To już pewne: Tarantino to Szekspir kina i właśnie to udowodnił. RECENZJA

„Pewnego razu… w Hollywood” już w kinach / fot. mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

„Pewnego razu… w Hollywood” to nie jest film o rzezi w willi Romana Polańskiego. Nie jest też tylko uroczą tarantinowską widokówką z Fabryki Snów koncówki lat 60-tych. To w zasadzie jeden wielki hołd złożony największej miłości reżysera, czyli samemu kinu.

Za górami (choć w tym przypadku - wzgórzami), za lasami, było sobie Hollywood.  Fabryka marzeń, do dziś pozostająca mekką dla filmowców z całego świata. Właśnie tam poznajemy dwóch głównych bohaterów „Pewnego razu… w Hollywood” - aktora Ricka Daltona (genialny Leonardo DiCaprio) i jego dublera Cliffa Bootha (jeszcze genialniejszy Brad Pitt). Duet nieco niepokornych i żyjących marzeniami o wielkiej karierze aktorów robi co może, by raz na zawsze skończyć z niskobudżetowymi filmami klasy B i wreszcie zyskać pełnoprawny status obywatela Hollywood. Pewnym przełomem w myśleniu zrezygnowanego kolejnymi niepowodzeniami Ricka staje się fakt, że nieopodal jego domu wprowadza się Roman Polański (epizodyczna, ale pełna uroku rola Rafała Zawieruchy) i jego żona Sharon Tate (Margot Robbie).

Rick i Cliff marzą o tym, by pewnego dnia poczuć smak sławy, wtopić się w hollywoodzką cyganerię i chodzić do willi Polańskich na koktajle. Zanim jednak to się wydarzy, mężczyźni przejdą prawdziwą próbę ognia (momentami w dosłownym znaczeniu…), która zweryfikuje ich ambitny plan. Rick przekona się, że róże, którymi ponoć usłana jest droga do gwiazd, najeżone są raniącymi kolcami, a Cliff będzie musiał zmierzyć się ze swoim  nieposkromionym  charakterem i pełną mrocznych tajemnic przeszłością. Wątek masakry dokonanej przez sektę Charlesa Mansona w domu Polańskiego jest tu tylko pretekstem do opowiedzenia o realiach i atmosferze późnych lat 60. w USA, choć i ten wątek Tarantino potraktował w iście autorski sposób - nie zdradzając za wiele z fabuły, widzowie otrzymują coś w rodzaju „happy endu” (o ile można tak nazwać  tragikomiczną krwawą jatkę sięgającą do rasowej stylistyki reżysera).

Trwający prawie trzy godziny film Quentina Tarantino wymyka się niemal wszystkim schematom, do których przyzwyczaił nas reżyser. Choć w „Pewnego razu…” twórca bawi się konwencją i wprost nawiązuje do swoich poprzednich filmów (znajdziemy tu echa m.in. „Jackie Brown” i „Bękartów wojny”), ten dziewiąty w karierze Tarantino obraz łączy w sobie wszystkie pasje reżysera, wybijając na pierwszy plan miłość do magii kina. O ile o filmach Allena mówi się, że to miasta (a szczególnie Nowy Jork) są cichymi głównymi bohaterami jego produkcji, o tyle u Tarantino samo kino i jego specyficzny świat są osią całej fabuły.

Reżyser „Pulp fiction”, jak sam przyznał w jednym z wywiadów, czerpie, czy wręcz „kradnie” inspirację z innych filmów. To widać również w „Pewnego razu… w Hollywood” - sam tytuł jest osobistym hołdem złożonym przez Tarantino mistrzowi Sergio Leone („Dawno temu w Ameryce”, „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”), a pobrzmiewająca w finale filmu melodia do złudzenia przypomina słynny motyw kołysanki Komedy  z „Dziecka Rosemary”. Tarantino jednak nie byłby sobą, gdyby ograniczył swoje inspiracje do kina - również muzyka w „Pewnego razu…” odgrywa swoją specyficzną rolę - w ścieżce dźwiękowej znalazły się bowiem nie tylko klasyki rocka lat 60., ale również utwory z repertuaru Paula Revere’a & The Raiders. To nie bez znaczenia, gdyż producentem tego zespołu był Terry Melcher - ten sam, którego Manson bezskutecznie namawiał do wydania jego płyt i ten sam, który zamieszkiwał willę przy Cielo Drive, zanim wprowadzili się do niej Polański i Tate. Tarantino sięga również do toposów literackich - jak „Nienawistna ósemka” była filmową wariacją na temat „I nie było już nikogo” Agathy Christie, tak „Pewnego razu…” subtelnie nawiązuje do pomysłów Szekspira, który zapoczątkował tzw. motyw „teatru w teatrze”. Oglądając serwowany przez Tarantino „film w filmie” trudno oprzeć się mniej lub bardziej świadomej inspiracji Szekspirem, zwłaszcza że przy okazji jednego z filmów z udziałem Ricka Daltona bohaterowie przywołują wprost postać Hamleta.

„Pewnego razu… w Hollywood” to dziewiąty film Tarantino, który od lat zarzeka się, że nakręci zaledwie dziesięć obrazów. Choć miłośnicy tego reżysera pewnie będą tęsknić za jego nieobliczalną, balansującą na granicy sztuki i kiczu stylistyką, równie dobrze Tarantino mógłby zakończyć karierę już teraz. „Pewnego razu…” to bowiem dzieło totalne, bezkompromisowy akt wiary w magię filmowej taśmy i bezdenna studnia metafor i symboli, które - by odkryć ich bogactwo -  wymagają kilkukrotnego powrotu do tego filmu. Naprawdę nie wiem, czy da się nakręcić coś jeszcze lepszego, pełniejszego, na wskroś tarantinowskiego. Nie wiem, ale wierzę, że Tarantino ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie, na którego już z niecierpliwością czekam. Zanim to się jednak wydarzy, z przyjemnością jeszcze raz wsiądę do rollercoastera pt. „Pewnego razu…”. Choć rozpędza się on niezwykle powoli, to widok z góry i szaleńczy zjazd ku mecie wbijają w fotel. Dosłownie.

 

Ocena: 10/10

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl