Angielscy naukowcy potwierdzają ustalenia komisji Macierewicza! Sprawę już w czerwcu 2018 r. opisała „Gazeta Polska”

/ / Serge Serebro, Vitebsk Popular News; creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.en

  

Na zdecydowanej większości z 200 próbek przekazanych przez PK w maju 2017 r. laboratorium podległemu brytyjskiemu ministerstwu obrony odkryto ślady substancji używanych do produkcji materiałów wybuchowych, w tym trotylu – podaje portal wPolityce.pl. W czerwcu 2018 roku "Gazeta Polska" pisała, że podkomisja smoleńska pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza zebrała dane pozwalajace stwierdzić obecność substancji wybuchowych w Tu-154.

"To informacja skrywana przez śledczych. Dowiedzieliśmy się jednak, że przed kilkoma tygodniami do polskiej prokuratury nadeszło pismo informujące o cząstkowych wynikach badań prowadzonych w Forensic Explosives Laboratory (FEL), podległej brytyjskiemu ministerstwu obrony jednostce specjalizującej się w badaniach kryminalistycznych związanych z materiałami wybuchowymi"

- czytamy na portalu.

Jak zaznaczono, "na zdecydowanej większości z nich znaleziono ślady substancji używanych do produkcji materiałów wybuchowych". Chodzi o 200 próbek przekazanych przez Prokuraturę Krajową w maju 2017 r. laboratorium podległemu brytyjskiemu ministerstwu obrony.

"Jak się dowiadujemy, chodzi o trotyl, ale też inne składowe" - czytamy na stronie.

Takie badania wykonano już w 2018 roku. Jak dowiedziała się w czerwcu ubiegłego roku „Gazeta Polska”, wykryto ślady materiałów wybuchowych.

Jak pisał Grzegorz Wierzchołowski, z zebranych przed podkomisję smoleńską dowodów wynika jednoznacznie, że „pozostałości substancji wybuchowych wykryto na przynajmniej 107 elementach samolotu - przede wszystkim na metalowych częściach foteli”.

Poniżej publikujemy tekst, jaki ukazał się w czerwcu 2018 r. w „GP”:


„GP” dotarła do szczegółów ustaleń podkomisji smoleńskiej, dotyczących badań obecności śladów substancji wybuchowych w Tu-154. Z zebranych dowodów wynika jednoznacznie, że pozostałości takich materiałów wykryto na przynajmniej 107 elementach samolotu - przede wszystkim na metalowych częściach foteli.

 

„Podkomisja do Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego informuje, że zakończono przegląd dowodów oraz analiz dostępnych komisji, a dotyczących zidentyfikowania materiałów wybuchowych na miejscu upadku samolotu Tu-154M, który uległ katastrofie w locie do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r. Podkomisja stwierdza, że zgodnie z posiadanymi dowodami liczne części samolotu, a także ciało przynajmniej jednej ofiary badane specjalistycznymi urządzeniami, w tym metodą chromatograficzną, wykazały obecność materiałów wybuchowych. Równocześnie Podkomisja stwierdza, że nie ma żadnych informacji i dowodów wskazujących na obecność materiałów wybuchowych w glebie miejsca zdarzenia” - brzmiał niedawny oficjalny komunikat komisji kierowanej przez Antoniego Macierewicza.

 

Udało nam się dowiedzieć na temat dużo więcej.

Trzy metody

Analiz, o wynikach których mówi komunikat podkomisji, nie przeprowadzono teraz. Chodzi o rezultaty oficjalnych badań przeprowadzonych przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji (CLK) w 2012 i 2013 r. Ich rezultaty są - jak się dowiedzieliśmy - rozproszone po różnych tomach akt śledztwa smoleńskiego prowadzonego przez prokuraturę.

 

Podkomisja postawiła sobie za cel zebranie, przejrzenie i usystematyzowanie wszystkich informacji dotyczących badań części samolotu pod katem obecności substancji wybuchowych. Efekty tych działań są zdumiewające: całkowicie zaprzeczają wnioskom wyciąganym przez dawną prokuraturę wojskową i potwierdzają ostatnie ustalenia podkomisji smoleńskiej na temat przyczyn katastrofy z 10 kwietnia 2010 r.

 

Po zapoznaniu się z informacjami zawartymi w aktach śledztwa podkomisja stwierdziła, że przynajmniej na 107 częściach samolotu wykryto ślady substancji wybuchowych. „Przynajmniej”, gdyż wśród owych 107 elementów są tylko te, na których pozytywne wyniki dały badania aż trzema urządzeniami.

 

Fragmenty tupolewa badano bowiem łącznie przy użyciu kilku urządzeń, w tym dwóch - jak utrzymywała prokuratura wojskowa - przesiewowych, czyli sygnalizujących ślad potencjalnej substancji wybuchowej, ale nieprecyzujących, o jaki materiał chodzi. W rzeczywistości tylko jeden z tych dwóch detektorów można nazwać przesiewowym, bo drugi wskazywał na konkretne związki chemiczne. Części samolotu poddano też w 2013 r. badaniom metodą chromatograficzną (rozdzielanie jednorodnych mieszanin na składniki): zastosowano chromatografię gazową ze spektrometrią mas, chromatografię gazową z detektorem luminescencyjnym,  chromatografię gazową wychwytu elektronów oraz wysokosprawną chromatografię cieszową z detektorem diodowym (HPLC/DAD).

 

Badania tymi wszystkimi urządzeniami dały wiele wskazań pozytywnych, mówiących o śladach substancji wybuchowych na elementach samolotu. Co ciekawe, w opinii sporządzonej przez CLK z niewiadomych powodów zignorowano pozytywne wskazania detektora HPLC/DAD, choć podczas badania 215 próbek z foteli aż w 105 przypadkach wykryto ślady materiałów wybuchowych (głównie pentryt i dinitrotoluen).

 

Podkomisja smoleńska - chcąc rozwiać wszelkie wątpliwości i wykluczyć ryzyko błędu - skupiła się przede wszystkich na tych fragmentach, których analiza dała pozytywne wyniki w przypadku badania aż trzema różnymi sposobami. Łącznie - jak wynika z danych zebranych przez podkomisję - takich elementów było 107. Wśród wykrytych związków chemicznych były m.in. heksogen (RDX), pentryt, trotyl i dinitrotoluen.

Fotele, wykładzina i zasłonka

Ustalenia te warto uzupełnić o kilka innych istotnych informacji.

Po pierwsze - jak dowiedziała się „GP” - wśród elementów samolotu, na których wykryto ślady materiałów wybuchowych, są fotele pasażerskie, głównie ich metalowe części, jak również fragmenty wykładziny dywanowej i zasłonki. Tu należy przypomnieć, że w 2012 r. - po zamieszaniu wywołanym przez artykuł Cezarego Gmyza o trotylu - wojskowi śledczy (i sprzyjające im media) próbowali sugerować, że cząstki wysokoenergetyczne znalezione na fragmentach tupolewa nr 101 mogły wziąć się tam w wyniku wcześniejszego przewożenia w tym samolocie jakichś bliżej nieokreślonych materiałów wojskowych. W listopadzie 2012 r. media obiegła (i szybko znikła) informacja, że prokuratura zbadała podobnymi metodami bliźniaczego tupolewa (nr 102) i tam również znalazła ślady wskazujące na obecność substancji wybuchowych.

 

Wnioski miały nasuwać się same: albo w obu rządowych tupolewach wcześniej „coś” przewożono - stąd te ślady - albo po prostu użyte przez ekspertów detektory były do niczego (niewiele osób pamięta jeszcze, że wojskowy prokurator płk Jerzy Artymiak starał się w 2012 r. przekonywać, iż spektrometry identycznie reagują i na trotyl, i na... kiełbasę). Tymczasem - jak dowiedziała się „GP” - podkomisja smoleńska przebadała pod kątem materiałów wybuchowych „sto dwójkę” i okazało się, że w ogólnodostępnej części samolotu były jedynie dwa bardzo nikłe ślady (na pasie i na siedzeniu) cząstek wysokoenergetycznych. Zestawianie tego z przynajmniej 107 wskazaniami (potrójnymi) ze „sto jedynki” - znalezionymi na fotelach i innych elementach z różnych miejsc w samolocie - byłoby więc olbrzymią manipulacją.

 

Po drugie: podkomisja stwierdziła, że „nie ma żadnych informacji i dowodów wskazujących na obecność materiałów wybuchowych w glebie miejsca zdarzenia”. Sprecyzujmy: przebadano w tym przypadku także ziemię z rejonów, w których znaleziono fragmenty samolotu zawierające ślady substancji wybuchowych. Wyklucza to ostatecznie możliwość tłumaczenia, iż obecność cząstek wysokoenergetycznych na szczątkach tupolewa to wynik przebywania w glebie przy lotnisku smoleńskim jakichś niewypałów z czasów sowieckich lub z okresu II wojny światowej.

 

Po trzecie: według komunikatu podkomisji ślady substancji wybuchowych wykryto również na „ciele przynajmniej jednej ofiary”. Jak ustaliliśmy - chodzi dokładnie o trzy części ciała jednej osoby ekshumowanej w Polsce. W komunikacie ważne jest słowo „przynajmniej”, bo w związku z tym, co działo się z ciałami ofiar katastrofy - i dopiero niedawnym zakończeniu ekshumacji - trudno uważać rezultaty badań w tym wymiarze za ostateczne.

Eksplozja w raporcie podkomisji

Badania dotyczące śladów materiałów wybuchowych współgrają z rezultatami doświadczeń opisanych w raporcie technicznych podkomisji Antoniego Macierewicza. Jak udowodnili eksperci - na eksplozję w lewej części skrzydła wskazują zniszczenia powybuchowe na skrzydle i odłamkach oraz inne dowody. Chodzi tu m.in. o „loki” powybuchowe (czyli charakterystyczne zawinięcia materiału na poszyciu spodnim oderwanej końcówki części lewego skrzydła), odkształcenia odłamków na skutek wewnętrznej fali powybuchowej, rozrzut ich we wszystkich kierunkach w stosunku do toru przemieszczania się samolotu (także w tył i na boki), a także wewnętrzne części skrzydła, które osiadły na gałęziach wysokich partii drzew.

 

Podkomisja smoleńska ustaliła też, że główną przyczyną zniszczeń Tu-154 na moment przed przyziemieniem była eksplozja kesonu baku balastowego (która nastąpiła po wybuchu na skrzydle). W jej wyniku zniszczony został sam keson, czyli fragment lewej części centropłata, wraz z przednim dźwigarem i osmolonymi żebrami. Ślady na miejscu katastrofy dowodzące takiego przebiegu zdarzeń to choćby liczne odłamki osmolone i opalone rozsiane ok. 100 m przed miejscem upadku tupolewa, rozpad maszyny na kilkadziesiąt tysięcy części oraz brak krateru, który powinien powstać po uderzeniu w miękki grunt ponad 70-tonowego samolotu, przesuwającego się po ziemi przez ok. 150 m.

 

Na wybuch w centropłacie wskazują też zniszczenia w samym samolocie: całkowita destrukcja wszystkich foteli, zdarcie z wewnętrznej części kadłuba wykładziny wraz z izolacją, wyrwanie z burty lewych drzwi pasażerskich wbitych na 1 m w ziemię z prędkością przekraczającą aż 10-krotnie prędkość spadania tupolewa oraz wywinięcie na zewnątrz burt centralnej części kadłuba znajdującej się nad epicentrum eksplozji.

 

Dowodem na eksplozywny charakter zniszczenia tupolewa w Smoleńsku są też specyficzne zniszczenia ciał: całkowite rozczłonkowanie kilkunastu ofiar siedzących w salonce nad centrum eksplozji i rozrzucenie ich szczątków na całym obszarze wrakowiska, liczne i rozległe rany oparzeniowe zwłok ofiar odnalezionych poza sferą ognia naziemnego, a także całkowite zdarcie ubrań z kilkudziesięciu ciał. Obrażenia jednej z ofiar z trzeciej salonki wprost wskazały na działanie fali uderzeniowej.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP, Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

95-latka z Włoch dotarła pieszo na Jasną Górę

Zdjęcie ilustracyjne / pxhere.com/creativecommons.org/publicdomain/zero/1.0/

  

Około tysiąca kilometrów pokonała 95-letnia Włoszka Emma Morosini, która w samotnej pieszej pielgrzymce dotarła na Jasną Górę. To miejsce, do którego chcę przynieść ostatnie chwile mojego życia – mówiła po wejściu do częstochowskiego sanktuarium.

„Te ostatnie owoce mojego życia chcę przynieść Matce Bożej. I szczególnie modlić się o pokój na świecie, za kapłanów, za młodzież. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę tutaj być, w tym sanktuarium, które kocham”

– powiedziała pątniczka, cytowana przez Biuro Prasowe Jasnej Góry.

Emma Morosini pochodzi z miejscowości Castiglione delle Stiviere położonej w pobliżu Jeziora Garda w północnych Włoszech. Jej pielgrzymka to efekt ślubowania, które złożyła 28 lat temu, gdy miała przejść skomplikowaną operację. „Ciężko zachorowała i lekarze powiedzieli, że nie ma żadnej nadziei, jedynie zawierzenie Matce Bożej. Po dwóch latach ciężkiej choroby okazało się, że Emma jest zdrowa” - podały służby prasowe sanktuarium.

„Od 25 lat jestem w drodze, od dnia, w którym zostałam w cudowny sposób uzdrowiona. Postanowiłam sobie, że będę każdego roku przez trzy miesiące pielgrzymować do rożnych sanktuariów świata. Dziś mam 95 lat, a od 70. roku życia jestem w drodze, przez trzy miesiące każdego roku” – podkreślała Włoszka. Przez lata odwiedziła m.in. Jerozolimę, Lourdes, Fatimę, Aparecida w Brazylii i argentyńskie sanktuarium maryjne Lujan. Była już także wcześniej w Częstochowie.

„Odkąd pojawiłam się na Jasnej Górze, zakochałam się w tym sanktuarium, pokochałam je bardzo i postanowiłam tutaj wracać, bo jest to miejsce, do którego chce przynieść ostatnie chwile mojego życia. To życie już się kończy, mam 95 i pół roku, i pomyślałam sobie, że tu, do sanktuarium przyniosę ostatni kwiat mojego życia. Szczególnie modlę się o pokój na świecie, za kapłanów i za młodzież – sądzę, że to są najważniejsze intencje, i jedynie Matce Bożej możemy w tych sprawach zaufać, tylko jej powierzyć te problemy”

- powiedziała.

Pątniczka opowiadała, że choć postanowiła dziennie przejść 40 km, nie zawsze jej się to udawało. Czasem pokonała 20 km, a czasem trudno było jej zrobić nawet kilka kroków - ciężko było zwłaszcza wtedy, gdy na trasie pojawiały się podejścia pod górę. Zdarzało się, że w tych trudnych chwilach ktoś życzliwy podwiózł ją samochodem.

Pątniczka podziękowała wielu osobom, pomagającym jej w drodze, a także policji, która - gdy w pewnym momencie poszła w złym kierunku – odwiozła ją na właściwą trasę. „Jestem wdzięczna tym wszystkim, którzy dali mi siłę i odwagę, dlatego że ja nie jestem odważna, nie mam w sobie brawury” - mówiła.

Z pątniczką spotkał się m.in. przeor Jasnej Góry o. Marian Waligóra, wręczając jej pamiątki z sanktuarium jasnogórskiego.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl