Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Grochmalski w „Gazecie Polskiej”: Antyeuropejskie imperium niemieckie Merza

Nigdy dotąd od zakończenia II wojny światowej Niemcy tak otwarcie nie ujawniły swoich imperialnych celów, jak zrobił to kanclerz Friedrich Merz na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa 14 lutego 2026 roku, miejscu mocno historycznie osadzonym w hitlerowskich planach panowania nad Europą. W momencie gdy Berlin realizuje strategię pozbawienia Polski fundamentów jej suwerenności, Merz ogłosił plan niemieckiej Europy - pisze Piotr Grochmalski w "Gazecie Polskiej".

Zdaniem Merza Europa potrzebuje silnego przywództwa, które może zapewnić jej jedynie RFN. To oczywista nieprawda. Seria katastrof, która potężnie osłabiła UE, była dziełem wariackich i kuriozalnych pomysłów, siłą forsowanych przez Berlin. Żeby wymienić tylko: idiotyzm likwidacji elektrowni atomowych w RFN, zabójcza polityka migracyjna, śmiertelnie niebezpieczne zagrożenie podstaw energetycznych gospodarki Starego Kontynentu jako konsekwencja gazowej osi Berlin–Moskwa, zduszenie ekonomiki europejskiej w wyniku szaleństwa handlu emisjami (ETS) czy pakietu „Fit for 55”, a także finansowanie przez Niemcy zbrojeń Rosji, co w istocie było zachęcaniem Putina do militarnej agresji.

Niemieckie widzenie świata

Ani Schroeder, ani Merkel nie ponieśli żadnej odpowiedzialności za niszczenie i degradację UE. Żadne też państwo europejskie nie prowadziło tak radykalnie antyamerykańskiej i prochińskiej polityki gospodarczej. To Merkel, wbrew innym politykom UE, na koniec swego władztwa próbowała narzucić silny układ gospodarczy między Unią Europejską a ChRL. Ale w Monachium Merz z tupetem stwierdził: „Chiny zgłaszają globalne ambicje kształtowania porządku świata. Fundamenty pod to Chiny kładły przez wiele lat ze strategiczną cierpliwością. W dającej się przewidzieć przyszłości Pekin może osiągnąć militarną równorzędność ze Stanami Zjednoczonymi. Chiny systematycznie wykorzystują zależności innych. Porządek międzynarodowy interpretują na nowo, zgodnie ze swoim interesem. Jeśli po upadku muru berlińskiego istniał w historii moment jednobiegunowy, to dawno już on minął. Roszczenie Stanów Zjednoczonych do przywództwa jest co najmniej kwestionowane, być może już utracone”. Merz nie tylko kwestionuje to, że zimna wojna zakończyła się globalną dominacją USA, lecz także otwarcie przekonuje do podważenia szczególnej pozycji Stanów Zjednoczonych.

Zdumiewająca jest skala apetytu Berlina, by trzeci raz powtórzyć to, co dwukrotnie zakończyło się morzem krwi i próbą podboju Europy. To była prawdziwa kanonada – Merz nie tylko ogłosił 14 lutego w Monachium plan zawłaszczenia i germanizacji UE oraz przekształcenia jej w niemieckie imperium, lecz uczynił to także dzień wcześniej, 13 lutego 2026 roku, na łamach amerykańskiego „Foreign Affairs”. Już sam tytuł artykułu jest prowokacyjny: „Jak zapobiec tragedii polityki wielkich mocarstw”. Niemcy, które finansowały przygotowania Putina do wojny, chcą być dzisiaj tymi, którzy mają zbawić świat przed polityką „wielkich mocarstw”. Jak głosi podtytuł owego artykułu – czynią tak, bo „Niemcy znają koszty świata rządzonego wyłącznie siłą”. To jest oczywista nieprawda. To ofiary i narody mordowane w „fabrykach śmierci” przez Niemcy znają koszty owego ludobójstwa.

Niemcy są pomysłodawcami i sprawcami nowoczesnego ludobójstwa. I do dziś nie dokonali zadośćuczynienia za polski Holokaust. Europoseł PiS Arkadiusz Mularczyk odniósł się zdecydowanie do owych żądań Niemiec do europejskiego przywództwa. Stwierdził:

„Dla wielu Polaków brzmi to przecież jak oczywista prowokacja. Do dziś bowiem Niemcy nie rozliczyły się ze zbrodni II wojny światowej i nie chcą w tej sprawie podjąć dialogu”.

Imperialne szaleństwo Merza

Szokuje skala kłamstwa, jakim posługuje się Merz. Trudno zapomnieć brutalność i bezczelność wojny politycznej, jaką prowadził Berlin przeciwko Polsce, której celem było obalenie rządu Zjednoczonej Prawicy. Dziś Berlin ocenia, że jest historyczna chwila, by doprowadzić do wypchnięcia USA z Europy i wrócić do idei niemieckiej dominacji. Jest jednak zbyt ostrożny, aby otwarcie stanąć na czele takiej antyamerykańskiej akcji. Chce posłużyć się Polską, która dotąd uznawana była za najsilniejszego sojusznika USA w Europie. Ekipa 13 grudnia ma stać się liderem coraz bardziej agresywnej antyamerykańskiej histerii. To sami Polacy mają sobie założyć pętlę na szyję, bo to Stany Zjednoczone są jedynym dla nas gwarantem, że nie dojdzie do kolejnej próby rozwiązania kwestii polskiej przez Berlin i Moskwę. Merz przekonuje, że „to, co obserwujemy dzisiaj, to walka o strefy wpływów, zależności i lojalności. Zdając sobie sprawę z nadrabiania zaległości wobec Chin, Stany Zjednoczone szybko adaptują się do tej nowej dynamiki. W swojej polityce, a zwłaszcza w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, Waszyngton wyciąga radykalne wnioski, i robi to w sposób, który przyspiesza, a nie spowalnia tę niebezpieczną grę”. To jest nieprawdziwa i infantylna analiza amerykańskiej strategii, w której USA alarmują, że UE dramatycznie gospodarczo się kurczy. Niemcy nie chcą widzieć, że to konsekwencja ideologizacji i centralizacji Unii forsowanej przez Berlin. Merz twierdzi w artykule w „Foreign Affiairs”, że „Niemiecka polityka zagraniczna i bezpieczeństwa ma trzy cele: wolność, bezpieczeństwo i siłę. Ponad wszystkim stoi nasza wolność. Nasze bezpieczeństwo służy jej ochronie, a nasza siła gospodarcza pomaga jej rozkwitać. Konstytucja Niemiec, ich historia i geografia również wymagają, aby polityka Niemiec była mocno zakorzeniona w zjednoczonej Europie. Jest to dla nas dziś cenniejsze niż kiedykolwiek wcześniej”.

Przełóżmy ten bełkot na polityczny plan wyrażony w tych słowach. Niemcy chcą wolności i bezpieczeństwa dla siebie dzięki siłowemu podporządkowaniu Europy ich interesom. Wolne i suwerenne mogą być bowiem tylko Niemcy, a inne narody mają być podporządkowane realizacji tych interesów Berlina.

Proberlińskie narracje Sikorskiego

Merz, odwołując się do siły jako narzędzia ich dominacji w Europie, z charakterystycznym dla Niemców cynizmem sięga po wypowiedź człowieka, który dziś jest jedną ze sztandarowych postaci antyamerykanizmu – Radosława Sikorskiego. Jak przypomina Merz w swoim artykule: „Ze względów historycznych Niemcy nie lekceważą sprawowania władzy państwowej. Od 1945 roku nasze myślenie było mocno zakorzenione w ograniczaniu władzy, a nie jej gromadzeniu. Dziś jednak musimy zrewidować tę perspektywę. Uznając, że zbyt duża władza państwowa może zniszczyć fundamenty naszej wolności, musimy również uznać, że zbyt mała przynosi ten sam skutek, choć w inny sposób. Jak powiedział 15 lat temu Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych Polski: »Bardziej obawiam się niemieckiej bezczynności niż niemieckiej potęgi«. Usłuchanie tego wezwania do działania jest częścią odpowiedzialności Niemiec – i taką odpowiedzialność Niemcy przyjmują”. Merz w ten sposób, wykorzystując do tego Sikorskiego, ustawia Polskę w kontrze do USA, jedynego globalnego mocarstwa, które jest w stanie szybko i skutecznie wesprzeć nas w sytuacji rosyjskiej agresji.

Teraz widać, jaką Niemcy przypisały rolę Sikorskiemu. Zdumiewa bowiem, jak często ten największy narcyz w Europie powtarzał ową frazę. Merz to doskonale wie, że Sikorski nie użył jej jedynie w 2011 roku, gdy był szefem resortu spraw zagranicznych RP, lecz także w 2022 roku i gdy znów wrócił na ten sam stołek – w styczniu 2024 roku, a więc w pierwszych tygodniach władzy ekipy 13 grudnia, a potem 27 czerwca 2025 roku, gdy stwierdził, że „bardziej niż niemieckiej armii obawia się niemieckiego wahania w sprawie zbrojeń”. Za każdym razem te jego wypowiedzi były wykorzystywane przez Berlin do osłabiania naszych relacji z USA. Redukowały nas do roli wytresowanego, przygłupiego pieska, warującego u boku niemieckiego pana. Ten sam polityk jeszcze w 2006 roku, podczas konferencji w Brukseli, celnie przyrównał gazociąg Nord Stream do współczesnego projektu niemiecko-sowieckiego paktu wymierzonego w Polskę. Stwierdził wówczas, że „Polska jest szczególnie wrażliwa na punkcie korytarzy i porozumień zawieranych ponad naszymi głowami. To była tradycja Locarno, to jest tradycja paktu Ribbentrop–Mołotow. To był XX wiek. Nie chcemy powtórki”. Wówczas niemieccy politycy rzucili się na niego. Oburzony i wściekły był Ruprecht Polenz, ówczesny przewodniczący komisji spraw zagranicznych Bundestagu, dziś wpływowy prezes Niemieckiego Towarzystwa Studiów Wschodnioeuropejskich. Nawet rzecznik Komisji Europejskiej, Niemiec Johannes Laitenberger, zbeształ go publicznie. Sikorski niemiecką lekcję odrobił i stał się potem jednym z najbardziej radykalnie proniemieckich i antyamerykańskich polityków w Europie, ustępując w tym jedynie Tuskowi.

Siła niemieckiej armii jako fundament germańskiej Europy 

Merz podkreślił w Monachium, a także w artykule w „Foreign Affairs”, że Berlin uczyni z „Bundeswehry najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie” i wzmocni wschodnią flankę NATO. Planuje też „zabezpieczyć Arktykę i Daleką Północ”. Twierdzi również, w stylu Sikorskiego, że najważniejszym obowiązkiem Niemiec jest wzmocnienie europejskiej suwerenności. Podkreśla, że – pod światłym kierownictwem Berlina – „Europa musi również stać się globalnym graczem politycznym z własną polityką bezpieczeństwa. W artykule 42.7 Traktatu o Unii Europejskiej państwa członkowskie zobowiązują się do udzielania sobie wzajemnej pomocy w przypadku ataku zbrojnego. Musimy teraz określić, jak możemy zorganizować to na poziomie UE, nie jako substytut NATO, ale jako samowystarczalny, silny filar sojuszu”. To nic innego jak plan powołania nowego traktatu, który ma doprowadzić Sojusz do naturalnej śmierci.

Od dłuższego czasu Berlin pobudza swoimi kanałami dyskusję w mediach na temat ewentualnej budowy arsenału nuklearnego przez Niemcy. Merz sygnalizuje, że jego ekipa podjęła „poufne rozmowy z Francją na temat odstraszania nuklearnego w Europie. Nasz kompas jest tu jasny: przedsięwzięcie to jest ściśle osadzone w ramach NATO w zakresie współdzielenia potencjału nuklearnego”. Jest to klasyczny bełkot Merza, bowiem francuski arsenał nuklearny jest całkowicie niezależny od struktur NATO i leży w wyłącznej gestii prezydenta Francji. Owa atomowa prowokacja jest ewidentnie skierowana do USA. Przy czym Merz ogłasza, iż Niemcy nie pozwolą „na powstanie w Europie stref o różnym poziomie bezpieczeństwa”. To jawna deklaracja militarnych ambicji dominacji nad Starym Kontynentem jako nowy hegemon.

Berlin ma też przekształcić europejski przemysł obronny jako podporządkowany niemieckim interesom w ramach programu SAFE, „aby pobudzić współpracę przemysłów obronnych w całej Europie. Będzie to również motorem postępującej integracji wojskowej w Europie. Zjednoczenie w ten sposób otworzy Europę na nowych partnerów strategicznych, również w handlu. Pierwszym krokiem było podpisanie umowy UE–Mercosur i będziemy ją tymczasowo stosować tak szybko, jak to możliwe. Wynegocjowaliśmy również umowę o wolnym handlu z Indiami i obecnie pracujemy nad jej sfinalizowaniem. Wkrótce pojawią się kolejne tego typu umowy. Dyplomatycznie w Europie dokonujemy kwadratury koła – co widać w naszej pracy na rzecz pokoju na Ukrainie. Tam, gdzie potrzebujemy elastyczności, posuwamy się naprzód w małych grupach – takich jak E3, w skład której wchodzą Niemcy, Francja i Wielka Brytania – ale także z Włochami i Polską, które odgrywają coraz ważniejszą rolę jako europejscy rozgrywający. Wiemy, że nasz długoterminowy sukces zależy od zaangażowania innych Europejczyków. Dla Niemców nie ma innego wyjścia. Niemcy są w centrum Europy. Jeśli Europa jest rozdarta, my też jesteśmy rozdarci”. 

Niemcy a USA

Merz, który pcha Tuska do rozpętania w Polsce szaleństwa antyamerykanizmu, równocześnie – w stylu owej niemieckiej pseudoprzebiegłości – przekonuje, że co prawda rozumie frustrację Europejczyków wobec USA, to jednak zimny realizm zmusza do uznania, że nadal trzeba utrzymywać relacje z Waszyngtonem, bo zmiany w świecie postępują za szybko i musimy zyskać na czasie, aby się do nich przygotować. Berlin proponuje więc nową formułę transatlantyckiego partnerstwa, w którym to Niemcy będą praktycznie wyłącznie odpowiadać za relacje z USA. Trzeba przyznać, że im naprawdę solidnie odbiło. Merz otwarcie bowiem stwierdza, iż „Niemcy pragną zatem ustanowić nowe partnerstwo transatlantyckie”. Irytujące poczucie rzekomej ich wyższości powoduje, że uważają za oczywiste swoje przywództwo. Ten chadecki lider z rodzajem tej męczącej maniery, w której ukrywa się poczucie moralnej wyższości, stwierdza z butą, że trzeba przeboleć owe amerykańskie szaleństwa obrony fundamentów zachodniej cywilizacji, bo „wojna kulturowa toczona przez ruch MAGA nie jest naszą sprawą”.

Problem w tym, iż Niemcy prowadzą równocześnie bardzo brutalną ideologiczną inkwizycję wobec Polski i tych wszystkich państw, które opowiadają się w UE za prawicowymi wartościami, a nie za neobolszewizmem. To Niemcy też rozkładają parasol ochronny nad procesem przekształcania przez Tuska Polski w autorytarny reżim, a UE w instrument imperialnej polityki Berlina. Merz nie przekonuje, on już czuje się władcą Europy, który narzuci USA nowy, niemiecki charakter wzajemnych relacji. Jak podkreśla, „jeśli zrobimy to z siłą, wzajemnym szacunkiem i nowo odnalezionym poczuciem własnej wartości, obie strony odniosą korzyści”. To jest już niemal otwarta droga do trzeciej gigantycznej katastrofy, do jakiej doprowadzili Niemcy Europę. Dwie wojny światowe były efektem takich imperialnych ambicji Berlina. Merz ogłasza też, że pod przywództwem Niemiec Stary Kontynent będzie tworzył „silną sieć globalnych partnerstw”. 

Kanclerz zaznacza, że „Niemcy odświeżą swoje relacje z Chinami”. W sytuacji gdy gen. Grynkewich alarmował, że możliwe jest równoczesne uderzenie Pekinu na Tajwan, a Moskwy na państwo NATO, jest to jednoznacznie antyamerykańska deklaracja. Tym bardziej że nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa, opublikowana w grudniu 2025 roku, otwarcie wskazuje na ogromne zagrożenie dla USA ze strony Chin. Co więcej, także najważniejszy dokument NATO, aktualna koncepcja strategiczna przyjęta po agresji Rosji na Ukrainę w 2022 roku, także traktuje ChRL za główne zagrożenie dla Sojuszu. W tworzącym się dwubiegunowym świecie, przypominającym czasy zimnej wojny między USA a ZSRS, coraz bardziej prowokacyjna prochińskość i antyamerykanizm Berlina, który Niemcy chcą narzucić Polsce i Europie, to prosta droga do gigantycznej katastrofy Starego Kontynentu.

Jedną z ofiar znów będzie Polska

Liana Fix, analityk w amerykańskiej Radzie Stosunków Zagranicznych, w artykule opublikowanym w „Foreign Affairs” pod jednoznacznym tytułem „Następny hegemon Europy”, ostrzega przed niebezpieczeństwem niemieckiej potęgi. Tekst ukazał się zaledwie tydzień przed owym szokującym manifestem imperialnej buty Merza. Autorka przypomniała obawy brytyjskiej premier Margaret Thatcher, która sprzeciwiała się zjednoczeniu Niemiec, które jej zdaniem doprowadzić miały do powstania niebezpiecznie potężnego państwa. Większe Niemcy, ostrzegała w 1989 roku, „podważyłyby stabilność całej sytuacji międzynarodowej i mogłyby zagrozić naszemu bezpieczeństwu”.

Z dzisiejszej perspektywy widać, jak Berlin kruszy i niszczy wszelkie stabilizatory UE, by zdominować Unię i uczynić ją instrumentem swej wizji niemieckiej Europy. Jak zauważa: „W 2025 roku Niemcy wydały na obronność więcej niż jakikolwiek inny kraj europejski w ujęciu bezwzględnym. Ich budżet wojskowy zajmuje obecnie czwarte miejsce na świecie, zaraz za Rosją. Roczne wydatki wojskowe mają osiągnąć 189 mld dolarów w 2029 roku, ponadtrzykrotnie więcej niż w 2022 roku. Niemcy rozważają nawet powrót do obowiązkowego poboru, jeśli ich armia, Bundeswehra, nie będzie w stanie przyciągnąć wystarczającej liczby ochotników. Jeśli kraj utrzyma kurs, ponownie stanie się potęgą militarną przed 2030 rokiem”. Łącząc potencjał gospodarczy, polityczny i militarny, stanie się niebezpiecznym hegemonem. Historia powtórzy się równie krwawo. Jedną z głównych ofiar Niemców znów będzie Polska. Bo wizja Merza jest jednoznaczna – imperialny Berlin ma być gwarantem bezpieczeństwa Europy. 

Zapomina się, że NATO miało spełniać dwie role – bronić Europy przed Rosją, a równocześnie przed niemiecką recydywą. Polska doświadczyła na własnej skórze brutalności polityki Berlina. Spektakularnym dowodem, że Niemcy są nadal niebezpieczni i nie mają żadnych hamulców przed wykorzystywaniem machiny UE do niszczenia rządów, które nie chcą się im podporządkować, jest historia walki Berlina z prawicowym rządem Polski, aż do momentu zainstalowania w Warszawie skrajnie proniemieckiej ekipy.

Niemcy podkręcają nieuczciwe reguły gry

Liana Fix zauważa, że realistyczni badacze argumentują, iż „rywalizacja między krajami Europy nigdy tak naprawdę nie zniknęła, a już na pewno nie za sprawą samej UE. Została jedynie stłumiona, głównie dzięki NATO i hegemonii amerykańskiej. UE była i jest przede wszystkim organizacją gospodarczą. Bezpieczeństwo i obronność w Europie znajdowały się głównie w rękach NATO i armii USA. Innymi słowy, to właśnie dominująca obecność USA złagodziła dylemat bezpieczeństwa Europy, który tradycyjnie wynikał z wielkości i pozycji Niemiec – nie tylko z integracji politycznej i gospodarczej wspieranej przez UE”. Innymi słowy: Niemcy spuszczone z łańcucha staną się niebezpieczne. Fix stwierdza, iż „pozostawiona bez kontroli niemiecka dominacja militarna może ostatecznie sprzyjać podziałom na kontynencie. Francja nadal jest zaniepokojona faktem, że jej sąsiad staje się znaczącą potęgą militarną – podobnie jak wielu ludzi w Polsce, pomimo sentymentów Sikorskiego. Wraz ze wzrostem Berlina podejrzliwość i nieufność mogą rosnąć. W najgorszym przypadku konkurencja może powrócić. Francja, Polska i inne państwa mogłyby próbować zrównoważyć Niemcy, co odwróciłoby uwagę od Rosji i pozostawiłoby Europę podzieloną i bezbronną. Francja w szczególności może dążyć do ponownego ugruntowania swojej pozycji wiodącej potęgi militarnej kontynentu i »wielkiego narodu«. Mogłoby to doprowadzić do otwartej rywalizacji z Berlinem i postawić Europę w konflikcie z samą sobą”.

Przy czym Niemcy radykalnie podkręcają nieuczciwe reguły gry. Z jednej strony skupiają uwagę innych państw na pożyczce SAFE w wysokości 150 mld euro. Z drugiej strony „zamierzają wydać ponad 750 mld dolarów na obronność w ciągu najbliższych czterech lat”, aby stać się już w 2030 roku dominującą na kontynencie potęgą. SAFE ma ukryć ten proces, który masakruje unijne prawo. Jak zauważa Fix: „Inne kraje europejskie są już zaniepokojone rozbudową sił zbrojnych Niemiec i wydatkami na obronę. Berlin na przykład planuje przeznaczyć lwią część swojego budżetu obronnego na niemieckie firmy zbrojeniowe, wykorzystując wyjątek od unijnych zasad konkurencji, który pozwala państwom członkowskim pominąć procedury notyfikacji i zatwierdzania finansowania publicznego krajowych przemysłów zbrojeniowych, gdy takie wydatki są kwestią podstawowych interesów bezpieczeństwa”. Inne państwa UE, w tym Polska, mają być wtłoczone w mechanizm SAFE, który zapewni Berlinowi pełną kontrolę nad procesem modernizacji innych państw UE, podczas gdy Niemcy zbudują, poza wszelkimi regułami, taką armię, która zapewni im zdominowanie siłą Europy i przekształcenia jej w nową, IV Rzeszę. 

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane