabił dziewczynę. Jego obrońca twierdził, że „był jeszcze pod wpływem wypadków grudniowych i nie ostygł jeszcze z zapału walki i w grupie młodzieży szkolnej widział… swych wrogów grudniowych…”. Gdy 20 stycznia „Głos Szczeciński” nakłamał, że stoczniowcy wspierając nowego I sekretarza, podjęli zobowiązania produkcyjne, robotnicy z „Warskiego” zastrajkowali znów. Strajk był okupacyjny, a postulaty polityczne, w tym wolne wybory do władz związkowych. Nieoczekiwanie, 24 stycznia w stoczni pojawił się Edward Gierek. Był to jeden, jedyny wypadek w dziejach całego bloku komunistycznego, by szef partii wszedł na teren strajkującego zakładu i podjął dialog z robotnikami. Spotkanie trwało 7 godzin, zakończyło się o 3 nad ranem sukcesem Gierka: robotnicy raz jeszcze uwierzyli i zgodzili się strajk zakończyć.
Teraz pierwszy sekretarz postanowił pojechać do Gdańska. Jednak po dramatycznej debacie w Szczecinie postanowiono spotkanie gdańskie wyreżyserować, publiczność starannie dobrać, teren zabezpieczyć siłami ponad tysiąca funkcjonariuszy. Gierek mógł więc mówić gładko i niekonkretnie: „Możecie być przekonani, że wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny i nie mamy innego celu, jak ten, który zadeklarowaliśmy. Jeśli nam pomożecie, to sądzę, że ten cel uda nam się wspólnie osiągnąć. No więc jak – pomożecie?”. Nie, nie rozległo się w tym momencie gromkie stoczniowe „Pomożemy!”. W rzeczywistości odpowiedzią na pytanie były słabiutkie, nieśmiałe oklaski. To propaganda oficjalna wykorzystała wszystkie media, by przekonać społeczeństwo, że warto zaufać, warto uwierzyć, po raz kolejny zacisnąć zęby i pracować, pracować, pracować. Być może nawet Edward Gierek uwierzył w autentyczność tego zmyślonego poparcia. Dziesięć lat później eksperyment komunistyczny skompromitował się ostatecznie. Gomułka zdążył jeszcze poprzeć stan wojenny wprowadzany przez swego dawnego ministra obrony, nie dożył momentu, który według komunistów miał nigdy nie nadejść – kiedy władzę (przynajmniej jej część), musieli oddać.