Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

AI i odrodzenie Zachodu. „Gazeta Polska” o Palantirze i technologicznym konserwatyzmie

Alex Karp, szef jednego z gigantów sektora AI – Palantira, opublikował zawierający 22 punkty manifest. Liberałowie i lewica straszą „technofaszyzmem” oraz systemem kontroli nad obywatelami, zarządzanym przez miliarderów z Doliny Krzemowej. Ale warto przyjrzeć się postulatom Karpa, pamiętając, że liberałom nie przeszkadza kontrola, o ile sprawuje ją podległa im biurokracja, jak ta w Unii Europejskiej. A dopóki giganci z Doliny Krzemowej, jak Facebook, realizowali lewicową agendę ideologiczną, nikt nie narzekał na „technofaszyzm”.

Palantir to założona w 2003 roku firma zatrudniająca obecnie około 4 tys. pracowników. Jej wartość rynkowa w ostatnich latach rosła w imponującym tempie, od około 30 mld dolarów w latach 2021–2022 do ponad 300 w 2026 roku. To, co wyróżnia Palantira na tle innych gigantów sektora AI, to fakt, że firma od początku nastawiona była na tworzenie technologii dotyczących bezpieczeństwa narodowego i amerykańskiego wojska. Innowacje miały pozwalać amerykańskim żołnierzom efektywniej walczyć w wojnie z terrorem. Palantir stworzył na przykład oprogramowanie agregujące dane wywiadowcze, umożliwiające lokalizację improwizowanych przydrożnych bomb, które zbierały śmiertelne żniwo wśród amerykańskich żołnierzy w Afganistanie. „Są marines, którzy dzisiaj żyją, dzięki możliwościom tego systemu” – napisał do Pentagonu w 2011 roku zastępca gen. Jamesa Mattisa, domagając się szerszego dostępu do systemów Palantira. 

Dziś, wraz ze skokowym rozwojem AI, Palantir za pomocą systemów, jak Gotham czy Maven, dostarcza amerykańskim siłom zbrojnym zdolność do podejmowania szybkich decyzji na polu walki, dzięki integrowaniu informacji z wielu źródeł w jeden system uzupełniany w czasie rzeczywistym. Sukces pierwszych uderzeń na Iran w dużej mierze opierał się na szerokiej integracji operacyjnej tych systemów. AI nie zastąpi rakiet czy interceptorów, ale daje realną przewagę na polu walki, która w starciu z rywalami Zachodu może okazać się decydująca. Może być też motorem napędowym odbudowy bazy przemysłowej, której USA i sojusznicy potrzebują w długofalowej konfrontacji z Chinami. Dlatego warto przyjrzeć się postulatom Karpa. 

Manifest technologicznego patrioty

Opublikowane na portalu X 22 punkty są podsumowaniem tez zawartych w książce Karpa „Technologiczna Republika”, wydanej w 2025 roku. Już pierwszy punkt manifestu postuluje zmianę podejścia technologicznych gigantów do obowiązków wobec państwa i dobra wspólnego. „Dolina Krzemowa ma moralny dług wobec państwa, które uczyniło jej powstanie możliwym” – pisze Karp. „Elita inżynierska Doliny – dodaje – ma obowiązek brać udział w obronie narodu”. W swojej książce krytykuje „złote dzieci” Doliny, które „odmawiają wsparcia państwa, którego ochrona – nie mówiąc o instytucjach edukacyjnych i rynkach kapitałowych – umożliwiła ich kariery”. Karp przypomina, że komputer osobisty czy sam internet były rezultatem programów innowacji, takich jak DARPA, finansowanych przez Departament Obrony. Ta rola została sprawnie „zapomniana”, w erze „tytanów software’u, którzy napisali historię od nowa, by samych siebie umieścić w centrum” – pisze w książce. 

Ten postulat, przypominający o obowiązku wobec ojczyzny, trzeba zestawić z ideologią postzimnowojennej globalizacji, która pozwalała na gromadzenie potężnych fortun w gospodarce informacyjnej. Świat miał nie mieć granic, kapitał nie mieć narodowości, a abstrakcyjna lojalność wobec ludzkości miała zastępować patriotyzm. Duże korporacje bez skrupułów korzystały z dobrodziejstw wolnego handlu, przenosząc produkcję za granicę, nie oglądając się na spustoszenie i postępujące zubożenie rodzimej klasy pracującej. Pod hasłem „odpowiedzialności społecznej” realizowano lewicową, transnarodową agendę, od deklaratywnej walki z ociepleniem klimatu, po promocję „demokracji” i „równouprawnienia”, co w praktyce oznaczało narzucanie lewicowej agendy narodom, które wcale sobie jej nie życzyły. 

Ale ten porządek miał też swój ukryty wymiar geopolityczny. Amerykański i europejski biznes godził się na to, że ceną za udział w zyskach, dzięki dostępowi do taniej siły roboczej i rynków, było powolne przekazywanie w chińskie ręce zachodnich technologii i innowacji. Właśnie dzięki temu modelowi liberalnej globalizacji Pekin stopniowo budował swoje przewagi. Wizja „końca historii”, mówiąca, że Chiny albo Rosja wraz z bogaceniem będą się stopniowo demokratyzować, okazała się niczym więcej niż wygodną iluzją. Zamiast „wiecznego pokoju” mamy Pekin, rewizjonistyczną potęgę, rozwijającą nowoczesną broń i system kontroli nad obywatelami, oparte na zyskach z dobrowolnych transferów technologii Zachodu. „Pytanie nie dotyczy tego, czy broń oparta na AI zostanie zbudowana; dotyczy tego, kto ją zbuduje i w jakim celu” – napisał Karp w 5 punkcie swojego manifestu.

„Nasi rywale nie zatrzymają się, by prowadzić teatralne debaty o słuszności rozwoju technologii o krytycznym znaczeniu militarnym i dla bezpieczeństwa narodowego. Oni będą to robić”.

Innowacja kontra regulacja

Manifest Karpa w liberalno-lewicowych mediach został obrzucony błotem i oskarżeniami o „technofaszyzm” i promocję „ideologii militarystycznej”.

Szczególne wzburzenie wzbudził 21 punkt, który stwierdza prosty fakt: kultura Zachodu jest lepsza. „Niektóre kultury wytworzyły istotny postęp; inne pozostają dysfunkcyjne i regresywne” – napisał, dodając, że obowiązujący dogmat mówi: „Wszystkie kultury są równe. Krytyka i ocena oparta na wartościach jest zabroniona”. Karp w manifeście jawi się jako konserwatywny liberał, pisząc w punkcie 20: „Dominujący brak tolerancji dla wierzeń religijnych w pewnych kręgach musi spotkać się z oporem”, i dodaje, że niechęć elit do religii pokazuje, że „ich polityczny projekt jest dużo mniej otwartym intelektualnie ruchem, niż wielu twierdzi”. 

Wiele z postulatów Karpa ma charakter zdroworozsądkowy. Co więcej, można tę samą myśl znaleźć w dostosowanych do ducha czasów wypowiedziach choćby kanclerza Merza czy prezydenta Macrona. Karp w 4 punkcie manifestu pisze o ograniczeniach soft power. „Zdolność wolnych i demokratycznych społeczeństw do przetrwania wymaga czegoś więcej niż moralnej atrakcyjności. Wymaga hard power, a hard power w tym stuleciu będzie oparta na oprogramowaniu”. 

Tak naprawdę jednak główny opór przeciw Karpowi, tak jak przeciw innym biznesmenom z Doliny Krzemowej, którzy politycznie przesunęli się na prawo, jak Marc Andreessen czy Elon Musk, nie wynika w pierwszym rzędzie z ich poglądów, ale z faktu, że w swoich preferencjach politycznych zdecydowali się na poparcie Donalda Trumpa. Jak doskonale widzimy to na przykładzie Europy, także w Polsce, elity liberalne pogodziły się, z tym że przynajmniej na poziomie deklaratywnym ich ideologia poniosła druzgocącą porażkę. Nikt nie mówi już o zaletach otwartych granic i niekontrolowanej migracji. Nikt nie twierdzi, że dyplomacja i „międzynarodowe zasady” zastąpią siłę militarną. Niemiecki kanclerz przyznaje nawet, że regulacje klimatyczne są hamulcem wstrzymującym gospodarczy rozwój Europy. Ale choć liberałowie pogodzili się, że muszą zmienić swoją polityczną opowieść i, przynajmniej na chwilę, nie mówić głośno o swoich złudzeniach, to nie pojednali się z utratą władzy. Liderzy technologiczni, których wpływy rosną w niekontrolowany sposób, wraz ze skokowym wzrostem efektywności ich systemów, w dodatku o poglądach zdroworozsądkowo-konserwatywnych, są wyzwaniem, które liberalne elity chciałyby jak najszybciej poddać kontroli. Dlatego UE idzie na otwarte starcie z Muskiem, dlatego jak najszybciej, pod płaszczykiem ochrony prywatności obywateli, chce przepchnąć regulacje takie jak DSA, de facto na wielu polach sankcjonujące faktyczną cenzurę. 

Rozszczelnienie systemu elit

Nie trzeba stawiać Karpa czy Muska w roli mesjaszy, zresztą każdy z nich ma swoje wady, a oprócz tego ich wizje polityczne i idee mają też charakter biznesowy, na pewno zależy im na powodzeniu ich firm. Ale należy docenić rolę, jaką odgrywają w rozszczelnieniu systemu liberalnej kontroli. Bo elitom nie przeszkadzał sojusz tronu z kapitałem, dopóki kapitał – jak George Soros czy do pewnego momentu Mark Zuckerberg wykazywali lojalność wobec obowiązującej ideologii. Dziś, jak widać choćby po wojnie, którą Muskowi wytoczył Radosław Sikorski, w imię demokracji i ochrony suwerenności narodów czy Europy, elity europejskie będą przestrzegały przed „technooligarchią”, ale same przez lata budowały system, który demokrację miał ograniczyć do minimum, a przedstawicieli narodów zamienić na niewybieralnych biurokratów w Brukseli, posiadających narzędzia do decydowania o tym, które wybory były naprawdę „zwycięstwem demokracji”. Elity liberalne nie miały problemu z oligarchią, dopóki istniała gwarancja, że same będą oligarchami. 

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej