Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Dawid Wildstein: Operacja „sfałszowane wybory” trwa i jest śmiertelnie groźna

Operacja „sfałszowane wybory” nie kończy się. Obecna władza i jej politycy, chociaż nie w takiej skali jak rok temu, wciąż podsycają tę skrajnie niebezpieczną dla Polski narrację. Delegitymizują w ten sposób nie tylko demokratycznie wybranego prezydenta Karola Nawrockiego czy uderzają w fundamenty naszego systemu politycznego. Potencjalna destabilizacja, jaka może być skutkiem tego typu propagandy, jest także zagrożeniem dla państwa jako takiego. Wszystko wskazuje na to, że Tusk i jego zaplecze traktują opowieść o „nielegalnie wybranym Nawrockim” jako rodzaj „broni ostatecznej”, której mogą użyć, kiedy naprawdę znajdą się już pod ścianą.

Ponad rok temu doszło do zaprzysiężenia Karola Nawrockiego. Z perspektywy czasu widać wyraźnie, jak ważny był to dla Polski moment. Jest oczywiste, że w ten sposób uniknęliśmy domknięcia się systemu Donalda Tuska, który – mając za prezydenta Trzaskowskiego – mógł posunąć się naprawdę daleko w swojej „demokracji walczącej”. Niemniej nie wolno nam zapomnieć o tym, co w reakcji na to zwycięstwo Nawrockiego usiłowała zrobić z Polską uśmiechnięta władza. Próba zakwestionowania demokratycznego wyboru, jakiego dokonali Polacy, za pomocą kłamstw o „sfałszowanych wyborach” to rzecz właściwie bez precedensu w historii III RP. Była to forma gwałtu na fundamentach państwa, próba zniszczenia naszej demokracji. Co gorsza, ten gwałt nadal trwa.

Nasze „zielone ludziki”

To, co po wygranej Nawrockiego urządziła koalicja 13 grudnia i sprzedane jej media, było nie tylko szkodliwe. Warto też przypomnieć, jak bezczelna, prymitywna i zwyczajnie głupia była wtedy ich propaganda. Główne argumenty za sfałszowanymi wyborami? Analiza anonimowego mężczyzny z serwisu Wykop, który szybko przyznał, że napisał ją po pijaku. „Badania” Kontka, których głupota i fałsz były oczywiste nawet dla niezbyt uzdolnionego matematycznie ucznia liceum. W końcu opowieści snute przez Giertycha u Moniki Olejnik na temat „rodaków kamratów”, których tajna sieć agentów masowo opanowała lokale wyborcze.

Z perspektywy czasu brzmi to zupełnie groteskowo, pamiętajmy jednak, że w tego typu narrację weszło wiele z najważniejszych ośrodków politycznych, prawniczych czy medialnych. Głównymi politykami nadającymi spin o „sfałszowanych wyborach” byli Tusk, Bodnar i Giertych. Za nimi podążyły wiernie ich „autorytety”, takie jak profesor Zoll czy adwokat Kalisz i im podobni, ich funkcjonariusze medialni z TVN, „Wyborczej” i reszty tego typu tub propagandowych uśmiechniętej Polski. Brednie te powtarzał także dzisiejszy idol części prawicy, Leszek Miller. Rozpowszechniana przez te środowiska narracja o „wyborczych fałszerstwach” była skrajnie destrukcyjna dla państwa. Wyglądała ona jak żywcem napisana na Kremlu, ponieważ jeden do jednego w swoich najważniejszych elementach okazywała się tożsama z „separatystycznymi narracjami” używanymi przez Rosję do destabilizacji państw, z którymi ma konflikt. Jej celem było przekonanie jak najszerszej grupy ludzi (w pewnym momencie, jak wynika z badań, w opowieść o „sfałszowanych wyborach” wierzyło nawet 40 procent Polaków!) do tego, że jeden z podstawowych ośrodków odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa (a takim jest ośrodek prezydencki) nie ma legitymacji do działania. Więcej, że jest właściwie bytem wrogim, z którym należy walczyć. W sytuacji kryzysowej doprowadziłoby to do podobnego paraliżu państwa czy wręcz działań dywersyjnych, jakie moglibyśmy obserwować na Krymie.

Ot, taka nasza wersja „zielonych ludzików”. Ta śmiertelnie groźna dla państwa narracja wcale nie zniknęła. Raz po raz pojawia się w najważniejszych mediach powiązanych z władzą. Ostatnio w neo-TVP funkcjonariusz Pawlicka stwierdziła, że wciąż nie wiadomo, ile Nawrocki naprawdę dostał głosów. W „Wyborczej” pojawił się tekst Kublik o Nawrockim „uzurpatorze”, Szczepkowska i tym podobne „autorytety” obecnej władzy wciąż powtarzają, że Nawrocki to „rezydent”, który został niesłusznie zaprzysiężony i nie ma prawa tytułować się prezydentem. Podobne wątki pojawiają się ciągle, a szczególnie teraz przy okazji rocznicy zaprzysiężenia, w TVN, „Polityce”, „Newsweeku” etc. Zresztą zwróćmy uwagę na podstawowy zbitek słów, jaki używany jest, coraz ostrzej i częściej, w mediach głównego nurtu do opisu prezydenta. „Alfons, ćpun, rezydent, uzurpator” – wszystkie te określenia nie są wcale kwestionowaniem samej polityki Nawrockiego. Ich cel jest dużo głębszy. Chodzi o stworzenie wrażenia, że nie ma on prawa być na tym stanowisku, że nie posiada odpowiedniej legitymacji. Że doszło do błędu tak dużego, że wolno nawet zakwestionować wynik demokratycznych wyborów.

Czerwony guzik Tuska

Pytanie: dlaczego Donald Tusk i jego media nadal po ponad roku podkręcają ten przekaz? Czy chodzi tylko o karmienie najbardziej radykalnej, agresywnej części swojego elektoratu? Patrząc na wymienione ośrodki propagandowe, które wciąż biorą udział w tej operacji, widać wyraźnie, że nie jest to narracja, która ma pozostać jedynie w obrębie wspomnianej grupy. Owszem widzimy wyraźną różnicę, jeśli chodzi o natężenie tej propagandy. Silni Razem są nią karmieni w sposób właściwie stały, 24 godziny na dobę, przez rozmaite pudła rezonansowe Giertycha, takie jak Szczepkowska, Skiba czy ich klony.

Tymczasem w mediach władzy o bardziej „cywilizowanym” obliczu pojawia się ona rzadziej, ale cyklicznie, konsekwentnie – zwłaszcza w najbardziej symbolicznych momentach. Przy okazji świąt państwowych czy, jak mieliśmy ostatnio do czynienia, z okazji roku prezydentury Karola Nawrockiego. Pokazuje to jedno – ta skrajnie szkodliwa dla polskiej racji stanu propaganda ma się tlić w całości elektoratu, żeby – gdyby doszło do sprzyjających okoliczności – Donald Tusk i sprzedane mu media mogły ją ponownie odpalić. Jest jak rodzaj specjalnie podtrzymywanej choroby, która jeśli tylko organizm państwowy odpowiednio osłabnie, może rozlać się na znaczną część jego instytucji. Rodzaj „czerwonego guzika”, którego wciśnięcie zależy tylko od decyzji uśmiechniętego premiera.

Jasne, patrząc na to, co się dzieje obecnie, tak wewnątrz kraju, jak i geopolitycznie za granicą, może nam się wydawać wątpliwe, że Tusk zdecyduje się na ten ruch. Sytuacja jest dla niego jeszcze bardziej niekorzystna, niż była rok temu. Ma znacząco mniejsze poparcie społeczne, Trump wciąż rządzi, zaś berlińscy i brukselscy patroni uśmiechniętej władzy mają swoje problemy. Z drugiej strony nie powinniśmy zapominać o czysto ludzkim komponencie, czyli desperacji. Obecny rząd ma świadomość, jaki jest kaliber przestępstw, które popełnił. Wielu z jego członków może uważać, że to już droga, z której nie ma odwrotu. Dodajmy do tego, że znaczna część z nich może mieć utrudnioną ewakuację, jeśli w części państw UE zwyciężą antyestablishmentowe ugrupowania (a jest to bardzo możliwe), lub po prostu nie mieć na nią ochoty. 

Nie zapominajmy!

Zdesperowany Tusk ze swoją ekipą mogą uznać, że jedyne, co może ich uratować, to niedopuszczenie do wyborów parlamentarnych, ewentualnie nieuznanie ich wyniku. Żeby jednak to zrobić, muszą się pozbyć prezydenta. Jak to wykonają, jeśli się zdecydują na taki ruch? Trudno na ten moment stwierdzić. Może być to jakaś hucpa z Trybunałem, jakaś maskarada uchwałowa, cokolwiek, jednak pewne jest to, że jeśli wejdą w takie bezprawie, żeby ten kryminał usprawiedliwić, będą musieli do maksimum rozkręcić narrację o nielegalnym uzurpatorze Nawrockim, który nie wygrał wyborów. Oczywiście taka decyzja doprowadzi do skrajnego chaosu w kraju. Byłoby to nie tylko uderzeniem w fundamenty demokracji, ale i, patrząc na obecną sytuację geopolityczną, zagrożeniem dla fizycznego trwania naszego państwa... niemniej Tusk już rok temu wskazał, że jest do tego skłonny, a powiązane z władzą ośrodki propagandowe wciąż pokazują gotowość na taki ruch. Fakt, że narracja o sfałszowanych wyborach to wciąż odbezpieczony granat w rękach Tuska, pokazuje, jak bardzo powinniśmy na tę sprawę być wyczuleni.

Tymczasem można odnieść wrażenie, że w nawale kolejnych afer i awantur organizowanych przez ten rząd, tak fundamentalna kwestia nam po prostu umyka. Dlatego już teraz każde media zainteresowane losem Polski powinny regularnie zadawać dwa pytania reprezentantom najważniejszych partii opozycyjnych. Po pierwsze – co mają zamiar zrobić, jeśli Tusk zdecyduje się na opisywany powyżej destrukcyjny ruch dla Polski. Po drugie – jakie konsekwencje mają zamiar wyciągnąć wobec ludzi odpowiedzialnych za tę oczywistą zdradę stanu, za próbę zniszczenia naszego demokratycznego systemu. Jaki los spotka Bodnara, Giertycha czy samego Tuska za tę jedną, konkretną sprawę? Bo jeśli pozostaną bezkarni po czymś takim, to oznacza tylko jedno – nasza demokracja to zjawisko sezonowe, a prędzej czy później podobna im grupa powtórzy opisywaną tu operację – tylko tym razem skutecznie.

Nowy numer "Gazety Polskiej", w którym przeczytacie także wiele innych ciekawych artykułów, felietonów czy opinii w sprzedaży od środy 19 sierpnia 2026 r. Tygodnik "Gazeta Polska" dostępny jest w wygodnej prenumeracie cyfrowej. Sprawdź ofertę prenumeraty cyfrowej TUTAJ » prenumerata.swsmedia.pl oraz pod numerem telefonu 605 900 002 lub 501 678 819.       

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polityka