Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Porażka brytyjskiej walki z mową nienawiści. Policji nie stać na ściganie za używanie błędnych zaimków

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Wielkiej Brytanii ogłosiło, że "nie będzie już marnować czasu na badanie legalnych wpisów w social mediach". Dr Przemysław Biskup, ekspert ds. Wielkiej Brytanii i analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w rozmowie z portalem niezalezna.pl wyjaśnił, dlaczego policja brytyjska poświęcała mnóstwo sił i środków na kontrolę wpisów w mediach społecznościowych, jakie przyniosło to efekty i dlaczego obecnie wycofuje się z tych działań. - [Decydenci polityczni] mają problemy oderwane od rzeczywistości przeciętnych mieszkańców Wielkiej Brytanii, dla których kłopotem jest to, że zostali, mówiąc kolokwialnie, "skrojeni" na ulicy, a nie to, że ktoś wobec nich użył niewłaściwego zaimka - zauważył dr Biskup.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Wielkiej Brytanii ogłosiło z końcem marca, że "nie będzie już marnować czasu na badanie legalnych wpisów w mediach społecznościowych".

Brzmi to dość enigmatycznie. Dlaczego brytyjska policja badała legalne wpisy w mediach społecznościowych?

Policja badała te treści, ponieważ teoretycznie mogły one być wykroczeniem, co kwalifikowałoby do ukarania mandatem ich autora. Po drugie, takie kontrole miały wywołać efekt prewencyjny, by np. nie doszło do zamieszek. Rzeczywiście, w stosunku do przeciętnych obywateli działał pewien efekt mrożący, jednak wobec osób wykazujących postawę lekceważącą wobec przepisów było to praktycznie bez znaczenia.

Paradoks polegał w ogóle na tym, że samo prawo definiowało takie wpisy w mediach społecznościowych jako "non-crime hate speech", czyli incydenty, które mogły przekraczać normy współżycia społecznego np. na tle rasowym czy etnicznym, jednak z definicji były one "non-crime", czyli znajdowały się poniżej progu przestępstwa.

Kto ostatecznie decydował o tym, gdzie leży granica legalności takich wpisów w mediach społecznościowych i czy mamy do czynienia już z mową nienawiści czy jeszcze z czymś, co nie jest przestępstwem?

Ostateczna interpretacja zależała od konkretnej siły policyjnej - począwszy od od policjantów, którzy wychodzili na patrol. Trzeba bowiem pamiętać, że w Wielkiej Brytanii zarządzanie policją jest zdecentralizowane. W tamtejszym systemie funkcjonuje kilkanaście różnych, zrejonizowanych sił policyjnych. Pomimo wytycznych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych stwarzało to potencjał do zaistnienia istotnych różnic interpretacyjnych, co przyznał sam resort.

Dawało to taki efekt, że Brytyjczycy mieli poczucie, że w takim układzie w jednym miejscu coś jest legalne, a w drugim jest nielegalne. Już to samo z siebie było źródłem poważnego zamieszania i kontrowersji.

Co można powiedzieć o efektach polityki monitoringu również legalnych wpisów w social mediach?

Jak już wspominałem, kontrole wywołały u niektórych efekt mrożący. Ponadto wytworzyła się atmosfera, w której wszelkiego rodzaju ograniczenia wolności wypowiedzi były łatwiej akceptowane. Ostatnim, namacalnym efektem było zaś to, że policji nie wystarczało już sił i środków na ściganie poważniejszych przestępstw.

Od dłuższego czasu jest to przedmiot bardzo dużej kontrowersji w Wielkiej Brytanii. Nie tylko na tle wolności słowa, co jest dosyć oczywiste, ale również przez coś takiego, co po angielsku określa się jako "wasting police time", czyli marnowanie wysiłków policji. W ostatnich latach miało to wpływ na wzrost przede wszystkim drobnej, ale także i poważniejszej przestępczości. Dam przykład: w dużych miastach plagą było wyrywanie telefonów czy torebek przez zamaskowanych ludzi poruszających się rowerami elektrycznymi. Ponieważ na ulicach zmniejszyła się liczba patroli, nie było komu podjąć natychmiastowego ścigania.

Zaczynam podejrzewać, że za całością tego odwrotu stało po prostu bankructwo: i finansowe, i idei. Chyba nikogo nie stać na ściganie słownych scysji pomiędzy obywatelami - szczególnie w Internecie.

Moim zdaniem tych pieniędzy nigdy nie było na ściganie mowy nienawiści czy rzekomej mowy nienawiści - po prostu w każdej instytucji działa to na zasadzie "coś za coś". Jeśli priorytetem jest karanie takich incydentów, to siłą rzeczy nie można skupić się na innych sprawach.

Cała koncepcja "non-crime hate speech" bardzo mocno wiąże się z tym, co Matthew Goodwin - do niedawna naukowiec, a dzisiaj już czynny polityk prawicowej PartiiReformy - nazywał "luxury beliefs". Zdaniem Goodwina decydenci polityczni, którzy ze swoim interpretacyjnym podejściem wskazują policji cele, należą do 15 - 20 proc. najbogatszych, najbezpieczniejszych i najlepiej ustabilizowanych życiowo Brytyjczyków. To oni mają problemy tego typu, oderwane od rzeczywistości przeciętnych mieszkańców Wielkiej Brytanii, dla których kłopotem jest to, że zostali, mówiąc kolokwialnie, "skrojeni" na ulicy, a nie to, że ktoś wobec nich użył niewłaściwego zaimka.

Zastanawiam się, czy słynna gra ucząca poprawności politycznej, z której na przełomie roku wyrosła Amelia - symbol ruchu oporu wobec woke pomysłów rządu - miała na tę decyzję jakiś wpływ?

Amelia funkcjonuje dziś jako postać z memów i symbol ośmieszający politykę woke. Amelia, jako reakcja, pokazała, że to wszystko zaszło już zbyt daleko. Wychodzę z założenia, że pewien odwrót od woke to była kwestia procesu, a nie jednego wydarzenia. Z pewnością jednak powstanie Amelii jest pewnym przełomem psychologicznym, kiedy można powiedzieć, że coś się zmieniło, że został przekroczony pewien punkt krytyczny. Debata na temat rosła jednak już od pewnego czasu.

Głośnym przypadkiem była sprawa Lucy Conolly. Ta młoda kobieta, matka małoletnich dzieci i żona radnego z ramienia Partii Konserwatywnej, w chwili wzburzenia wywołanej atakiem nożownika na dzieci podczas lekcji tańca [chodzi o masakrę z lipca 2024 - red.], zamieściła w Internecie kilka wpisów, nawołujących do przemocy na tle rasowym. Tłumaczyła, że zdarzenia poruszyło ją do głębi, bo wyobraziła sobie, że ofiarą tak brutalnego ataku mogłaby paść jej córka, będąca w wieku napadniętych i zasztyletowanych dzieci. Kobieta napisała coś w stylu, że należy zabrać się za osoby pochodzenia imigranckiego, które najwyraźniej nie rozumieją stylu życia i zwyczajów Wielkiej Brytanii. Conolly po paru godzinach sama z siebie skasowała te treści. Ktoś jednak zachował screeny, a te stały się podstawą do postawienia jej zarzutów.

Sprawczyni miała małe dzieci, uczęszczające do przedszkola. Nigdy nie była karana. Prowadziła ustabilizowane życia, zatem nie zachodziło ryzyko, że ucieknie za granicę. Od razu też przyznała się do zamieszczenia takich wpisów. Był to wręcz modelowy przypadek, kiedy można było wymierzyć karę w zawieszeniu. Tak się jednak nie stało. Za tych kilka tweetów Conolly została skazana na bezwzględną karę pozbawienia wolności i spędziła w więzieniu kilka miesięcy.

Rzecz jednak w tym, że imigranci czy osoby pochodzenia imigranckiego, które dopuszczają się podobnych przestępstw, nie są karane z równą surowością. Nie został tak ukarany choćby jeden z londyńskich radnych Partii Pracy, czarnoskóry Ricky Jones, który nawoływał do podrzynania gardeł przeciwnikom politycznym.

Pod wpływem pewnej liczby tego rodzaju incydentów podczas zamieszek latem 2023 bardzo spopularyzował się hashtag Two-Tier-Keir, nawiązujący oczywiście do imienia premiera UK, Keira Starmera. Oznaczał on właśnie dwa standardy. Choć w statystykach przestępstw są wyraźnie nadreprezentowane osoby pochodzenia imigranckiego, w logice ruchu woke było to jednak prezentowane jako przejaw strukturalnego rasizmu.

Skoro jednak - jak wyjaśnił Pan na początku naszej rozmowy - o tym, co będzie ścigane jako mowa nienawiści ostatecznie decydowali policjanci, nie sposób nie zapytać zatem o strukturę etniczną w brytyjskiej policji?

Każda z kilkunastu sił policyjnych, o których wspominałem, ma odrębne zasady rekrutacyjne. Każda z tych sił inaczej określa również swoje standardy. One różnią się między sobą. Na podstawie obserwacji z ostatnich 20 lat mogę powiedzieć jednak tyle, że położono bardzo duży nacisk na to, by zdywersyfikować te formacje.

O ile jestem w stanie zrozumieć jeszcze ściganie za mowę nienawiści, to trudno mi uwierzyć w to, że wywieszanie flag brytyjskich zaczyna być źle widziane w Wielkiej Brytanii. Kiedy Union Jack w przestrzeni publicznej zaczął być postrzegany jako przejaw nacjonalizmu?

Wszystko zaczęło się od ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023. Osoby wyznania muzułmańskiego czy też sympatyzujące z muzułmanami (gdyż w tym przypadku to wyznanie odgrywa rolę jednoczącą, bo np. ludzie pochodzenia pakistańskiego przyłączyli się do wspierania Palestyny) zaczęły okazywać swoją sympatię poprzez wywieszanie palestyńskich flag.

W tym momencie biała ludność Wysp Brytyjskich, głównie niższa klasa średnia i robotnicy, niezwykle przywiązanie do tradycyjnych form manifestowania patriotyzmu, w odpowiedzi zaczęła wywieszać flagi Wielkiej Brytanii. Nie ma co ukrywać, że stało za tym również zaniepokojenie erozją tego, co jeszcze do niedawna uznawane było za twarde jądro brytyjskiego modelu życia. Chodzi o to, że to sposób na oznaczenie swojego terytorium.

Potem sytuacja zaczęła się rozkręcać. A to policja uznaniowo zdjęła jakiegoś Union Jacka, a to strony wzajemnie zaczęły usuwać sobie flagi z przestrzeni publicznej. Incydentów "flagowych" jest już na tyle dużo, że nie sposób ich nie zauważyć.

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej