Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Marek Świerczek dla Niezalezna.pl o szpiegu w MON. "Nie należało przerywać tej gry"

- Rosjanie mają tendencję do stałej rozbudowy agentury w jednym miejscu, by mieć możliwość prowadzenia gier z kontrwywiadem przeciwnika. Każdy pozyskany agent musi więc wskazywać kolejne osoby do współpracy, co stale poszerza bazę werbunkową - powiedział w rozmowie z portalem Niezalezna.pl emerytowany oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ppłk dr Marek Świerczek.

Na początku lutego br. Służba Kontrwywiadu Wojskowego zatrzymała w MON szpiega. Co o nim wiemy? Władysław P. to pracownik cywilny resortu. Zatrudniony tam jeszcze w latach 90. XX wieku. W przeciągu ponad 30 lat pracował w różnych departamentach MON, ale także w Sztabie Generalnym.

W momencie zatrzymania pracował w Departamencie Strategii i Planowania Obronnego MON. Miał dostęp do informacji niejawnych o klauzuli „tajne”. SKW ostatni raz prowadziła wobec niego postępowanie sprawdzające w 2021 roku. Usłyszał zarzuty z art. 130 par. 2, czyli działania na rzecz obcego wywiadu. Po nowelizacji z 2023 roku grozi za to od 8 lat więzienia do dożywocia. Decyzją sądu został aresztowany na trzy miesiące.

Opinia publiczna nie dowiedziała się, na rzecz wywiadu jakiego kraju działał i na czym polegała ta współpraca. Pojawiła się w mediach informacja, że powodem zainteresowania Władysławem P. nie było jedynie zgłoszenie przez niego do kard ministerstwa informacji o przedłużeniu urlopu – we wrześniu 2025 roku wyjechał on na Białoruś i ze względu na zamknięcie przejść granicznych nie mógł wrócić. SKW miała go mieć na oku przez ok. półtora roku. Sprawę przejęła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ponieważ SKW nie ma uprawnień śledczych.

O szeroki komentarz do sprawy zatrzymanego szpiega poprosiliśmy ppłk dra Marka Świerczka. To emerytowany oficer ABW, który na swoim koncie ma kilka publikacji książkowych na temat historii wywiadu, w tym ostatnią „Śpiące psy”, w której wrócił do sprawy zatrzymanego przez Urząd Ochrony Państwa rosyjskiego szpiega Marka Zielińskiego.

Poniżej cała rozmowa.

***

Sabina Treffler (Niezalezna.pl): Po ujawnieniu części informacji pojawiły się sugestie, że zatrzymany Władysław P. mógł nie być najważniejszym szpiegiem w resorcie. Czy mogło dojść do sytuacji, że znów został rozegrany tzw. gambit piona, by ukryć innego, lepiej ulokowanego i bardziej niebezpiecznego agenta obcego wywiadu?

Ppłk dr Marek Świerczek: Należy podkreślić, że opieramy się wyłącznie na informacjach medialnych, co wymusza spekulacje w miejsce rzetelnej analizy. Ale kilka faktów pozwala na taką próbę. Podobieństw do Marka Zielińskiego jest wiele. Uderzająca jest kwestia jego manifestowanych publicznie prorosyjskich poglądów i wyjazd lub wyjazdy na Białoruś, co zostało potwierdzone przez służby. Plotka medialna głosi, że współpracował z białoruskim KGB, a więc dla Rosjan, bo KGB Białorusi to de facto przybudówka rosyjskiego FSB. 

Tak samo jak w przypadku Zielińskiego, ktoś wyraźnie pchał go w ręce polskiego kontrwywiadu. Tutaj pojawia się kwestia łącznikowania agenta, która jest rudymentarna. Żaden wywiad nie ściągałby swojego agenta na swoje terytorium żeby się z nim spotykać. Chyba, że ktoś chciał, żeby w końcu zwrócono na niego wyraźnie uwagę. To jest to, co starałem się pokazać na przykładzie Zielińskiego w swojej książce. I to chyba rzuca się w oczy każdemu. Zakładamy, że mamy do czynienia ze służbami Białorusi. Póki co, jest to kraj, którego obywatele mogą swobodnie podróżować po całym świecie. Oznacza to, że koszt bezpiecznego łącznikowania to niewielka kwota np. przy wyjeździe do kurortu w Egipcie. Tam można zaaranżować „przypadkowe” spotkanie na plaży, przy wódce w pokoju hotelowym albo „urlopowy romans”. Przy szczególnie cennym źródle, łacznikiem może być nielegał bez jakichkolwiek związków z Federacją Rosyjską lub Białorusią. Koszt żaden, a kontrwywiad jest w takiej sytuacji absolutnie bezradny.

Jednak najistotniejsze jest to, czego jeszcze nie wiemy, czyli kiedy podjął współpracę i jak długo to trwało. To, co w jego przypadku jest po stronie urobku dla obcych służb w sytuacji zwerbowania takiego agenta, to wiedza gromadzona przez niego przez ponad 30 lat pracy w tym środowisku – znał wszystkich, pił z nimi przysłowiową wódkę i znał korytarzowe plotki w MON. Miał wiedzę o wzajemnych relacjach. Wszystkie brudne interesiki były mu doskonale znane.

Jednak, jeżeli byłby tak istotnym agentem jak wszyscy sugerują, to Białorusini, czy Rosjanie zrobiliby wszystko, żeby chronić to źródło. A oni nie tylko nie zrobili niczego, aby utrudnić kontrwywiadowi wykrycie tego człowieka. Wręcz przeciwnie zrobili wszystko, żeby w końcu ktoś na niego wpadł. Istnieje jeszcze hipoteza prostsza, że był po prostu oferentem i samorzutnie nawiązał kontakt z KGB. W takim wypadku, znając profesjonalizm kagebeszników, ograniczyliby się do biernego wysłuchiwania władkowych opowieści, zakładając, że może być polskim prowokatorem.

Tutaj przechodzimy do kolejnej kwestii – sukces czy porażka kontrwywiadu?

Moim zdaniem porażka.

 / 

Zaraz do tego wrócimy, ale cofnijmy się nieco w czasie. Do końca lat 70. XX wieku.

Wtedy Rosjanie budowali swoje pierwsze siatki agenturalne w Polsce. Był to pewnie moment powstania Komitetu Obrony Robotników. Najpóźniej zaś, nieudany z ich punktu widzenia, stan wojenny w PRL. Rosjanie doskonale wiedzieli, co to zapowiada. Liczyli się z tym, że będzie zmiana polityczna i PRL wyjdzie spod ich strefy wpływu. Wtedy jeszcze zakładali, że kraje satelickie nie wejdą do NATO i liczyli na „ukrainizację” Polski. Rozpoczęli budowanie u nas tzw. agentury perspektywicznej, czyli werbowali młodych ludzi, którzy w różnych instytucjach peerelowskich już pracowali. Zakładali bowiem, że z czasem starsi odejdą na emeryturę, a młodzi zajmą w przyszłości eksponowane stanowiska. Urząd Ochrony Państwa, później Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego był tak naprawdę jedyną instytucją, która przeszła weryfikację. Choćby nieudolną, ale przeszła. Dużo  później do tego grona instytucji dołączyły jedynie Wojskowe Służby Informacyjne. A i to tylko dzięki determinacji Antoniego Macierewicza.

Jednak wszystkie pozostałe instytucje jak MON, MSW, MSZ pozostały poza realną weryfikacją. Istnieje więc niskie prawdopodobieństwo, że Rosjanie nie mają tam agentury. Co więcej, należy pamiętać, że pracują oni inaczej niż zachodnie służby – na jeden obiekt przypada minimum dwóch rosyjskich współpracowników, którzy się wzajemnie sprawdzają. Rosjanie mają tendencję do stałej rozbudowy agentury w jednym miejscu, by mieć możliwość prowadzenia gier z kontrwywiadem przeciwnika. Każdy pozyskany agent musi więc wskazywać kolejne osoby do współpracy, co stale poszerza bazę werbunkową.

MON, Milicja Obywatelska, Ludowe Wojsko Polskie, praktycznie cała administracja państwowa przeszły suchą stopą przez zmiany polityczne lat 90-tych. Wszyscy ci ludzie mieli przecież masę kontaktów wśród kolegów z ZSRR. To samo się tyczy sprawy marszałka Włodzimierza Czarzastego. Najwyraźniej wszyscy już zdążyli zapomnieć o tym, że całe SLD, cała wierchuszka tej partii to są ludzie, którzy mieli kumpli w KC KPZR, kończyli kursy partyjne w Moskwie, bywali w ambasadzie sowieckiej. Rosjanie byli sojusznikami politycznymi i ideologicznymi. Nikt nie postrzegał ich jak zagrożenia.

Jest zdjęcie, na którym Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski stoją z Władimirem Ałganowem, a śp. Oleksy był słusznie rozżalony, że Ałganow robił notatki z koleżeńskich popijaw u Oleksych, a potem słał je do Moskwy jako urobek szpiegowski. Mam wrażenie, że to umyka naszej pamięci. Jakbyśmy wierzyli wciąż w „grubą kreskę”, po której zaczęła się od zera III RP, a PRL nigdy nie było.

Dochodzimy tutaj do wniosku, że nie uczymy się na błędach albo wręcz nie znamy własnej historii.

Coś w tym jest. W takich warunkach bardzo łatwo przeprowadza się operację typu Trust, którą Rosjanie skutecznie skompromitowali wszystkie wywiady w Europie. To, co pokazywał w sprawie szpiega w MON gen. Jarosław Stróżyk, to klasyczny przykład mechanizmu samonapędzającego się oszustwa – wszyscy, od oficera prowadzącego sprawę, przez kierownictwo jego służbę i nadzorcę politycznego zyskują, ponieważ czujnie złapali szpiega. Nikt nie ma w tym momencie motywacji do tego, żeby zadawać sobie takie pytania jak my w tej chwili, czy to był jedyny szpieg. I, czy przypadkiem nie został nam podsunięty. Takie pytania są bardzo nieprzyjemne dla ludzi, którzy właśnie wypinają piersi do orderów.

Tutaj pojawia się przykład gen. Andrzeja Kapkowskiego, byłego szefa UOP, który opowiadał podczas jednej z konferencji w Centralnym Ośrodku Szkolenia ABW drżącym ze wzruszenia głosem, że gdy na Rakowiecką przyszła informacji o zatrzymaniu Marka Zielińskiego, z radości rzucił się w objęcia śp. Konstantego Miodowicza. Bardzo ciężko jest człowiekowi przyznać, że dawne sukcesy były mirażem, ale interes publiczny wymaga, by szkodliwe mity obalać i móc w końcu klarownie widzieć rzeczywistość. Podobny los może w przyszłości spotkać gen. Stróżyka, który ogłosił sukces złapania szpiega w MON i z powagą oskarżył opozycję o związki z Moskwą. Groteskowości dodaje fakt, że z kolei dzisiejsza opozycja generała Stróżyka oskarżała o to samo.

To dobry moment, żeby wrócić do Pana opinii, że to porażka służb.

Bez znaczenie jest, czy Władysław P. był realnym agentem, oferentem, czy jedynie wabikiem (jak mówią Rosjanie: podstawą), który ma odciągnąć uwagę od rzeczywistej agentury funkcjonującej w MON. W żadnym wypadku nie należało przerywać tej gry.

W sytuacji, gdy wiemy, że mamy szpiega i wiemy kto to, to opcje są dwie. Areszt podejrzanego, pogłębione przesłuchanie, dokonanie oceny możliwych strat i radykalna zmiana wszystkiego, do czego miał dostęp. I w tym momencie cała wiedza, którą przekazał przeciwnikowi, jest bezużyteczna. To jest racjonalna opcja, ale bardzo trudna, bo nie zmienimy sojuszy, ani planów strategicznych, nie wspominając o strukturach i kadrze kierowniczej, która będzie stanowisk bronić jak niepodległości. Druga opcja, którą się stosuje w takich przypadkach to wykorzystanie go „na ślepo” lub przewerbowanie.

Można mu wtedy podsuwać zmanipulowane informacje. To drugie rozwiązanie jest prostsze, bo nie wymaga od nas większych przetasowań, wprowadzając chaos w uzyskaną przez przeciwnika wiedzę. Rosjanie nazywają to putanicą.

Wydaje się, że nad tym rozwiązaniem nikt się nie zastanawiał. Tak jakby zakładał, że w Polsce nie ma służby, która byłaby do takiej operacji zdolna. Nie prowadzi się najwyraźniej gier operacyjnych. Za to widzimy lansujących się w mediach gen. Stróżyka i polityków, którzy odtrąbili sukces i rozpętują atmosferę zagrożenia i szpiegomanii, z oczywistym celem politycznym.

Nawiązując do konieczności zmiany dotychczasowych planów i sojuszy, to jesteśmy w momencie, w którym kanclerz Friedrich Merz podczas Międzynarodowej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium mówił o gotowości Niemiec do przewodzenia w Europie, a w Unii Europejskiej dyskutowany jest program SAFE.

Możliwe, że ta sprawa szpiega w MON ma zostać wykorzystana do tego, żeby storpedować dotychczasowe plany zakupowe dla polskiej armii.

Należałoby rozważyć tę kwestię w szerszej perspektywie. Nieustannie zalewa się nas absurdalnymi informacjami, które wypierają rzeczywisty problem, czyli po prostu gigantyczną przemianę geopolityczną, która wyrywa Polsce dywan spod nóg. Cała struktura bezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej była oparta na dwóch filarach: NATO i Unii Europejskiej. I teraz oba te twory na naszych oczach zaczynają się kruszyć. Do tego mamy kanclerza Niemiec, który zupełnie otwarcie mówi, że Niemcy zamierzają być liderem Europy, również w wymiarze militarnym. Należy pamiętać, że o ile Republika Federalna Niemiec jest pokojową demokracja parlamentarną, to Republika Weimarska na początku też nią była. Aż do 1933 r. I stało się to w ramach legalnych procedur demokratycznych. Może więc należało by w Polsce zacząć dyskusję, jakie mamy realne opcje, w sytuacji, gdy stoimy przed globalną zmianą geopolityczną, zamiast udawać, że nas to nie dotyczy? Nasi politycy zachowują się jak panowie z emigracji londyńskiej, którzy jeszcze po Teheranie i Jałcie kłócili się, kto jakie stanowisko zajmie w powojennej Polsce.

Wróćmy jeszcze do sprawy Marka Zielińskiego. Po zatrzymaniu go przez UOP wciąż miał informacje, że w UOP jest kret.

A słyszała Pani o tym, że tego kreta kiedykolwiek złapano? Nie. Co więcej, w tzw. białej księdze dotyczącej sprawy Józefa Oleksego związanej z aferą „Olina” jest zacytowana wypowiedź gen. Gromosława Czempińskiego o regularnie pozyskiwanych przez UOP informacjach o aktywnej agenturze rosyjskiej w 1995 r. Sam Marian Zacharski z rozbrajającą szczerością opowiadał w rozmowie z oficerem SWR (Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej - red.), że wprawdzie Rosjanie w 1995 r. mieli w UOP w każdej jednostce agentów, tylko akurat nie w jego sekcji. Czyli od 35 lat wiedziano, że instytucje państwowe są zinfiltrowane, ale nie złapano nikogo? Marek Zieliński był emerytem z problemem alkoholowym. A teraz w MON złapano cywila niskiego szczebla. W obu wypadkach można obwieścić sukces, zapominając przy tym o poważnych zagrożeniach. Pewne podobieństwa rzucają się w oczy, prawda?

Stara zasada wywiadu rosyjskiego głosi, że „gry operacyjne nie kończą się nigdy”.

I oni na tym korzystają. To bardzo przykre dla nas wnioski. Rosyjscy politolodzy nazywają Polaków narodem skaczącym po grabiach. Robimy sobie krzywdę raz po raz i tylko nas to coraz bardziej rozjusza. Z przykrością to powiem, ale Rosjanie nie muszą nawet wymyślać nowych metod.

Dlatego, że przeciwnik zna naszą historię lepiej niż my?

Tu jest problem - zna ją znacznie lepiej niż my, bo my albo nie pamiętamy albo powtarzamy wygodne mity. Do tego my się nie uczymy. Rosjanie to naród wychowany na szachach. Przez to potrafią przewidywać ruchy i myśleć strategicznie. My – niekoniecznie.

Zreformowanie służb specjalnych w Polsce może nam w tym pomóc?

Należałoby zacząć od odpartyjnienia służb i wprowadzenia realnych, a nie udawanych mechanizmów polityki kadrowej. Reszta przyjdzie sama – jesteśmy narodem wybitnie kreatywnym i zdolnym do poświęceń. Wystarczy tylko dać nam szansę pokazania tego, zamiast nakładać kaganiec w imię partykularnych interesów. 


 

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane