W polskich służbach powinien rozbrzmiewać głośny alarm. Przypadek Włodzimierza Czarzastego pokazał, jak łatwo bez żadnej weryfikacji służb wejść do elitarnego grona czterech najważniejszych osób w państwie (prezydent, premier, marszałek Sejmu i Senatu), mających dostęp do największych tajemnic naszego kraju. To poważny problem, bo zgodnie z przepisami (art. 34 ustawy o ochronie informacji niejawnych) jest ustawowy zakaz prowadzenia przez służby specjalne ich sprawdzenia i weryfikacji. Z kolei wobec tych osób tzw. ochrona kontrwywiadowcza to słowo wytrych, które brzmi dobrze PR-owo, ale faktycznie oznacza działania dotyczące np. ostrzegania o zagrożeniach. W efekcie można wyobrazić sobie sytuację, w której wywiad Federacji Rosyjskiej, za pomocą kombinacji operacyjnej, doprowadzi do wprowadzania w grono czterech najważniejszych osób swojego agenta, uzyskując tym samym nie tylko dostęp do wszystkich tajemnic, lecz także realny wpływ na funkcjonowanie naszego kraju.
Fikcja żywcem wyjęta z filmów szpiegowskich? Niestety nie. Realne zagrożenie dla bezpieczeństwa RP. Jak to możliwe? Poniższy przykład będzie zupełnie hipotetyczny. Nie będzie się odnosił do Włodzimierza Czarzastego. Jego opisanie jest jednak konieczne dla zrozumienia powagi problemu, który historia marszałka Sejmu obnażyła. Dlatego jak najszybciej należałoby wprowadzić przepisy, które m.in. nakładają na posłów i senatorów obowiązek poddawania się sprawdzeniu przez służby specjalne. Jednak nie tylko. Taki obowiązek powinien również ciążyć na sędziach. Tu sprawa jest jednak dużo bardziej skomplikowana. Należałoby bowiem znaleźć rozwiązanie, które nie uderzałoby w niezawisłość i niezależność sędziowską. Jednak po ucieczce zdrajcy Tomasza Szmydta (byłego sędziego) na Białoruś problem należy jak najszybciej rozwiązać.
Kursy i bratanie z sowieckimi towarzyszami
Przez lata uzależnienia Polski od Związku Sowieckiego tamtejsze służby – zarówno wojskowe, jak i cywilne – miały łatwość w plasowaniu agentury w PRL. KGB i GRU skwapliwie z tego korzystały, werbując współpracowników spośród wpływowych działaczy PZPR, funkcjonariuszy SB (cywilny kontrwywiad/wywiad PRL), Wojskowej Służby Wewnętrznej (kontrwywiad wojskowy PRL) czy Zarządu II Sztabu Generalnego (wywiad wojskowy PRL). W tym procesie pomagały kursy i szkolenia odbywane w sowieckich uczelniach, a także kontakty działaczy PZPR i ZSP z sowieckimi towarzyszami. W czasie takich – często wielomiesięcznych – pobytów osoby te były rozpracowywane, a następnie werbowane. Jaka była skala? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo nie ma żadnych danych. Zresztą trudno się dziwić. Wiadomo jednak, że część kursantów (np. jeden z późniejszych szefów WSI) została przewerbowana przez stronę amerykańską. Do tego dochodzi cała rzesza działaczy PZPR mających bliskie relacje ze swoimi sowieckimi odpowiednikami, jak również funkcjonariuszami sowieckich służb. Kwintesencją tych relacji jest słynna tzw. moskiewska pożyczka, w której kluczową rolę odgrywał Leszek Miller, późniejszy szef MSW i premier RP. Jej okoliczności do dziś nie zostały wyjaśnione. Zresztą prokurator, który prowadził śledztwo w tej sprawie (zostało ono umorzone), po objęciu władzy przez rząd Millera został wiceszefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Tajemnice „Olina”, „Minima” i „Kata”
Funkcjonariusze PRL-owskich służb po sowieckich kursach czy działacze PZPR bywający w ZSRR, mający tam liczne kontakty, już po przemianach polityczno-ustrojowych – ze względu na brak dekomunizacji, lustracji – zaczęli robić kariery w III RP, obejmując istotne stanowiska związane z bezpieczeństwem państwa. Taka sytuacja spowodowała, że nowe służby powstałe po 1989 r. składały się w dużej mierze ze starych towarzyszy z SB (Urząd Ochrony Państwa) i wojskowych (WSI). Nie było więc możliwości skutecznej walki z działalnością już wówczas rosyjskich służb, które po częściowej tylko zmianie szyldu kontynuowały działalność, korzystając z sieci agenturalnej stworzonej w okresie żelaznej kurtyny. Szczegółowe sprawdzenie powinna przejść każda osoba, która odbywała kurs w ZSRR lub miała tam kontakty z przedstawicielami sowieckiej komunistycznej partii i tamtejszych służb. Nie miał jednak kto tego robić.
Zresztą jeszcze do 1997 r. obowiązywał komunistyczny kodeks karny (tzw. kodeks Andriejewa), z którego z artykułu za szpiegostwo ścigano m.in. Ryszarda Kuklińskiego. Lata 90. były złotymi latami w Polsce dla rosyjskich służb, zresztą także dla innych obcych wywiadów działających w Polsce. Symbolem tych czasów stał się Władimir Ałganow, oficer sowieckiego, potem rosyjskiego wywiadu, mający szerokie kontakty z czołowymi politykami, w tym Aleksandrem Kwaśniewskim. Zresztą do dziś nie wyjaśniono, kim byli działający pod pseudonimami „Minim” i „Kat” współpracownicy rosyjskich służb. Z kolei Józef Oleksy, postkomunistyczny działacz lewicy, późniejszy premier RP, w 1995 r. został oskarżony z mównicy sejmowej przez Andrzeja Milczanowskiego, ówczesnego szefa MSW, o współpracę z rosyjskimi służbami jako agent o pseudonimie Olin. Wprawdzie nigdy nie usłyszał zarzutów szpiegostwa, a sprawa Olina została umorzona, to szereg wątpliwości pozostał do dziś.
Zero wielkich afer szpiegowskich w Polsce
Jednak po wprowadzeniu w 1997 r. nowego kodeksu karnego, w tym brzmienia art. 130 opisującego przestępstwo szpiegostwa, niewiele się zmieniło. Za to jedno z najcięższych przestępstw groziło do 10 lat więzienia. Faktycznie wyroki w większości były jednak symboliczne. Średnio kilka lat więzienia, z czego w niektórych przypadkach skazani wychodzili przed odbyciem całości kary. Zresztą zarówno w latach 90. i na początku XXI w. nie było spektakularnych afer szpiegowskich. Ci, których skazywano za pracę dla obcych służb – głównie rosyjskich – nie byli osobami z pierwszych stron gazet, mającymi realny wpływ na system bezpieczeństwa. Czy to oznacza, że przez kilkadziesiąt lat III RP Rosjanie nie mieli agentury wśród polityków, wysokich rangą urzędników państwowych, oficerów wojska czy służb? Oczywiście, że mieli, mają i niestety mieć będą. III RP stworzyła do tego warunki cieplarniane. Wprawdzie przy procesie wejścia Polski do NATO zaczęto w Polsce odcinać sowieckie i rosyjskie ogony, np. wprowadzono ustawę o ochronie informacji niejawnych, zaczęto pozbywać się części osób w armii czy na szczytach władzy, ale to były raczej drobne porządki. Przecież dopiero w październiku 2023 r. (34 lata po przemianach polityczno-ustrojowych!) zaostrzono kary za szpiegostwo, wprowadzając górną granicę: dożywocie.
Wielopoziomowe rosyjskie operacje
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii, jeszcze raz podkreślę: to zupełnie hipotetyczna sytuacja, o fikcyjnej osobie, mająca pokazać poważne słabości systemu bezpieczeństwa RP. Wyobraźmy sobie młodego, dynamicznego działacza PZPR, który zostaje zauważony przez sowieckie służby. Jest obserwowany, bo bywa w Moskwie. Zapada decyzja o jego werbunku. W nowej rzeczywistości po przemianach polityczno-ustrojowych taka osoba ma szansę na wielką karierę. Z różnych powodów stawia jednak na biznes, zarabia pieniądze, korzysta ze swoich rosyjskich kontaktów, nie rezygnując ze swojej politycznej działalności. Po latach porzuca interesy i wchodzi do polityki. Nigdy nie przeszedł weryfikacji. Nie było bowiem ku temu powodu. Jest jednak znany i rozpoznawalny. Dostaje się do Sejmu, otrzymując z automatu dostęp do informacji „tajne”. W tym czasie trwają w Polsce różne operacje rosyjskich służb. Jedna z nich to wyeliminowanie z użytku polskich służb systemu Pegasus. Inna, prowadzona wspólnie z białoruskim wywiadem, jest elementem wojny hybrydowej mającej osłabić wschodnią granicę RP i wywołać negatywne nastroje w stosunku do służb mundurowych – wojska i Straży Granicznej. Funkcjonariusze tych formacji są przedstawiani jako osoby bez serca, wręcz mordercy. Kolejne dotyczą wspierania różnych protestów antyrządowych, pod hasłami praworządności i obrony konstytucji. Budowana jest atmosfera nienawiści do rządzącego wówczas ugrupowania, przedstawianego jako dyktatura. Jednocześnie pogłębiają się podziały w sądownictwie, zaczyna dochodzić do podziału na „dobrych” i „złych” sędziów. Zaczynają być kwestionowane decyzje, orzeczenia i wyroki. Na tej fali do władzy dochodzi różnorodna koalicja. W jej skład wchodzi niewielkie postkomunistyczne ugrupowanie, o niewielkim poparciu, ale na tyle dużym, aby wejść do Sejmu. Bez tej partii nie da się stworzyć koalicji. Mimo niewielkiego poparcia jej przedstawiciele podczas negocjacji koalicyjnej uzyskują dla siebie fotel jednej z czterech najważniejszych osób w RP. Na to stanowisko zostaje wskazany właśnie ten człowiek z PZPR, który został zwerbowany jeszcze przez sowieckie służby. Dzięki koalicyjnemu dilowi zostaje jedną z najważniejszych osób w RP. Bez żadnego sprawdzenia. Bez weryfikacji służb – zgodnie z prawem – otrzymuje dostęp do największych tajemnic. Mało tego – służby takiej osoby nie mogą sprawdzić ani zweryfikować. Wnioski? Dzięki wielopoziomowej rozgrywce operacyjnej udaje się uplasować swojego człowieka w bezcennym pod względem wywiadowczym miejscu z dostępem do tajemnic. Fikcja?
🚨🚨🚨Możemy taniej sfinansować zbrojenia.
— GP Codziennie (@GPCodziennie) February 15, 2026
SAFE to pułapka❗️❗️❗️
To oraz wiele więcej w najnowszym wydaniu #GPcodziennie!
A jeśli chcesz przeczytać nowe wydanie online! To możesz je wykupić na stronie 👉 https://t.co/NGuZyAXV2W pic.twitter.com/X9igc3TPX0