NFZ odmawia finansowania szpitala dla bezdomnych. Skazani na powolne umieranie

Afonso Lima/SXC

  

NFZ odmawia finansowania leczenia bezdomnych w szpitalu prowadzonym w Warszawie przez Mokotowskie Hospicjum Świętego Krzyża. Powód? Placówka nie spełnia wymogów opracowanych dla profesjonalnych szpitali. Mimo to 35 osób wypchniętych poza margines życia społecznego, często pozbawionych ubezpieczeń społecznych, dotkniętych bardzo ciężkimi chorobami znajduje w niej opiekę. Dzięki pomocy ludzi dobrej woli.

„Szpitalik” – jak mówi o nim prezes Mokotowskiego Hospicjum Magdalena Hozer-Chachulska – zajmuje stare magazyny niedaleko gmachu telewizji publicznej. Jest wciśnięty między biurowce i hale studiów telewizyjnych. Jakoś nie pasuje do bogatego świata pokazywanego na ekranach telewizorów. Psuje ten lukrowany obraz, jak bezdomny w ekskluzywnej dzielnicy. Wszyscy najchętniej by się go pozbyli. Jednak „szpitalik”, hospicjum, jadłodajnia, punkt pomocy socjalnej i prawnej, działają już od lat. – I będą, tak długo, jak długo Polacy będą mieli sumienia – stwierdza pani Magdalena.

Dzięki Matce Teresie
Choć hospicjum Świętego Krzyża jest najstarsze na Mazowszu i działa nieprzerwanie od ponad ćwierć wieku, „szpitalik” ma zaledwie kilkuletnią historię. Zaczęła się ona od pana Marka. Ten bezdomny mężczyzna trafił do jednego ze stołecznych szpitali. Był w fatalnym stanie. Tam go trochę podleczono, a że nie miał ubezpieczenia, po kilku dniach znalazł się na ulicy.

– Zadzwoniła do mnie przyjaciółka, która dowiedziała się o tragicznej sytuacji pana Marka. „Mam chorego na raka bezdomnego mężczyznę. Wypisali go ze szpitala, a on nie ma dokąd pójść”, powiedziała – wspomina szefowa hospicjum. – Nie zastanawiałam się, wzięliśmy naszą nyskę i pojechaliśmy po niego – opowiada. W ten sposób pan Marek został pierwszym pacjentem, a Magdalena Hozer-Chachulska „dyrektorką” lecznicy.

Pani prezes – tak z szacunkiem mówią do niej podopieczni – podkreśla, że nie mogła postąpić inaczej. Kiedy jeszcze w latach 80. myślała o założeniu hospicjum, postanowiła, że będzie ono otwarte dla wszystkich najsłabszych: chorych, niepełnosprawnych, bezdomnych, dla tych z rozbitych rodzin, zagrożonych przemocą, alkoholizmem, byłych więźniów (pani Magdalena wymienia jeszcze długo). Nikt za otrzymaną pomoc nie zapłaci ani grosza.

Hozer-Chachulska przekonuje, że mokotowskie hospicjum to organizacja nietypowa. Łączy idee i zasady ruchu hospicyjnego z formułą kompleksowej pomocy bezdomnym i najuboższym Matki Teresy z Kalkuty. Podkreśla, że spotkanie z nią w latach 80. pomogło wypracować program dla placówki. Matka Teresa patronuje hospicjum już jako święta. Jej wielki portret wisi na korytarzu w budynku, w którym znajduje się ambulatorium i biura.

„Szpitalik” dla opuszczonych
Szpital jest po drugiej stronie podwórza hospicjum. Choć pani Magdalena porusza się o kulach i przejście kilkunastu metrów sprawia jej poważną trudność, to „kursuje” tam i z powrotem kilkanaście razy dziennie. Po drodze musi wszystkiego dojrzeć, porozmawiać… a to o naprawie ściany, a to o nowych lodówkach. Te ostatnie to jej duma. Niedawno dostała je od stałych sponsorów. Jeszcze są niepodłączone.

Do szpitala wchodzi się przez wielkie odsuwane drzwi magazynowe. Wcześniej trzeba pokonać jeszcze kilka stopni. Kobieta radzi sobie z nimi z trudością. – Nie ma tu sal szpitalnych z prawdziwego zdarzenia – mówi tonem, jakby się usprawiedliwiała. Hala magazynowa o powierzchni ponad 1000 mkw. przedzielona jest ściankami niesięgającymi sufitu. Sprawia to wrażenie planu w studiu filmowym.

Wchodzimy do jednego z pomieszczeń. Łóżka stoją jedno przy drugim. Na nich pacjenci w różnym wieku. Jeden z nich ścisza telewizor na widok pani Magdaleny. Nawet nie ma miejsca na szafy. Mężczyźni (bo jest to szpital tylko dla mężczyzn) cały swój skromny dobytek trzymają pod łóżkami.

Kiedy trafiają do „szpitalika”, najczęściej nie mają renty czy emerytury, mimo że ona im się należy. Nawet nie figurują w rejestrze ubezpieczonych. Pracownicy hospicjum pomagają lub załatwiają za nich formalności.

Pacjenci nie wstydzą się ani swojej choroby, ani biedy. Chętnie pozują do zdjęć. W szpitalu pozostają tak długo, jak długo można im jeszcze pomóc. – Mamy tu onkologa, chirurga, kardiologa, pulmonologa – relacjonuje pani prezes.

Poruszające opowieści
Kiedy sytuacja chorego jest już beznadziejna, jest on przenoszony do placówki dla terminalnie chorych. – Nie chcemy, żeby umierali wśród innych pacjentów, ponieważ ma to bardzo zły wpływ na pozostałych – wyjaśnia pani Magdalena. Przyznaje, że raz uczyniła wyjątek. Przed kilku laty do „szpitalika” trafił mężczyzna chory na raka. Nie miał gdzie się podziać. Właściciel mieszkania, który wynajmował jemu i jego konkubinie pokój, wyrzucił ich, kiedy dowiedział się o jego chorobie nowotworowej. W szpitalu przygotowano dla niego izolatkę. Codziennie przychodziła do niego konkubina i opiekowała się nim. – To była prawdziwa miłość – wzdycha pani Magdalena. I dodaje: – Proszę sobie wyobrazić, że ci dwoje się pobrali. Urządziliśmy im ślub, był ksiądz. Kilka dni później pan młody zmarł.

Poruszających opowieści jest bardzo wiele. Każdy z podopiecznych ośrodka ma za sobą (lub także aktualnie przeżywa) ciężkie doświadczenia. Z różnorakiej pomocy mokotowskiego hospicjum skorzystało przez 27 lat jego istnienia wiele tysięcy osób. A mogłoby jeszcze więcej, gdyby nie bezduszni urzędnicy. Na przykład Narodowy Fundusz Zdrowia odmawia środków na działanie przychodni dla podopiecznych Hospicjum Świętego Krzyża. Twierdzi, że może podpisać umowę jedynie z zakładem opieki zdrowotnej, który będzie świadczył usługi dla wszystkich pacjentów i przyjmował ich w kolejności zgłoszenia niezależnie od tego, czy są biedni, czy bogaci. – Przecież ci, którzy sobie radzą w życiu, nie znajdują się naprawdę w trudnej sytuacji, oni mają przychodnie. My chcemy pomagać najbardziej potrzebującym – przekonuje Hozer-Chachulska.
Pani prezes nie liczy już na NFZ. Dzięki Bogu dobrych ludzi nie brakuje.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

Dorota Kania UJAWNIA: Pod rządami PO-PSL istniało państwo mafijne?

/ Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

  

„Czy w czasie rządów PO-PSL istniało państwo mafijne? Czy afera podkarpacka jest tego przykładem?” - pyta Dorota Kania. W najnowszym odcinku jej programu ,,Koniec systemu” na antenie Telewizji Republika, o kulisach afery podkarpackiej i oskarżeniu o nadużycie władzy przy obsadzaniu stanowisk w NIK wobec Krzysztofa Kwiatkowskiego i Jana Burego.

Przed Sądem Okręgowym w Warszawie rozpoczął się już proces prezesa Najwyższej Izby Kontroli Krzysztofa Kwiatkowskiego oraz byłego szefa klubu PSL Jana Burego.

Krzysztof Kwiatkowski (rocznik 1971) to prominentny polityk PO, były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. W młodości działał w opozycji – na studiach, w wieku 17 lat, wstąpił do Federacji Młodzieży Walczącej. W czasach rządów AWS-Unia Wolności był osobistym sekretarzem premiera Jerzego Buzka. Po powstaniu PO związał się z tą formacją – został senatorem VII kadencji. Po powołaniu Andrzeja Czumy na urząd ministra sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski 4 lutego 2009 r. objął stanowisko sekretarza stanu w tym resorcie, a osiem miesięcy później zastąpił Andrzeja Czumę. 11 kwietnia 2010 roku został członkiem Międzyresortowego Zespołu ds. koordynacji działań podejmowanych w związku z katastrofą smoleńską, powołanego przez premiera Donalda Tuska po katastrofie polskiego Tu-154. Kwiatkowski, podobnie jak inni członkowie tego zespołu, nie zrobił nic, by umożliwić wyjaśnienie tej tragedii. W czasie gdy Kwiatkowski był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym, były prowadzone polityczne śledztwa, m.in. przeciwko Mariuszowi Kamińskiemu, szefowi CBA.
 
Z kolei Jan Bury od samego początku swojej kariery był związany z ludowcami. Zaczynał w Związku Młodzieży Wiejskiej i doszedł do stanowiska prezesa Zarządu Krajowego ZMW. Oprócz działalności politycznej zajmował się biznesem. Jednym z jego najbliższych współpracowników był Zenon Daniłowski, darczyńca kampanijny PSL-u, który razem z Burym został uwieczniony na zdjęciu, o którym zrobiło się głośno w sierpniu 2011 r. za sprawą Marka Suskiego, posła PiS, ówczesnego członka sejmowej Komisji Skarbu Państwa. „Ja mówię o piciu wódki waszego ministra. Za publiczne pieniądze. 15 tys. 700 zł rachunek za kolacje w ekskluzywnym hotelu. Pan minister Bury po prostu chlał w hotelu za publiczne pieniądze. A pan minister prosił o to, byśmy dali pomysły na konkretne oszczędności. To ja daję – pilnujcie swoich, żeby po prostu nie korzystali w taki sposób z pieniędzy publicznych” – stwierdził wówczas poseł Suski. Jan Bury był posłem PSL w sześciu kadencjach sejmu, zasiadał też w sejmiku podkarpackim. W swojej partii pełnił prominentne funkcje – był m.in. przewodniczącym Klubu Parlamentarnego PSL i szefem PSL na Podkarpaciu. Podczas ostatnich wyborów nie uzyskał wymaganej liczby głosów i nie dostał się do sejmu.

 - Najwyższa Izba Kontroli może działać skutecznie tylko wtedy, kiedy jest wyprana z zależności polityczno-towarzyskich z rządzącymi politykami. W momencie kiedy staje się instytucją obsadzaną na zasadzie klucza politycznego - towarzyskiego… –mówił szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin, który był gościem Doroty Kani w programie „Koniec Systemu”.

Ponadto na antenie Telewizji Republika Sasin zwraca uwagę na powiązania Jana Burego i jego wpływy w tzw. układzie podkarpackim.

- Były prezes, były szef struktur podkarpackich PSL... To ważna postać, to był szef klubu Polskiego Stronnictwa Ludowego w parlamencie, wiceminister skarbu i członek Krajowej Rady Sądownictwa, co dodatkowo pokazuje jak ta instytucja funkcjonowała w poprzednich latach.[...] To człowiek, który patronował układowi podkarpackiemu. To jest cała rozgałęziona ośmiornica podkarpacka… W tej ośmiornicy znalazł się urzędujący prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski – mówił Jacek Sasin.

Z kolei odnosząc się do oskarżeń kierowanych pod adresem Krzysztofa Kwiatkowskiego, minister Sasin zwraca uwagę na skalę nieprawidłowości w NIK, o której mówiło się od pewnego czasu.

- Dla mocodawców podejrzane zachowania Krzysztofa Kwiatkowskiego nie stanowiły przeszkody. Ustawianie konkursów, oszustwa, udostępnianie pytań konkursowych… Mamy do czynienia z fikcją, z oszustwem. Stawiam tezę, że tego typu zachowania nie przeszkadzały politycznemu kierownictwu państwa (PO-PSL). To były standardy, które wtedy obowiązywały. Oni skazili Najwyższą Izbę Kontroli.  [...] Tu nie chodziło tylko o proste załatwienie pracy kolegom. Chodziło o to, żeby obstawić te kluczowe stanowiska zaufanymi osobami, aby mieć pewność, że kontrole NIK-u będą przebiegały zgodnie z oczekiwaniami - powiedział na antenie Telewizji Republika szef Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Więcej na ten temat w artykule Doroty Kani "Koalicjanci przed sądem" w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska":

 

Źródło: niezalezna.pl, Gazeta Polska, Telewizja Republika

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl