Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Reformować i ratować. Gen. Gielerak: Tarcza medyczna pęka na dwóch frontach

– Musimy wreszcie wyjść z tego zaklętego kręgu: dziś w Polsce nie organizujemy opieki pod kątem potrzeb pacjentów, ale pod kątem zysku. Jeśli tego nie zmienimy, za dekadę wejdziemy na równię pochyłą z prawdziwym kryzysem, a poziom opieki spadnie do poziomu krajów Trzeciego Świata. Z kolei patrząc na wojskową służbę zdrowia, często mam wrażenie, że przeciwnik, nawet gdyby bardzo się starał, nie byłby w stanie tak skutecznie osłabić naszych zdolności, jak robimy to sami – mówi „Gazecie Polskiej” gen. broni prof. dr hab. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

Panie Generale, gdybyśmy mieli postawić diagnozę medyczną polskiemu systemowi ochrony zdrowia, jak oceniłby Pan jego obecną kondycję?

Najprościej mówiąc, mamy pacjenta wymagającego pilnych procedur medycznych – może jeszcze nie podtrzymujących życie, ale zdecydowanie stabilizujących jego funkcje życiowe. Diagnozę stawiam na podstawie bilansów: rok 2025 stratą netto zamknęło 298 szpitali. Groźniejszy od samego zadłużenia jest jednak mechanizm, który je wytwarza: placówka lecząca więcej powiększa stratę, ograniczająca przyjęcia – poprawia wynik. Dopóki taki rachunek obowiązuje, kolejne pieniądze podtrzymają czynności życiowe, nie przywracając sprawności.

W swoich analizach i publikacjach wielokrotnie podkreślał Pan istotny element w kontekście służby medycznej – że samo pompowanie miliardów złotych w obecny system przypomina przetaczanie krwi osobie z pękniętą tętnicą, czyli jest nieefektywne. Jakie zatem decyzje należy podjąć, by usprawnić wydolność tego systemu?

System wymaga rozwiązań gwarantujących mu stabilizację przychodową, a zarządzanie środkami publicznymi w ochronie zdrowia – zdecydowanej naprawy. Z drugiej strony pieniędzy przeznaczanych na ten cel jest w Polsce po prostu za mało; wystarczy porównać, ile na zdrowie wydają państwa europejskie o zbliżonej stopie życiowej.

Tkwimy w absurdalnej licytacji: chcemy obciążeń podatkowych możliwie najniższych, a zarazem oczekujemy, że zagwarantują nam one najlepszy system ochrony zdrowia w Europie – obu oczekiwań nie sposób pogodzić.

Sam pieniądz jednak niczego nie przesądza. Wydatki publiczne na zdrowie wzrosły od 2014 roku niemal trzykrotnie, a średni czas oczekiwania na świadczenie gwarantowane wydłużył się z 2,2 do 4,2 miesiąca. Musimy więc uporządkować zarządzanie, ale też urealnić nakłady.

Skoro system wymaga tak pilnych działań, to dlaczego politycy nie chcą podjąć tematu tej reformy? Przecież jej brak dotyka bezpośrednio ich samych i wszystkich obywateli.

Ochrona zdrowia jest inwestycją społeczną, która w dłuższej perspektywie przekłada się na kondycję państwa, gospodarki i społeczeństwa. Profilaktyka i programy zdrowotne przynoszą jednak efekty dopiero po pięciu, dziesięciu, a czasem kilkunastu latach, podczas gdy kadencja parlamentu trwa cztery. Żaden rząd nie zdąży zatem pokazać wyborcy rezultatów reformy, którą rozpoczął.

Wniosek narzuca się sam: skuteczna reforma wymaga porozumienia ponadpolitycznego i planu rozpisanego na co najmniej dwie kadencje, czyli około dziesięciu lat. Bez takiego uzgodnienia każdy kolejny rząd zaczyna od początku.

Nie uważa Pan, że przy dzisiejszej polaryzacji i przerzucaniu się odpowiedzialnością przez polityków jest to misja niewykonalna?

Paradoksalnie mamy najlepszy czas na taką dyskusję, zgodnie z zasadą: „kończą się pieniądze, zaczynają się reformy”. Ten moment właśnie osiągnęliśmy. Trzeba też pamiętać, że dzięki inwestycjom z ostatnich 15 lat szpitale są dziś wyposażone najlepiej w historii; sam Krajowy Plan Odbudowy zasilił ochronę zdrowia kwotą blisko 18 mld zł. Wszystko ma jednak swój kres – sprzęt się zdekapitalizuje, a po wygaśnięciu wsparcia europejskiego ciężar odtworzenia spadnie na same placówki.

Jeżeli nie zbudujemy systemu z wbudowanym mechanizmem odtwarzania majątku, najpóźniej za dziesięć lat wejdziemy w fazę kryzysu strukturalnego, którego nie zatrzyma już żadna transza wsparcia, a poziom opieki medycznej, jaki dziś znamy, cofnie się o co najmniej dekadę.

Z badań opinii społecznej wynika, że Polacy w zdecydowanej większości dostrzegają poprawę infrastruktury i sprzętu w szpitalach, ale za niewydolność opieki medycznej obwiniają złą organizację. Pańskie spostrzeżenia potwierdzają tę diagnozę.

Trudno się z tym nie zgodzić. Problemy organizacyjne wynikają w znacznej mierze z niewłaściwej wyceny świadczeń. Nikt nie domaga się finansowania oderwanego od faktycznie wykonanej pracy, ale świadczenia rozstrzygające o bezpieczeństwie zdrowotnym populacji muszą być wyceniane co najmniej na poziomie kosztu ich wykonania – inaczej dyrektor szpitala broniący oddziału działa wbrew rachunkowi, który sam podpisuje.

Świetnym przykładem są specjalizacje podstawowe: interna i chirurgia ogólna. Przez ćwierć wieku wyceniano je poniżej kosztu wykonania, przez co dla szpitali powiatowych stały się finansowym kamieniem u szyi.

Konsekwencje są strukturalne: bez interny trudno utrzymać oddział ratunkowy, bez chirurgii ogólnej blok operacyjny traci ciągłość pracy. W efekcie zamyka się te oddziały na rzecz tego, co aktualnie się opłaca. Musimy wreszcie wyjść z tego zaklętego kręgu, bo dziś w Polsce o zakresie opieki rozstrzyga nie potrzeba pacjenta, ale rachunek opłacalności – szpital, który leczy zgodnie z rozpoznaniem, płaci za to własnym wynikiem finansowym.

Czy takie podejście, w którym o dostępności leczenia decyduje opłacalność, nie jest dla nas jako społeczeństwa zakładaniem pętli na szyję?

Oczywiście, że tak, a kierunek, w którym zmierzamy, czyli stopniowe zawężanie dostępu do świadczeń podstawowych, potwierdza to najlepiej. Uzdrawiając system, trzeba jednak patrzeć szerzej niż na sam cennik. Populacja się starzeje, a przed nami rewolucja na rynku pracy, która podważy składkę zdrowotną jako fundament finansowania systemu ochrony zdrowia, aktualnie opartą głównie na dochodach z zatrudnienia etatowego. Oba procesy są przewidywalne co do kierunku i tempa – trudno będzie mówić o zaskoczeniu, gdy nadejdą skutki.

Jakie dokładnie wyzwania dla finansowania ochrony zdrowia niesie ze sobą wspomniana rewolucja?

Weszliśmy w erę nowych technologii, robotyzacji i sztucznej inteligencji, co oznacza odchodzenie od klasycznych etatów na rzecz pracy kontraktowej. Rynek ubezpieczeń trzeba zaprojektować pod tę zmianę już dziś, bo na obecnym poziomie z pewnością się nie utrzyma.

Proces zaczął się zresztą wcześniej, niż przyjmujemy: około 1,8 mln jednoosobowych działalności płaci składkę zdrowotną według efektywnej stawki rzędu 3 proc. wobec 9 proc. od wynagrodzenia z umowy o pracę. Obecnie narzekamy na braki środków w NFZ, ale jeśli zignorujemy to, co wydarzy się na rynku pracy w ciągu najbliższych pięciu lat, dzisiejszy budżet uznamy z czasem za komfortowy. Proszę mi wierzyć, nie jest to straszenie, ale prognoza.

W swoich publikacjach zwraca Pan również uwagę na chaos organizacyjny – chociażby na to, że sześć na dziesięć karetek wyjeżdża do błahych przypadków. Zaproponował Pan stworzenie specjalnej infolinii nieratunkowej, która przekierowywałaby pacjentów na konsultacje lekarskie. Czy jednak w obecnej sytuacji taki krok nie doprowadziłby do całkowitego zatkania przychodni podstawowej opieki zdrowotnej (POZ)?

Rozpatrzmy rzecz w dwóch aspektach. Zacznijmy od ratownictwa medycznego. Mamy świetny sprzęt, ale kuleje zarządzanie informacją: nie wiemy w czasie rzeczywistym, jakie jest obłożenie poszczególnych SOR-ów, by mądrze i sprawnie kierować tam pacjentów.

Drugą barierą jest wąski zakres uprawnień. Ratownik nie może dziś samodzielnie przepisać pacjentowi leków ani pokierować go do POZ, gdzie zostałby zaopatrzony w zakresie odpowiadającym błahej dolegliwości, więc jedyną ścieżką pozostaje transport na oddział ratunkowy. Rozszerzenie kompetencji, choćby o prawo do wystawiania prostych recept, sprawia, że wizyta w przychodni w ogóle nie jest potrzebna.

Europa Zachodnia robi to od lat: Brytyjczycy nadali zaawansowanym praktykom ratownictwa uprawnienia receptowe w 2018 roku, a duńska linia 1813 zmniejszyła liczbę wizyt na oddziałach ratunkowych w Kopenhadze o 10 proc. Nasze rozwiązania organizacyjne w ratownictwie medycznym sytuują Polskę o dobrą dekadę za praktyką, która w Europie stała się już rutyną.

A co z samymi przychodniami POZ? Przecież oblężenie szpitali nie bierze się znikąd.

Oblężenie SOR-ów jest bezpośrednim efektem niewydolności opieki ambulatoryjnej. Co najmniej połowa trafiających tam pacjentów to osoby, które nie uzyskały pomocy w POZ. Za takim stanem rzeczy stoi struktura nakładów: do szpitali trafia 51,6 proc. budżetu NFZ, na POZ zaledwie 11 proc. System ambulatoryjny musi stać się bardziej wydolny i otwarty.

Zwracam przy tym uwagę na zagrożenie, o którym powinniśmy zacząć mówić głośno. Od początków reformy opieka ambulatoryjna jest systemem quasiprywatnym: finansują ją środki publiczne, ale właścicielsko stoją za nią spółki albo osoby prywatne, w opiece specjalistycznej nawet 95 proc. podmiotów, w POZ do 80 proc. Wychylenie wahadła w stronę kapitału prywatnego jest tu bardzo duże.

Przejdźmy do wojskowego sektora medycznego. W ciągu zaledwie 15 miesięcy, do I kwartału br., dług wymagalny szpitali wojskowych wzrósł dziesięciokrotnie, osiągając poziom 120 mln zł. To piętnastokrotnie szybszy wzrost niż w placówkach cywilnych. Czy biurokracja i złe zarządzanie rozbrajają nasze bezpieczeństwo skuteczniej niż militarny przeciwnik?

Niestety, diagnoza jest trafna. Odnoszę nieraz wrażenie, że przeciwnik, nawet przy największym wysiłku, nie osłabiłby naszych zdolności równie skutecznie, jak czynimy to sami. Zobowiązania wymagalne podmiotów nadzorowanych przez MON wynosiły 11,5 mln zł w 2024 roku, po roku 64,2 mln, a po I kwartale 2026 roku już 119,7 mln zł.

Sytuacja jest tym bardziej niepokojąca, że placówki te jeszcze niedawno należały do najlepszych na rynku pod względem wyników finansowych. W sposobie ich zarządzania nic się nie zmieniło – zmieniły się warunki, w jakich mają realizować misję, której żaden publiczny płatnik nie wycenia.

Z czego wynika to nagłe załamanie i czy istnieje groźba, że państwo po prostu zrezygnuje z tych placówek na rzecz rynku cywilnego?

Przestrzegam przed takim scenariuszem. Zwolennikom wyzbycia się wojskowej służby zdrowia warto przypomnieć doświadczenie brytyjskie z początku lat dwutysięcznych: skutki tamtej decyzji Brytyjczycy odrabiają do dziś, kontraktując leczenie żołnierzy w szpitalach cywilnych.

Różnica między obydwoma sektorami jest zasadnicza. Szpital cywilny w kryzysie ogranicza przyjęcia, co bywa dotkliwe, ale pozostaje odwracalne. Szpital wojskowy traci to, czego pieniądz nie przywróci: specjalistę odchodzącego do sektora cywilnego, akredytację do kształcenia jego następcy i rezerwę gotowości.

