Koleje Śląskie tak są niezależne, że na pociągi tej firmy nie można kupić biletu w Warszawie, ale tylko w Katowicach, i to wyłącznie w specjalnym kontenerze, a nie w kasach dworcowych. Nasz pan premier pytany, dlaczego coś nie działa tak, jak powinno, albo nie działa w ogóle, zawsze zwraca uwagę na niezależność instytucji, o którą chodzi. Sam pan premier coraz bardziej wydaje się niezależny od Polaków, od ich opinii i w ogóle od rzeczywistości. Tak dużo jest w Polsce niezależności, że aż dziw bierze, że sama Polska wydaje się coraz bardziej zależna. W śledztwie smoleńskim zależna od Rosji w stopniu, który można by nazwać poddaństwem, w modernizacji zależna od Unii, a gospodarczo od Niemiec.
Cnota III RP
Ale niezależność to nie tylko cecha instytucji III RP. To także szeroko rozpowszechniona cnota jednostek, najważniejsza cnota III RP, ważniejsza niż np. uczciwość czy prawdomówność. A cnotę, jak wiadomo, łatwo jest bezpowrotnie utracić. Tracenie niezależności w III RP to bardzo dziwny i zaskakujący proces, wart zbadania przez niezależnych socjologów.
Ostatnio mamy dwa wypadki dramatycznej utraty niezależności. Jednym jest wypadek dziennikarza, który prowadził dyskusję ekonomistów zorganizowaną przez największą partię opozycyjną. Nie wygłaszał na niej żadnych stronniczych opinii podważających osiągnięcia obecnego rządu, ale sam fakt, że udzielał głosu ekspertom, sprawił, że jego niezależność doznała ogromnego uszczerbku. Drugim jest profesor socjologii, którego partia opozycyjna zaproponowała na stanowisko premiera rządu ponadpartyjnego. Jeden z jego kolegów stwierdził w telewizji, że nawet jeżeli jego kandydatura pozostanie tylko epizodem bez znaczenia, i tak stracił on niezależność tak dokumentnie, że już odtąd nie będzie mógł badać niezależnie rzeczywistości społecznej, tak jak robi to on i inni socjologowie.
Niezależność establishmentowa
Można natomiast być szefem partii politycznej i pozostać tak niezależnym, by objąć zaraz potem stanowisko prezesa Narodowego Banku Polskiego. Można być sekretarzem, i to generalnym, partii politycznej, a potem być niezależnym publicystą niezwykle niezależnej gazety. Można było być premierem, ministrem, wicepremierem w jak najbardziej partyjnych rządach i nie utracić niezależności naukowca. Można było być ministrem w rządzie SLD i aktywistą radykalnych organizacji i nadal jako niezależny wykładowca nauczać etyki. Można było być posłem i pozostać niezależnym dziennikarzem, a nawet zostać naczelnym redaktorem. Można uczestniczyć w naradach rządowych i partyjnych, zajmować stanowiska w fundacjach powołanych przez partie lub środowiska polityczne. Można pracować w instytucjach rządowych, wisieć na łasce pana premiera i jego urzędników. Nie wspomnę już o tym, że dawna przynależność do PZPR lub współpraca z SB nie naruszyła nigdy późniejszej niezależności w III RP.
Albowiem utrata niezależności dokonuje się tylko przez współpracę z jednym ugrupowaniem – z największą partią opozycyjną. Wtedy dopiero pojawiają się wątpliwości, czy taka osoba może uprawiać swój zawód, zakładający ową mityczną niezależność. Nikt przecież się nie zastanawiał, czy prof. Piotr Gliński utracił niezależność wtedy, gdy kandydował do parlamentu z ramienia UW. Profesor Paweł Śpiewak, kiedyś poseł PO, uchodzi wręcz za wzorzec niezależności. Gdyby redaktor Krzysztof Skowroński brał udział w kolacjach z premierem, na których ustalają się medialne strategie, gdyby jego radio należało do „zaprzyjaźnionych” z rządem, też nie byłoby problemu. Ten zaś jest tym większy, że tracąca niezależność osoba może nawet zainfekować całą instytucję. Dziennikarka „Gazety Wyborczej ostrzegała 8 października”: „Debata o ochronie zdrowia wpisuje się w cykl debat jednej partii politycznej. Uczestnictwo w niej grozi poważnym ekspertom zaszufladkowaniem i straceniem opinii niezależnego. Tak jak przyjęcie misji od PiS przez prof. Glińskiego stawia w dziwnej pozycji PAN”. Pozostaje odczekać, co zrobi teraz kierownictwo PAN z prof. Michałem Kleiberem na czele, skądinąd także typowanym przez media jako kandydat na premiera rządu „technicznego”.
Uwolnić się od dyktatu
Wydaje się, że istotę tajemnicy niezależności w III RP uchwyciła pewna pani, pracująca w wydawnictwach IFiS PAN, która stwierdziła: „Jesteśmy środowiskiem, w którym głosowanie na PiS uważane jest za brak obywatelskiej odpowiedzialności”. Zgodnie z tą definicją niezależna osoba to taka, która całkowicie zależy od jednolitej opinii swojego „środowiska”, a to niemal zawsze znaczy środowiska popierającego mniej lub bardziej bezkrytycznie pana premiera, jego rząd, jego działania, wyśmiewającego się z żałoby po tragedii smoleńskiej, „teorii spiskowej” i marszów w obronie wolnych mediów. W tym i jemu podobnych środowiskach można mieć oczywiście poglądy „opozycyjne” – np. wspierać Janusza Palikota, na którego kongres pospieszyli liczni niezależni intelektualiści, zaczytywać się „nowymi komunistami”: Żiżkiem czy Badiou, można współpracować z neoleninistami lub radykalnym feministkami, można także być zwolennikiem czy członkiem SLD, ale nie można mieć poglądów „pisowskich”.
Tylko nieliczni – uczciwi i prawdomówni – odważają się utracić ową „niezależność”, by zyskać trochę wolności, by uwolnić się od dyktatu „środowiska”.
