Ziemia Marii Byrd to potężny obszar o powierzchni ponad 1,6 miliona kilometrów kwadratowych. Został on zbadany i naniesiony na mapę pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku przez amerykańskiego kontradmirała marynarki wojennej i najsłynniejszego badacza polarnego tamtego pokolenia, Richarda Byrda. To on nazwał to terytorium na cześć swojej żony. Choć na mocy traktatu antarktycznego z 1959 roku zamrożono roszczenia terytorialne do kontynentu, dokument ten nie wymagał od nikogo zrzeczenia się prawa do zgłaszania nowych roszczeń wobec terytoriów, do których nikt jeszcze nie zgłosił pretensji. Stany Zjednoczone wyraźnie zastrzegły sobie takie prawo, a Ziemia Marii Byrd pozostaje do dziś największym na Ziemi obszarem, którego nie zajęło żadne państwo.
Geopolityczna presja jednak rośnie. Autor artykułu przypomina, że w marcu 2025 roku Rosja i Chiny ogłosiły plany budowy nowych stacji badawczych właśnie na Ziemi Marii Byrd. Jak dowodzą dostępne informacje, Chińczycy zaplanowali uruchomienie do 2027 roku stacji w Cox Point, zaledwie kilkanaście kilometrów od rosyjskiej bazy Russkaja, którą Moskwa postanowiła zmodernizować i wyposażyć w pas startowy dla samolotów dalekiego zasięgu. Ganley zauważa, że to ten sam scenariusz, który Pekin zastosował na Morzu Południowochińskim: ustanowić obecność, zbudować infrastrukturę, poczekać, aż świat uzna to za nową normalność, a następnie rzucić wyzwanie każdemu, kto spróbuje ten stan rzeczy cofnąć.
Stawka w tym wyścigu wykracza daleko poza prestiż i ewentualne badania naukowe. Wielka rywalizacja o infrastrukturę XXI wieku będzie toczyć się w dużej mierze o sieci komunikacyjne na niskiej orbicie okołoziemskiej. Orbity polarne zapewniają globalny zasięg dla satelitów transmitujących najbardziej wrażliwe dane wojskowe i gospodarcze. Ziemna infrastruktura na dużych szerokościach geograficznych pozwala kontrolować opóźnienia w transmisji danych oraz zapewnia bezpieczeństwo całej sieci. Podczas gdy obszary północne, takie jak Grenlandia czy Svalbard, są zmilitaryzowane od dekad, biegun południowy dopiero staje się nowym, krytycznym wąskim gardłem.
Bogactwa ukryte pod lodem
Argumenty za amerykańską ekspansją opierają się także na gigantycznym potencjale surowcowym. Szacuje się, że Antarktyda kryje pod swoimi lodami rezerwy rzędu 45 miliardów baryłek ekwiwalentu ropy naftowej. Oprócz tego na kontynencie znajdują się złoża węgla, rudy żelaza oraz niezwykle pożądanych we współczesnej gospodarce metali ziem rzadkich, które w dużej mierze pozostają jeszcze niezbadane.
Obecnie eksploatacja tych surowców jest surowo zakazana. Protokół madrycki o ochronie środowiska naturalnego, będący częścią systemu traktatu antarktycznego, jednoznacznie zabrania jakiejkolwiek działalności wydobywczej w celach innych niż naukowe. Zakaz ten nie jest jednak wieczny.
Zgodnie z zapisami, w 2048 roku państwa-strony będą mogły poddać protokół rewizji. Z dzisiejszej perspektywy to zaledwie dwadzieścia dwa lata.
Publicysta "The American Mind" słusznie podkreśla, że skuteczność tego zakazu opiera się wyłącznie na ciągłej dobrej woli wszystkich sygnatariuszy. Chiny, które przystąpiły do traktatu w 1983 roku, mają zupełnie inne podejście do międzynarodowych ustaleń niż państwa zachodnie. Poleganie na normach dyplomatycznych to zdaniem autora inna kategoria gwarancji niż posiadanie faktycznej suwerenności nad danym terytorium. Amerykańska deklaracja dałaby pewność, że w momencie rewizji traktatu w 2048 roku kluczowe zasoby nie znajdą się pod kontrolą autorytarnych rywali.
Czas na śmiały ruch
Na płaszczyźnie dyplomatycznej przejęcie Ziemi Marii Byrd jest łatwiejsze, niż mogłoby się wydawać. Państwa takie jak Wielka Brytania, Australia, Francja, Norwegia, Argentyna i Chile posiadają już własne roszczenia do terytoriów na Antarktydzie, z których część wzajemnie na siebie zachodzi.
Sojusznicy ci opierają się na traktacie po to, by zgadzać się co do braku zgody między sobą. Ziemia Marii Byrd nie pokrywa się z żadnym z tych roszczeń. Jak przekonuje Ganley, deklaracja suwerenności Stanów Zjednoczonych nad tym obszarem nie tylko by nie zaszkodziła sojusznikom, ale wręcz stworzyłaby spójną zachodnią architekturę prawną do zarządzania zasobami, wykluczając przeciwników z dogodnych pozycji strategicznych, zanim zdążą się oni na dobre okopać.
Historia Stanów Zjednoczonych dostarcza wyraźnych precedensów dla takich śmiałych kroków. Zakup Luizjany przez Thomasa Jeffersona w 1803 roku za 13 milionów dolarów podwoił wielkość państwa, mimo że ówcześni krytycy nazywali ten ruch niezgodnym z konstytucją i geopolitycznie impulsywnym. Podobnie wyśmiewano nabycie Alaski przez sekretarza stanu Williama Sewarda w 1867 roku, określając transakcję za 7,2 miliona dolarów mianem szaleństwa Sewarda. W obu przypadkach krytykom brakowało wizji, podczas gdy amerykańscy przywódcy patrzyli na mapę i widzieli przyszłość państwa. Różnica polega na tym, że w przypadku Ziemi Marii Byrd Stany Zjednoczone nie muszą nawet wydawać ani dolara.
Autor podsumowuje, że deklaracja suwerenności nad tym terytorium byłaby odważnym posunięciem geopolitycznym w najtrwalszym amerykańskim stylu. Decyzja ta doskonale współgrałaby z priorytetami zarysowanymi w opublikowanej w 2025 roku amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego oraz tak zwanym Korolarium Trumpa, stanowiąc zdroworozsądkowe i potężne potwierdzenie potęgi Stanów Zjednoczonych. Ganley wskazuje nawet idealną datę na przypieczętowanie tej historycznej decyzji. Czwarty lipca 2026 roku, w 250. rocznicę amerykańskiej niepodległości, byłby według niego doskonałym dniem na dokonanie aktu, który zagwarantuje bezpieczeństwo zachodniej hemisfery na kolejne stulecia.