Dlatego nadszedł czas, by uznać szpitale wojskowe i placówki MSWiA za pierwszą linię reagowania kryzysowego. Ponoszą koszty utrzymania gotowości, których obecny system nie pokrywa – nie sposób zatem wymagać od nich konkurowania na zwykłych zasadach rynkowych i równocześnie pełnego zabezpieczenia państwa na wypadek wojny.

Zwłaszcza że od blisko pięciu lat jesteśmy państwem przyfrontowym. Za naszą wschodnią granicą toczy się wojna XXI wieku, która brutalnie weryfikuje dotychczasowe zasady i radykalnie różni się od asymetrycznych misji stabilizacyjnych, do jakich przywykliśmy przez dekady. Wskazuje Pan na upadek koncepcji „złotej godziny” w ewakuacji medycznej ze względu na zdronizowane pole walki. Czy Pana zdaniem Polska wyciągnęła właściwe wnioski z ukraińskich doświadczeń, czy wciąż tkwimy w przestarzałych doktrynach, nieadekwatnych do dzisiejszego teatru działań?

Wnioski z Ukrainy analizujemy na bieżąco, czytamy je jednak przez pryzmat własnych uwarunkowań: odmienna głębokość strategiczna i inna dostępność infrastruktury sprawiają, że nasze zadania obronne wyglądają inaczej.

Dwie lekcje mają jednak walor uniwersalny. Pierwsza to wspomniany upadek „złotej godziny”: bezzałogowce odpowiadają dziś za około 70 proc. strat po obu stronach frontu, a ewakuacja, którą doktryna przewiduje w godzinach, trwa kilkanaście godzin, w skrajnych przypadkach sześć, siedem dni.

Druga dotyczy bezwzględności przeciwnika, który ignoruje znaki Czerwonego Krzyża i celowo atakuje obiekty medyczne. Skoro szpitala nie chroni już konwencja, ochronę musi zapewnić sam projekt placówki: rozproszenie funkcji, obniżenie sygnatury oraz niezależne zasilanie i media techniczne.

Skoro wiemy, z czym potencjalnie przyjdzie nam się zmierzyć, kiedy doczekamy się nowego systemu dopasowanego do tych brutalnych realiów?

Konkretne plany zaczniemy przedstawiać w najbliższych tygodniach. Zakładam, że w ciągu trzech lat zbudujemy dobrze zorganizowany system bezpieczeństwa medycznego państwa, wspólny dla sektora cywilnego i wojskowego.

Nie zaczynamy od zera: dysponujemy podstawą prawną w ustawie o ochronie ludności i obronie cywilnej oraz transzą miliarda złotych z Funduszu Medycznego. Zadanie polega na złożeniu z nich sieci, w której każdy szpital ma przypisaną rolę, wymagany pułap zdolności i gotowość potwierdzoną weryfikacją, a nie deklaracją w planie. Powodzenie zależy od konsekwencji Ministerstwa Zdrowia i wsparcia MON, a kierownictwa obu resortów traktują to przedsięwzięcie jako priorytet – współpraca układa się wzorowo, co pozwala liczyć na dotrzymanie terminu i osiągnięcie zakładanego efektu.

Czy nowy plan uwzględnia fizyczną ochronę i samowystarczalność szpitali? Zaznaczał Pan, że w czasie kryzysu placówka musi przetrwać bez pomocy z zewnątrz przez 30 dni, a nie zaledwie 30 godzin. Jesteśmy do tego w ogóle przygotowani?

Formalnie każdy podmiot leczniczy ma plan zarządzania kryzysowego na wypadek awarii czy zwiększonego napływu pacjentów. Mówimy jednak o wyzwaniu, które daleko przekracza nasze pokojowe doświadczenia: o stratach masowych i o ryzyku utraty całych placówek.

Samowystarczalność trzeba przy tym stopniować. W wymaganiach dla sieci szpitali bezpieczeństwa medycznego państwa przyjęliśmy, że placówka pierwszego szczebla utrzymuje 72 godziny autonomii energetycznej, wodnej i tlenowej, szpital wyższego poziomu – siedem dni zapasów, a ośrodek leczenia definitywnego – 14 dni.

Do takiego scenariusza nie jesteśmy jeszcze w pełni przygotowani, rozpoczynamy jednak celowe inwestycje w organizację systemu odpornego na tyle, na ile wymaga tego położenie państwa takiego jak Polska – przez najbliższe 15–20 lat pozostanie to naszym głównym zadaniem, by nie rzec, codziennością. Przedsięwzięcie pochłonie znaczne środki, ale zaniechanie kosztowałoby więcej, a rachunek zapłacilibyśmy ludzkim życiem.

Straciliśmy wiele lat, zaniedbując ten sektor. Czy przy obecnej, niezwykle napiętej sytuacji geopolitycznej i bezpieczeństwa zdążymy zbudować skuteczny system bezpieczeństwa przed nadejściem czasu próby?

Musimy to zrobić. Odporny system to nie tylko schrony i bezpieczne miejsca leczenia, lecz także wyszkolony personel medyczny oraz bezpieczeństwo lekowe, w którym nasza niezależność pozostaje dziś na dramatycznie niskim poziomie. Potrzebujemy zatem rezerw leków ratujących życie i krajowej produkcji substancji czynnych.

Tym, którzy mówią „nie straszcie wojną, bo jej nie będzie, więc to wyrzucone pieniądze”, odpowiadam własnym szacunkiem: dobrze zorganizowany system bezpieczeństwa medycznego odpowiada na 70 proc. zagrożeń, które mogą wystąpić każdego dnia. Nie muszą to być działania wojenne – wystarczą epidemie, katastrofy, zdarzenia masowe czy konflikt hybrydowy prowadzony poniżej progu wojny. Gotowość zbudowana na gorszy scenariusz pracuje więc codziennie.

W kontekście obrony cywilnej niezwykle dużym problemem jest drastycznie niska liczba osób potrafiących udzielać pierwszej pomocy. Ktoś zasłabnie na ulicy, nad poszkodowanym stoi tłum, a jedyną reakcją jest wybranie numeru 112. W porównaniu z krajami skandynawskimi, gdzie obrona cywilna jest potężnym filarem bezpieczeństwa, zostajemy daleko w tyle. Czy szkolenia z pierwszej pomocy powinny stać się w Polsce obowiązkowe?

Takie szkolenia powinny być powszechne, począwszy od szkoły podstawowej. Wiedzę tę trzeba jednak regularnie odświeżać, choćby w zakładach pracy, bo umiejętność, sprawność nabyta jednorazowo, bez powtórek, szybko zanika.

W skali państwa brakuje nam przede wszystkim treningu na wypadek zdarzeń masowych, określanych skrótem MASCAL – sytuacji z dużą liczbą poszkodowanych. Możemy pisać ambitne plany kryzysowe, ale bez praktycznego sprawdzenia ich w działaniu, z udziałem policji, straży pożarnej, szpitali i urzędów, realnej odporności nie zbudujemy.

Na koniec chciałbym zapytać o budowę 300-tysięcznej armii w Polsce. Aby ten cel zrealizować, potrzebujemy silnego „fundamentu biologicznego”. Tymczasem z roku na rok jest on słabszy: pokolenie nastolatków zmaga się z falą otyłości, a ich odporność psychiczna drastycznie spada. Co musimy zrobić, aby nie przespać tego problemu i zapewnić Polsce odpowiednią liczbę młodych ludzi zdolnych do służby w wojsku?

Musimy wrócić do podstaw: do rzetelnych lekcji wychowania fizycznego w szkołach podstawowych i zajęć pozalekcyjnych, takich jak np. znane z mojego dzieciństwa szkolne koła sportowe (SKS). Rekomendację ruchową WHO spełnia 23 proc. polskich chłopców i 14 proc. dziewcząt w wieku 11–15 lat. Każdy punkt procentowy poniżej tego poziomu zawęża bazę rekrutacyjną armii, i to w rocznikach, które stają do kwalifikacji dziś, nie kiedyś.

Trzeba przekonywać dzieci i młodzież każdego dnia, że ruch jest inwestycją w ich własną przyszłość, o tym przesłaniu zapomnieliśmy niemal całkowicie. Wystarczy porównać, ile czasu w mediach zajmują reklamy śmieciowego jedzenia, a ile promocja zdrowego stylu życia. Młodym ludziom trzeba uświadomić jedną prostą prawdę: ruch może zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi ruchu.

Nowy numer "Gazety Polskiej", w którym przeczytacie także wiele innych ciekawych artykułów, felietonów czy opinii w sprzedaży od środy 19 sierpnia 2026 r. Tygodnik "Gazeta Polska" dostępny jest w wygodnej prenumeracie cyfrowej. Sprawdź ofertę prenumeraty cyfrowej TUTAJ » prenumerata.swsmedia.pl oraz pod numerem telefonu 605 900 002 lub 501 678 819.    

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polska