"Yesterday": to nie jest film o Beatlesach, ale... o czymś więcej. RECENZJA

"Yesterday" już w kinach! / fot. mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl

Kontakt z autorem

  

Takich filmów jak "Yesterday" oczekuje się od współczesnego kina rozrywkowego: łączących gatunki, łamiących konwencję, opartych o prostą, ale jakże mądrą historię, wreszcie - nawiązujących swoim wydźwiękiem i puentą do greckiego katharsis znanego z klasycznych sztuk teatralnych. W produkcji Danny'ego Boyle'a nie brakuje tego wszystkiego, a całość okraszona jest solidną dawką dobrej rozrywki przy ocierającej się o geniusz muzyce legendarnej czwórki z Liverpoolu. I choć fani Beatlesów mogą przyjąć ten film z pewnym ambiwalentnym odczuciem, to "Yesterday" po prosto zobaczyć trzeba. Ale po kolei.

Na wstępie krótka teza wyjściowa: to nie jest film o Beatlesach, choć ich muzyka towarzyszy nam niemal przez całe dwie godziny, bo tyle trwa film Boyle'a. Kawałki zespołu, które zna cały świat, zostały potraktowane przez twórców produkcji jako scenariuszowy punkt wyjścia. Oto Jack Malik (ciekawa rola niemalże debiutanta Himesha Patela) prowadzi niespecjalnie atrakcyjne życie w jednej z niewielkich brytyjskich miejscowości. Główny bohater marzy o karierze wokalisty, niemniej jednak talentu wystarcza tylko na okoliczne puby i hotele, co pozwala mu ledwo wiązać koniec z końcem. Próbom przebicia głową środowiskowego i artystycznego muru docenienia towarzyszy mu menedżerka Ellie (w tej roli Lily James) - wpatrzona jak w obrazek w Jacka, niemniej jednak bez efektów: zarówno na polu zawodowym, jak i uczuciowym. 

Wszystko zmienia się w momencie, w którym Jack postanawia raz na zawsze zamknąć drogę swojej, pożal się Boże, kariery. Jednak podczas wieczoru, gdy bohater podejmuje tę decyzję, kulę ziemską dotyka niejasne zjawisko wyłączenia prądu i wszelkich źródeł energii na dokładnie dwanaście sekund. Tyle wystarczy, by Jack trafił pod koła autobusu, a w następstwie wypadku do szpitala. Utrata dwóch zębów nie jest jednak jedynym efektem tego przykrego incydentu: oto okazuje się, że Jack budzi się w świecie... bez Beatlesów. Gdy próbuje zagrać grupie swoich przyjaciół "Yesterday", ci wpadają w zachwyt. Karuzela rusza. 

Jak można się spodziewać i domyślić, kolejne okrążenia życiowej karuzeli wynoszą Jacka do lokalnej, krajowej, wreszcie światowej sławy. Historia ta, choć naiwna na pierwszy rzut oka, jest jednak poprowadzona zgrabnie, a widz razem z bohaterem wspina się na kolejne szczeble kariery: najpierw przypominając sobie słowa piosenek Beatlesów, a następnie zdobywając kolejne sceny i serca fanów. Nie ujawniając zbyt wiele z sytuacyjnego humoru, który wypełnia filmowe "Yesterday" od pierwszej do ostatniej minuty, przyznać trzeba, że mrugnięcia okiem do widzów przygotowane są na najwyższym poziomie. Jak choćby historia z pojawiającym się na ekranie dość nieoczekiwanie Edem Sheeranem, który proponuje Jackowi support podczas swojego tournee po Europie, gdzie Malik ujawnia Rosji i światu utwór "Back in the U.S.S.R.".



Do tego momentu historia filmowego "Yesterday" wygląda jednak wyłącznie jako niewinna bajka; i być może momentami tej baśniowości jest ciut zbyt wiele, niemniej jednak przeciągające się momenty ubarwiają kolejne utwory Beatlesów "odkrywane" przez głównego bohatera filmu. To interesująca prowokacja: jak wyglądałby debiut Czwórki z Liverpoolu w rzeczywistości AD 2019? Czy faktycznie osiągnęliby zawrotny sukces? Czy "Hey Jude" zostałoby zamienione na "Hey Dude" z powodu oczekiwań wytwórni muzycznej? Czy kolejne przeboje zbierałyby miliony odsłon na platformach internetowych? To jednak mimo wszystko refleksja gdzieś na marginesie całej produkcji.

Malik musi jednak zmierzyć się w końcu z samym sobą i to zdecydowanie najbardziej przejmująca odsłona filmu Boyle'a. Zmaganie to odbywa się na dwóch polach: pierwsze to kwestia prawdomówności i czerpania wielkich korzyści z utworów, które wszak nie są jego - choć cały świat tak uważa. Z kolei drugie boisko wydaje się o wiele ważniejsze; jest to bowiem próba zderzenia wielkiego artystycznego sukcesu (zbudowanego na fałszywych przesłankach) z walką o miłość filmowej Ellie. Tej małomiasteczkowej brytyjskiej nauczycielce nie w smak są wielkie frekwencje na Wembley, ale na sercu leży wielka pochwała codzienności. I to właśnie najpiękniejszy wymiar "Yesterday": to film oddający hołd sprawom małym, pozornie błahym, oczywistym. Historia z nagłym zniknięciem Beatlesów z kart historii to tylko pretekst, by snuć o wiele ważniejszą opowieść. 

Odsłaniając nieco filmowej fabuły: zakochani w Beatlesach z całą pewnością poczują dreszcz w momencie spotkania głównego bohatera z sędziwym Johnem Lennonem, który w tej alternatywnej wersji historii żyje do dziś, korzystając - kosztem kariery - z życia, miłości, codzienności. Piszę o dreszczu, bo tak naprawdę jednym z wniosków "Yesterday" jest niepokojący dla wielu wniosek o tym, że kariera, sława, a nawet wielkie zgłoski na kartach muzycznej historii są w zasadzie niczym, jeśli zderzyć je z osobistym szczęściem i spełnieniem w ramionach ukochanej osoby. FIlmowy Jack z czasem dorasta i dojrzewa do tego wniosku: ale czy dzisiejsze społeczeństwa stać będzie na podobną refleksję? 

Tak czy inaczej "Yesterday" to dwie godziny fantastycznej rozrywki, z przenikliwym morałem na koniec. To jasne, że filmowa historia Boyle'a jest dość naiwna, miejscami nadwrażliwa i obliczona na wyciskanie wzruszeń i łez. Niemniej jednak takich właśnie filmów nam trzeba: zabawnych, momentami śmiesznych, z oczyszczającą puentą dla widzów na koniec. A przy tym chwalących życie, każde życie. Chciałoby się, by tego rodzaju produkcje wchodziły na ekrany kin co piątek.

Ocena: 9/10
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Wydawnictwo Fronda

Tagi

Wczytuję komentarze...

Koszalin: ruszył proces gangu narkotykowego

/ Pixabay

  

Przed Sądem Okręgowym w Koszalinie ruszył proces 37-letniego Tomasza L., oskarżonego o zorganizowanie gangu narkotykowego, oraz 13 domniemanych członków tej grupy. Sąd wznowił przerwaną w poniedziałek rozprawę, wcześniej odraczaną. Wyjaśnienia składał główny oskarżony.

Zorganizowana grupa przestępcza miała działać w województwie zachodniopomorskim, z którego pochodzą wszyscy oskarżeni, od 2013 r. do czerwca 2017 r. Według prokuratury, grupa wprowadziła do obrotu w Białogardzie, Kołobrzegu, Karlinie i Czaplinku co najmniej 42 kg marihuany, 13 kg amfetaminy, 350 g mefedronu i 1300 tabletek extasy - łącznej wartości ponad 2,2 mln zł.

Prokurator Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Joanna Struś–Prokop odczytała w sali rozpraw akt oskarżenia. Tomasza L. oskarżyła o kierowanie grupą przestępczą, która wprowadzała do obrotu znaczne ilości narkotyków, a pozostałe osoby o udział w tej grupie. Struś-Prokop miała to zrobić na poniedziałkowej rozprawie, ale ta - wcześniej już odraczana - została przerwana ze względu na niestawiennictwo jednego z obrońców.

Przed sądem wyjaśnienia składał główny oskarżony Tomasz L. z Białogardu. Przed zatrzymaniem zarządzał firmą transportową żony. Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Zaznaczył, że "nie wywodzi się z nizin społecznych", a jego status finansowy przez lata "się poprawił", nie miał zatem powodów, by "zajmować się narkotykami". Przyznał, że incydentalnie kupował papierosy bez akcyzy czy tabletki meldonium, by podnieść wydolność organizmu.

Jego zdaniem rozmowy telefoniczne, które prowadził ze znajomymi, w tym współoskarżonymi, pozyskane podczas działań operacyjnych przez policję, "są wyrwane z kontekstu", "są w nich cytaty z gazet, z filmów", nie "mają formy nakazu, trybu zastraszania", "to rozmowy między znajomymi". Poinformował, że mimo aresztowania zgromadził część dokumentów, które potwierdzą zasadność prowadzonych rozmów i dowiodą, iż "dotyczyły wyłącznie spraw firmowych i przysług koleżeńskich", m.in. odbierania faktur, robienia zakupów do firmy.

Zaznaczył, że nie stosował wobec pozostałych oskarżonych gróźb, przemocy psychicznej czy fizycznej. Przyznał, że miał ofertę przewozu narkotyków, ale jej nie przyjął.

Oskarżony podtrzymał treść protokołów z przesłuchań w śledztwie, które przeczytał sędzia. Nie ustosunkował się w nich do treści odtwarzanych mu rozmów telefonicznych i obciążających go zeznań innych podejrzanych.

Prokuratura Okręgowa w Koszalinie oskarżyła Tomasza L. o zorganizowanie i kierowanie grupą przestępczą, a 15 innych osób o udział w niej. Poza tym oskarżonych było także pięć osób, które - według prokuratury - nie były członkami grupy.

W marcu te 21 osób stanęło przed sądem. Sędzia Katzig poinformował wówczas o możliwości zakończenia sprawy poprzez poddanie się karze. Skorzystanie tego zadeklarowali oskarżeni niebędący członkami grupy i trzej jej członkowie. Sąd wyłączył wtedy do odrębnego rozpoznania postępowania wobec 8 osób. Wobec trzech zapadły już wyroki. Jedna z tych osób została skazana na bezwzględne więzienie, dwie mają wyroki w zawieszeniu. Sprawę czterech oskarżonych rozpoznaje sąd w Drawsku Pomorskim. Natomiast sprawa jednego z domniemanych członków grupy przestępczej została ponownie włączona do procesu gangu, bo ostatecznie nie doszło do dobrowolnego poddania się karze.

Zorganizowanie lub kierowanie grupą przestępczą jest zagrożone karą do 10 lat pozbawienia wolności, udział w niej - do 5 lat więzienia, a za wprowadzanie do obrotu znacznych ilości narkotyków grozi do 12 lat w zakładzie karnym.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl