Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Krzysztof Wołodźko: Uśmiech fałszywych proroków. Lewicowo-liberalne mniejsze i większe fantazje

Szczęśliwego Nowego Roku! Jak pięknie brzmią te życzenia. Kłopot w tym, że niemal całą III RP mamili nas nimi – na ogół dla swego największego pożytku – lewicowo-liberalni fałszywi prorocy.

Jakiś czas temu na popularnym portalu e-handlu znalazłem opasłą księgę pełną złudzeń wyartykułowanych przez najtęższe umysły naszych czasów.

Oferta w bardzo dobrej cenie: 4 złote za egzemplarz, co sporo mówi o tym, jak szybko w naszych czasach spada popyt na nieco tylko przedawnione prognozy na przyszłość. Ta książka to „Idee z pierwszej ręki” (2008 rok), duży wybór wywiadów ze znanego swego czasu tygodnika, a następnie miesięcznika idei „Europa” (2004–2011). Na jego łamach zabierali głos: Agnieszka Holland i Aleksander Smolar, Jadwiga Staniszkis i Bronisław Łagowski, Peter Sloterdijk i Ireneusz Krzemiński, André Glucksmann i Francis Fukuyama, Paweł Śpiewak i Zygmunt Bauman, Donald Tusk i Guy Sorman. Trzeba oddać sprawiedliwość twórcom „Europy”, wśród których były także konserwatywne postaci, choćby Filip Memches, że udzielali głosu postaciom także spoza liberalno-lewicowego światka. W przywołanej przeze mnie książce znajdziemy również wywiady z Jarosławem Kaczyńskim, Zdzisławem Krasnodębskim, Andrzejem Nowakiem, Władimirem Bukowskim, Alainem Besançonem, Ryszardem Legutką, Markiem Jurkiem, Johnem Grayem. Pytania i odpowiedzi o Zachód i Rosję, Boga, wiarę i rozum, współczesne ideologie i wizje państwa polskiego brzmią naprawdę mądrze. Lecz po latach lektura kojarzy się ze znanym powiedzeniem: „Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swych planach na przyszłość”. W wersji dla niewierzących byłoby pewnie coś o historii śmiejącej się do rozpuku ze śmiertelników. Nie ma w tym za grosz przesady: dobrze przecież wiemy, jak różnie przez ostatnie dekady brzmiały w naszych ustach słowa: „Szczęśliwego Nowego Roku!”. Jak różne tony przebijały w nich od 1989 roku do chwili obecnej. 

Europa, czyli dzieje złudzeń

Dzieje współczesnej Europy to historia złudzeń. Mniejszych i większych fantazji. Nadziei – czasem dotrzymanych, ale nierzadko przechodzących w złudzenia, kłamstwa i szantaże. Złudzeń mniej lub bardziej lokalnych i globalnych. Złudzeń opartych na chciejstwie. Przykład? Bardzo proszę: „Wszystko wskazuje na to, że rządy PiS były etapem koniecznym, ostatnią konwulsją na drodze Polski do stania się krajem »postdemokratycznym«, w którym polityka znaczy coraz mniej. (…) Ostatecznie to to Peter Sloterdijk miał rację – Polacy stali się takimi samymi Europejczykami jak wszyscy inni”.

Ktoś powie, że to cytat bardzo na czasie. Otóż – nie. Powyższe słowa zapisał w 2008 roku Maciej Nowicki, autor wstępu do przywołanej wyżej książki „Idee z pierwszej ręki”: rok po utracie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, dwa lata przed Smoleńskiem, 14 lat przed regularną napaścią Rosji na Ukrainę. Chcesz rozśmieszyć historię? Opowiadaj o jej końcu. Z tego rodzaju fałszywych proroctw przez znakomitą większość III RP składało się polskie życie intelektualne w jego mainstreamowym nurcie. Z takich chybionych analiz składała się w dużej mierze lewicowo-liberalna niska i wysoka publicystyka, zawsze w awangardzie modnych i opłacalnych opinii na temat Zachodu, Rosji, Polski, gospodarki, kultury, religii.

Opowieści o postpolityce i postdemokracji, o zatraceniu wielkich i twardych tożsamości przez narody Europy Środkowo-Wschodniej, które dołączyły do Unii kilkanaście lat po upadku żelaznej kurtyny, często okazały się chybione. Także dlatego, że i zachodni Europejczycy nie zatracili swoich pragmatycznych interesów i wspólnotowych tożsamości, partykularnych ambicji i charakterów narodowych. Przeciwnie. Z roku na rok widzimy, jak narodowe ambicje rosną w siłę, coraz bardziej wymykając się starym politycznym oligarchiom Niemiec, Francji, Włoch. I biada tym, którzy na peryferiach Starego Kontynentu dali się przy okazji skorumpować „elitom” o mentalności folwarcznych ekonomów, wmawiającym nam, że szczęśliwa przyszłość to realizacja cudzych interesów. To nieco zabawne, że ojciec francuskiego konserwatyzmu Joseph de Maistre wciąż ma więcej racji niż piewcy „człowieka europejskiego”. Przypomnijmy jego prowokacyjne słowa, wypowiedziane u zarania epoki oświecenia: „Otóż, nie ma wcale człowieka na świecie. Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan, etc. Wiem nawet, dzięki Montesquieu, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem”. Nie ma też Europejczyków spod jednej sztancy, choć ideologiczne próby jego produkcji wciąż trwają w najlepsze, co źle wróży całemu eksperymentowi. I tym, którzy padli jego ofiarą.

A rzekoma postpolityka i postdemokracja? Wcale nie oglądamy dzisiaj uwiądu władzy politycznej, lecz jej dostosowanie do nowych technologicznych narzędzi wpływu na masy. Na własne oczy widzimy, czym stały się farmy trolli jako narzędzie budowania władzy i jak liberalni politycy poczynają sobie coraz śmielej i bezkarniej w łamaniu elementarnych reguł konstytucyjnych, dotyczących także bezpieczeństwa państwa. Niszczą też wszelkie status quo i dobre obyczaje – co oglądamy niemal non stop i czemu nie przeczą już nawet opiniotwórcze gremia mniej lub bardziej dyskretnie kibicujące samowolkom Donalda Tuska i jego silnorękich. Śmiesznie i pretensjonalnie w tym kontekście brzmi niegdysiejsze demonizowanie rządów PiS z lat 2005–2008 przez liberalną i lewicową inteligencję. Realne procesy historyczne i polityczne poszły w innym kierunku: najbardziej bezwzględne okazały się siły na każdym kroku wycierające sobie usta tolerancją, prawami człowieka i liberalizmem. Dziś gotowe są sięgnąć po każde narzędzie, poza jawnym mordem politycznym, żeby zrównać z błotem i zniszczyć swoich przeciwników. Przykłady przynosi każdy dzień. A tłuszcza wyje z radości. To jest ten europejski, szczęśliwy ład, zapowiadany przez liberalnych luminarzy jeszcze kilkanaście lat temu? 

Szczęśliwego Nowego Roku?

Szczęśliwego Nowego Roku! Wybierzmy przyszłość! Przez dekady III RP lewicowo-liberalne elity karmiły nas złudzeniami na temat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Przeszłość chciały zakłamać z pomocą przemilczeń i przeinaczeń, ponieważ same były w większości beneficjentami kłamstw i zbrodni założycielskich Polski Ludowej. Postkomunizm od początku transformacji był fałszywą obietnicą zbudowania dobrej przyszłości na zgniłych fundamentach. W dzisiejszych czasach jest jeszcze niebezpieczniejszy, bo został politycznie przejęty przez Koalicję Obywatelską i stał się praktyką i ideologią rodzimego ultra- i lumenliberalizmu. Ale jego korzenie wciąż czerpią z tego samego przekonania, że „dobre elity” muszą panować nad „złym plebsem”: kulturowo i gospodarczo. W ostatni dzień grudnia rządzący liberalni postkomuniści z obłudnym uśmiechem będą nam życzyć szczęśliwego nowego roku. 

Tyle że w zanadrzu mają już dla nas dalsze grzebanie ochrony zdrowia, wysokie podwyżki cen energii, rosnące bezrobocie i prześladowania polityczne, wzmocnienie coraz sprawniej budowaną architekturą medialnej nienawiści. Na marginesie, Donald Tusk przed kilkunastu laty w wywiadzie dla „Europy” mówił: „»Solidarność« od pierwszego dnia strajku była tak naprawdę ruchem na rzecz wolności, a więc liberalizmu”. Retoryczna sztuczka? Zapewne. Za nią jednak kryła się filozofia, która przez dekady usprawiedliwiała każdą transformacyjną podłość: od głodowych płac za rządów PO-PSL przez zwijanie państwa i usług publicznych po patologie nie tylko stołecznej reprywatyzacji. A przecież prawda jest zupełnie inna: bardzo wielu ludzi Solidarności, nie tylko Joanna i Andrzej Gwiazdowie, z krzykiem uciekało od tego, co po 1989 roku sprzedano jako liberalizm po polsku. Tyle że nie miało takich wpływów jak Adam Michnik, dobry kumpel i Donalda Tuska, i Wojciecha Jaruzelskiego.

Bajeczki dla uśpienia frajerów

Opowieść nadwiślańskich elit o polskiej przyszłości była w gruncie rzeczy bajeczką opowiadaną dla dobra najbardziej uprzywilejowanych. I dla tych, którzy nie chcieli konfrontować się z prawdą historyczną o świecie, Europie i naszym regionie. W dyskusjach o Rosji największy realizm przejawiali ludzie, których liberałowie usiłowali dyskredytować jako „zbyt prawicowych”. I to jeszcze w czasach przed resetem za pierwszych rządów Donalda Tuska. Znakomitym przykładem są – bodaj najbardziej realistyczne – wypowiedzi Andrzeja Nowaka o Rosji w debacie z marca 2007 roku z Glebem Pawłowskim, Władimirem Bukowskim i Włodzimierzem Marciniakiem. Polski historyk mówił:

„Rosja ucieka się do siły. (…) Zoo z otwartymi klatkami – to jest ta formuła wolności, którą akceptuje Rosja. Rosja jest, na szczęście dla siebie, dość dużym zwierzęciem, ale obok siebie ma znacznie mniejsze zwierzęta, którym każe rywalizować ze sobą przy otwartych klatkach (…). Nad tym wszystkim warto się zastanowić – jak długo można działać w ten sposób i czy można zbudować na takiej zasadzie system stabilnej współpracy międzynarodowej?”.

Dziś już znamy odpowiedź na to pytanie – blisko 20 lat temu dość jasno podpowiadaną przez prof. Nowaka. Wtedy jednak takie wypowiedzi gorszyły salony. Uchodziły za niestosowne, nadto kasandryczne. Apogeum ogłupienia miało przyjść kilka lat później, gdy Piotr Kraśko w TVP z zachwytem opowiadał o obchodach Dnia Zwycięstwa w Moskwie, a Tomasz Lis „dyskutował” z „rosyjskim liberałem” Dmitrijem Miedwiediewem. Doskonale pamiętamy ton ówczesnych dyskusji w mainstreamowych polskich mediach na podobne tematy – przeważało lekceważenie, bagatelizowanie, ośmieszanie „rusofobów”. Byli nimi na ogół ludzie, których lewicowo-liberalni arbitrzy elegancji prawem kaduka usiłują rozliczać z wyssanej z brudnego palca „putinofilii”. Kto ma nieco lepszą pamięć i zna źródła, ten może tylko szydzić z orwellowskiej strategii protuskowych sił w Polsce. I z chełpliwych zapisków Adam Michnika, jak to „dyskutował” z Władimirem Putinem w ramach potiomkinowskich debat Klubu Wałdajskiego. 

Jak każdy lubię życzenia „Do siego roku!”. Od lat wiem jednak, że niezależnie od prywatnych powodzeń i niepowodzeń nie powinno się do nich zbytnio przywiązywać, gdy myślimy o mistrzyni życia, Historii. Szczególnie że największymi specjalistami od takich życzeń w III RP okazali się lewicowo-liberalni fałszywi prorocy, zaklinacze rzeczywistości. Nawet jako subtelni intelektualiści przez dekady sięgali po ordynarne kłamstwa, żeby pod presją swoich nazbyt rozreklamowanych autorytetów wmawiać nam korzystne dla swoich interesów wersje rzeczywistości. Dzisiaj większość tych analiz, solennych zapewnień o końcu historii, mądrości niemieckiej polityki, zbyt niemrawym wobec Zachodu tempie rozwoju Chin, nieuniknionej demokratyzacji Rosji, rozpadzie wspólnot narodowych i uwiądzie tradycyjnych tożsamości, śmierci Boga, europejskim wiecznotrwałym błogostanie – nadaje się na makulaturę. A tej już nikt nie chce skupować. Co najwyżej mają z niej pożytek zgryźliwcy, którzy lubią sobie pokpić ze starych życzeń: „Szczęśliwego Nowego Roku!”.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane