niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
5 grudnia 2016

Czy zdrada jest słowem tabu?

Dodano: 23.02.2012 [14:52]
Dlaczego zarzucanie komuś zdrady – aluzyjnie albo wprost – ma być złamaniem dobrego obyczaju? Dlaczego ma być, to brzmi jeszcze poważniej, złamaniem „norm demokratycznej debaty”?

W naszej publicystyce istnieje niedobry obyczaj spierania się z wydumanymi przeciwnikami, wciągania inaczej myślących do swojego monologu wewnętrznego zamiast wychodzenia im naprzeciw. Mamy krytykę nie tyle czyichś zapatrywań, ile naszych wyobrażeń o nich. Sposobem na uniknięcie takiego lipnego dyskutowania jest zacytowanie poglądu, który wydaje się nam niewłaściwy. Wtedy jest szansa na rzeczowy spór. Oto cytat, od którego zaczynamy wywód.

„Nazywanie w mediach o. Tadeusza Rydzyka własnego państwa okupantem, insynuowanie przeciwnikom politycznym inspiracji szatana, zdrady narodowej albo ukrytej przynależności do mniejszości etnicznych – jest złamaniem dobrego obyczaju, a nawet podstawowych norm demokratycznej debaty” („Newsweek”, 23–29 stycznia 2012 r.).

Autorem tych słów jest Cezary Michalski, publicysta tyleż utalentowany, co pogubiony. Zostawmy wszakże tę postać na uboczu, chodzi o sposób myślenia. I tu najpierw rzecz drobna, ale ilustrująca ów niedobry obyczaj, o którym wspomnieliśmy. Dziennikarz „Newsweeka” nie przywołuje żadnych przykładów owych, jak pisze, „insynuacji”. Dalej ograniczymy się do problemu zarzucania zdrady narodowej.

Nielegalny zarzut

Dlaczego zarzucanie komuś zdrady – aluzyjnie albo wprost – ma być złamaniem dobrego obyczaju? Dlaczego ma być (i to brzmi jeszcze poważniej) złamaniem „norm demokratycznej debaty”? Jakie jest uzasadnienie takiego poglądu? Cezary Michalski zapewne jakąś odpowiedź wymyśli. Zanim to uczyni, przedstawię powody, dla których posługiwanie się takim zarzutem jest w demokratycznej debacie dopuszczalne.

Ale tu znów komentarz. Zakładam (to elementarne), że zarzuty wszelkie – i małej, i wielkiej rangi – powinny być solidnie podbudowane. W Polsce ze strony wszelkich obozów politycznych i ideologicznych często padają zarzuty gołosłowne.

W ustroju noszącym etykietkę „demokracja” polityk, który wygrał wybory, idzie na utrzymanie obywateli, nas, podatników. Dostaje pensję za pracę na rzecz interesu publicznego. Kłopot w tym, że w świecie tak dynamicznym, ba płynnym jak współczesny, można się spierać, jakie są granice tego interesu. Ale nie można rozsądnie zaprzeczać, że niekiedy elity polityczne działają na szkodę swoich wyborców.

Profesorowie o zdradzie elit

W III RP co najmniej dwóch profesorów socjologii (i nie mam na myśli Zdzisława Krasnodębskiego ani siebie) publicznie mówiło o zdradzie elit.

Socjolog z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk prof. Włodzimierz Pańków pisze: „W 1963 r. zacząłem studiować na UW, więc znam te nasze elity, wywodzące się często z rodzin »nomenklaturowych«, KOR-owskie i inne, od początku. Ci ludzie jeszcze na studiach mieli w sobie dużo fajnych rzeczy, byli nosicielami ważnych wartości i głosili piękne idee. Ale równocześnie mieli w sobie poczucie wyższości. Do dzisiaj pamiętam, jak traktowali takich spoza Warszawy, a już nie daj Boże ze wsi. Ten typ postawy trwa. (...) Część polskich elit, także te wywodzące się z dawnej opozycji KOR-owskiej, solidarnościowej, ma nieczyste sumienie. Oni pobudowali sobie kariery, a robotników zostawiono na ulicy. Jak potem można im spojrzeć w oczy? Lepiej to maskować pogardą lub wrzaskiem” (wypowiedź na blogu z 2006 r.).

Prof. Piotr Gliński z tego samego instytutu tak komentuje obecną sytuację: „To skutek zmęczenia społeczeństwa, wycięcia elit, odcięcia społeczeństwa od standardów moralnych i kulturowych, od tego, co wydaje się niezbędne dla suwerennej i mądrej wspólnoty politycznej. Dlatego jesteśmy tak strasznie zagubionym społeczeństwem. Ale jest to także wina obecnych elit. W jakimś sensie zmarnowaliśmy dwadzieścia lat wolności. Zwłaszcza w sferze budowy demokracji partycypacyjnej i edukacji oraz wychowania młodego pokolenia. Może nie wszyscy chcieli, żebyśmy byli wolni i zdolni do rozwiązywania swoich kwestii społecznych, ale nawet ci, którzy chcieli, zrobili bardzo dużo nierozsądnych rzeczy. Patrząc z tej perspektywy, można powiedzieć, że nasze elity opozycyjne z lat 70. w jakimś sensie zdradziły polskie społeczeństwo” („Nasz Dziennik”, 11–12 lutego 2012 r.).

Zarzut zdrady jako mechanizm obrony wspólnoty

To właśnie te środowiska elit, na których zdradę wskazują dwaj profesorowie, próbują nas przekonać, że na zarzut zdrady nie ma miejsca w demokratycznej debacie. Ale rezygnacja z posługiwania się zarzutem zdrady wobec osób, których postępowanie się do tego kwalifikuje, to niezły sposób na pozbawienie danej zbiorowości zdolności do bycia wspólnotą. To także próba wmówienia nam, że zdrada nie istnieje tak samo, jak – rzekomo – mają nie istnieć spiski i manipulacje tajnych służb. A skoro czegoś nie ma, to rozsądna opinia społeczna nie może na to reagować. A jak wyborcy na coś krytycznie nie reagują, to można ćwiczyć to bezkarnie. Proste.

Równie proste jest jednak i to, że skoro demokracja stanowi pewną formę umowy społecznej, to umowy można nie dotrzymać, zatem czasem zdradza się „kontrahentów”. Zdrada to opuszczenie wspólnie budowanego świata, danie do zrozumienia, że ten świat nie jest tak ważny, jak obie strony deklarowały. W polityce to odejście od przestrzegania wspólnie ustalonych zasad gry, wspólnie deklarowanych planów.

Zdrada – tabu przeciwników wszelkich tabu

Jeśli ktoś nie ma wyraźnej tożsamości wspólnotowej, nie może czuć się zdradzony; podobnie nie będzie się czuł zdradzony obywatel, który nie potrafi określić swoich interesów.

Cezary Michalski występuje (czy w pełni świadomie?) w drużynie policjantów myśli, którzy mówią, jakimi słowami posługiwać się nam nie wolno. Akurat tymi, które są potrzebne do obrony naszych interesów. Jak możemy naszym elitom zarzucać zdradę, skoro w czasach postpolityki, skoro w Tuskokraju one faktycznie nie rządzą Polską, te elity przecież są jedynie grupami celebrytów od pogaduszek przy „Kawie na ławę”.

Wyrzucić z debaty publicznej pojęcie „zdrada” w narodzie, który doświadczył zaborów, okupacji niemieckiej, sowieckiego komunizmu, państwa policyjnego i zdrad setek działaczy "Solidarności", którzy byli tajnymi współpracownikami SB, to odebrać Polakom instrumenty obrony naszej tożsamości. Bo przecież kłamstwo smoleńskie – o rzekomych naciskach i doskonałej współpracy z Rosjanami przy śledztwie – nie ma w sobie ani cienia zdrady. Ani, ani.

Autor jest profesorem socjologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu



Autor: 
Andrzej Zybertowicz
Źródło: 
Gazeta Polska Codziennie
Czy zdrada jest słowem tabu? - niezalezna.pl
foto: wolak (sxc.hu)
Opinie użytkowników
Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Uwagi i reklamacje kierowane do nas należy kierować na adres: straznik(at)niezalezna.pl Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych. Komunikaty ukazujące się na blogu Morusa są rozwinięciem niniejszego regulaminu.
Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl