Ja też kocham drzewa, ale obawiam się, że widok pingwina na wysokości mógł zaburzyć spokój normalnie tam bytującego ptactwa. Przecież takie pustułki, sikory czy dudki, mogły się naprawdę wystraszyć inwazji pingwinów i wynieść gdzieś daleko.
Jednak to, co mnie zainteresowało, to widoczny gdzieś w obozowisku ekologów pusty baniak (po wodzie?). Myślę, że „pusty baniak” jest naczelnym problem, z którym zmaga się ludzkość. Nie koronawirus, nie globalne ocieplenie, tylko właśnie choroba „pustych baniaków”.
Czyż bowiem zamiast głowy nie noszą na korpusach „pustego baniaka” ci, co w proteście na orzeczenie trybunału biegną złość wyładować na pobliskim kościele? Czy „pustego baniaka” nie mają ci, co gromadzą się tłumnie na ulicy, by pokrzyczeć „wy……ć”, a jednocześnie sprowadzają nieszczęście na bliskich, przyczyniając się do gwałtownego wzrostu zakażeń chińskim bakcylem? A gdy uważniej się przyjrzeć merytorycznej treści ich protestów, która sprowadza się do hasła „wyp.....ć” zastosowanego do wszystkiego i wszystkich, to czy tym bardziej diagnoza „pustego baniaka” nie wydaje się trafna?
A wreszcie z drugiej strony... Czy nie ma pod kominiarką totalnie „pustego baniaka” jakiś idiota, który ciska racą specjalnie tak, by ta wpadła do czyjegoś mieszkania, podpala je (tu nie ma przypadku – kto rzuca racę w okno może podpalić dom, tak jak pijak za kółkiem tylko przez to, że za nie wsiadł, już z premedytacją popełnia przestępstwo) i w efekcie powoduje, że każdy z tych, którzy rodzinami, w samochodach, bezpiecznie przyjechali świętować Dzień Niepodległości, będzie potem zgrzytać zębami i wściekać się, że święto mamy zabrukane?
I czy wreszcie nie ma „pustego baniaka” pod policyjnym hełmem funkcjonariusz, który widzi starszego faceta, fotoreportera z aparatem na szyi, i wali mu w twarz z gumowej kuli?
Przyznam się w sekrecie, że jak to wszystko widzę, te stada „pustych baniaków” po różnych zakątkach Polski, to mam czasem ochotę, jak ta Rackete, przebrać się za pingwina, jechać do puszczy i zbudować dom na drzewie.