Cztery lata temu Rosja napadła na Ukrainę. Pani znalazła schronienie, a z czasem nowy dom, w Polsce.
Minęły już cztery lata, choć myślałam, że wyjeżdżam na dwa miesiące. Dziś pracuję i mieszkam w Polsce. Na początku słyszałam, że wystarczy doszlifować angielski i to wystarczy do życia tutaj. Nie zgadzam się z tym. Podjęłam świadomą decyzję, że będę uczyć się języka polskiego, poznawać historię i tradycje. To dla mnie kwestia szacunku wobec kraju, który przyjął mnie w najtrudniejszym momencie. Nauczyłam się języka i nadal się uczę — wiem, że nigdy nie będę native speakerem, ale to droga, którą chcę iść.
Pamiętam pierwsze chwile po przyjeździe. Lublin, ciemno, zimno. Do autobusu weszła kobieta z córką i zaczęły rozdawać gorącą herbatę. Spojrzałyśmy na siebie — bez słów było jasne, że chcą nam w ten sposób pomóc. Wtedy trzęsły mi się ręce. Tak zapamiętałam Polskę: jako wsparcie bez słów.
Wyjechałam z dwójką dzieci, dwoma kotami i dwoma walizkami. Najcenniejsze były dłonie dzieci w moich rękach. Najtrudniejsze do dziś jest to, że życie tutaj toczy się normalnie, podczas gdy mój kraj jest niszczony. I nie można nikogo za to winić. Świat nie zatrzymuje się z powodu naszej tragedii. Przełomowym momentem było dla mnie zrozumienie, że nie jestem w Polsce „na chwilę”, że muszę budować życie od nowa — nie tymczasowo, lecz realnie.
Kto z Pani bliskich pozostał w Ukrainie i jak sobie radzą? Myśli Pani, że łatwiej było znaleźć schronienie zagranicą, czy może zostać w ojczyźnie?
W Ukrainie został mój 64-letni ojciec, 85-letnia babcia oraz ciężarna przyrodnia siostra z dwójką małych dzieci. Mieszkają w obwodzie dniepropietrowskim, niedaleko wsi Pokrowśke. Front jest bardzo blisko.
Babcia mówi: „Urodziłam się w czasie wojny, to i w czasie wojny umrę”. Decyzję o wyjeździe odkładają do ostatniej chwili. Jak powtarza babcia: „Ludzie przecież jakoś tu żyją”. Choć z ich wsi wyjechały już wszystkie rodziny z małymi dziećmi. Babcia mówi też, że chodzi i nasłuchuje – „bo u nas w niebie jest ruch”. To zdanie oddaje codzienność — życie pod stałym zagrożeniem.
Gdybym była sama, prawdopodobnie zostałabym w Ukrainie. Tam było moje życie - dom, praca, bliscy. Wszystko znajome i swojskie. Teraz czuję się jak drzewo wyrwane z korzeniami i przesadzone do innej ziemi — pytanie, czy się przyjmie. Ale kiedy patrzy się w oczy własnym dzieciom, uruchamia się inny instynkt — najpierw bezpieczeństwo. Ich przestraszone oczy przesądziły o mojej decyzji o wyjeździe.
Wiemy, że straciła Pani swojego bohaterskiego brata. Może nam Pani o nim opowiedzieć?
Mój brat miał na imię Witalij. Przez pewien czas nie przyjmowano go do wojska z powodu przeciwwskazań zdrowotnych — jako dziecko przeżył poważny wypadek samochodowy. Lekarze wtedy nie dawali mu wielkich szans. Przeżył. Pamiętam go małego, jasnowłosego, całego w bandażach. Spędziłam przy jego szpitalnym łóżku wiele dni.
Kiedy wybuchła wojna, długo próbował dostać się do wojska. Miał w sobie ogromną determinację. Uważał, że nie może stać z boku. W końcu został dopuszczony do służby.
Gdy powiedziałam mu, że może nie musi iść na front, odpowiedział: "„Wyzwoliciele” — tak sarkastycznie nazywał rosyjskich żołnierzy — są już u progu naszego domu". To zamykało wszelką dyskusję. Powtarzał: „Jeśli nie ja, to kto?”. Nie chciał słyszeć o urlopach od służby. Mówił, że ludzi na froncie dramatycznie brakuje. Dużo się uczył. W obsłudze dronów był jednym z najlepszych. Jego koledzy żołnierze mówili na pogrzebie, że uratował wiele istnień i wiele ich nauczył.
Zginął w wyniku obrażeń odniesionych w eksplozji pod koniec czerwca 2025 r. Nie odszedł od razu. Jego towarzysz próbował go ratować, ale się nie udało. Miał 38 lat. Nie założył rodziny, ale miał wiele planów — chciał podróżować, zobaczyć Odessę, Morze Czarne i Karpaty. Zaczął budować własny dom — nie zdążył. Był jedynym synem mojego ojca.
Czy wierzy Pani w szybkie zakończenie wojny, za którą Pani rodzina już zapłaciła ogromną cenę? I gdyby miała Pani wybierać - szybki pokój, za cenę utraty Donbasu (i ewentualnie innych terytoriów), czy trwającą dalej wojna o niewiadomym zakończeniu, jaka byłaby Pani odpowiedź?
To trudne pytanie. Każdego dnia do kogoś nie wraca ojciec, syn, mąż czy matka. Giną młodzi ludzie i ludzie z doświadczeniem — pokolenie, które miało budować przyszłość kraju. Chciałabym, aby wojna się skończyła. Żadna decyzja nie cofnie strat, które już ponieśliśmy. Patrząc na zdjęcia poległych, serce pęka.
Nie czuję się uprawniona do formułowania politycznych rozwiązań — żyję za granicą i noszę w sercu własną utratę. Wiem jednak, że mój brat nie chciał słyszeć o pokoju kosztem oddania ziemi. Mówił wprost: „O co wtedy walczyliśmy?”. Uważał, że pokój bez sprawiedliwości nie rozwiąże problemu, zaś agresję trzeba powstrzymać.
Czy myśli Pani czasami o tym, że wojna może rozlać się dalej – tym razem na państwa NATO? I czy ma Pani jakiś plan B na ten przypadek? Czy pojawia się ten temat w rozmowach diaspory ukraińskiej?
Nie mam gotowej odpowiedzi. Dla mnie — i na pewno dla całego cywilizowanego świata — życie ludzkie jest najwyższą wartością. A dziś na oczach świata niszczony jest cały naród.
Czy wojna może się rozszerzyć? Tego nie wiem. W diasporze te rozmowy się pojawiają, ale częściej mówimy o tym, jak pomagać, niż o scenariuszach geopolitycznych.
Nie mam planu B. Od pewnego czasu żyję dniem dzisiejszym. Cieszę się, że mogę przeżyć kolejny dzień. Wojna całkowicie przewartościowała moje życie.