Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Sikorski jak na dopalaczu

Od początku exposé Radosława Sikorskiego było jasne, że nasz szef MSZ nie prezentował rutynowej informacji o polskiej polityce zagranicznej. Było to świadome zagranie.

Autor:

Od początku exposé Radosława Sikorskiego było jasne, że nasz szef MSZ nie prezentował rutynowej informacji o polskiej polityce zagranicznej. Było to świadome zagranie. Napastliwy, obraźliwy początek miał przesłonić pustkę merytoryczną. Kabaretowe gesty, retoryka i megalomaństwo były raczej w duchu włoskich party bunga-bunga. O tym, że nie byłoby tematu do poważnej rozmowy, najlepiej świadczy fakt, iż tego samego dnia w godzinach popołudniowych rząd zaplanował sejmową debatę na temat OFE. Gabinet Tuska kolejny raz pokazał społeczeństwu, że nie zamierza poważnie ani uprawiać polityki zagranicznej, ani rozmawiać o niej z opozycją

W tym roku, jak chyba nigdy wcześniej, polski świat polityczny oczekiwał głosu rządu w sprawach polityki zagranicznej. Jedni liczyli na precyzyjny scenariusz naszej prezydencji w Unii Europejskiej, inni spodziewali się odniesienia do spraw wschodnich czy bezpieczeństwa energetycznego. Nie spodziewano się intelektualnego gejzeru po tym ministrze, ale liczono na wyważoną wykładnię szefa dyplomacji o sytuacji na świecie i przyszłym zachowaniu się państwa polskiego w ostatnim roku tego rządu. Jednak w zamian, ku powszechnemu zdumieniu, usłyszeliśmy zacietrzewioną przemowę, która raczej pasowała do zamkniętych wieców partyjnych.

Myli się poseł Zbigniew Girzyński, utrzymując, iż był to występ przypominający zachowanie wiceministra niemieckiego lub rosyjskiego. Kabaretowe gesty, retoryka i megalomaństwo były raczej w duchu włoskich party bunga-bunga. Jestem przekonany, iż niejeden ambasador obserwujący przemówienie z galerii sejmowej zastanawiał się skonsternowany, jakiego dopalacza ten człowiek użył.

Obraźliwa retoryka i megalomaństwo

Szefem dyplomacji zostaje czasem krwisty działacz polityczny lub związkowy. Zdarza się wtedy, że podczas interpelacji parlamentarnej lub w debacie międzynarodowej odwoła się do mocnego porównania lub ciętej riposty. Generalnie jednak szefowie dyplomacji są znani ze stateczności, umiarkowania, łagodnego języka, jednym słowem – zachowania pojednawczego. Ostrzejsze sformułowania zwykle rezerwują wobec otwartych wrogów zewnętrznych skonfliktowanych z danym państwem.

Z tak zwanej informacji ministra na temat polityki zagranicznej RP w 2011 r. wynika, że choć są na świecie tacy, którzy bogacą i zbroją się szybciej, to koniunktura międzynarodowa jest nadal sprzyjająca (nikt na nas nie czyha – jak głosi Bronisław Komorowski), a głównym zagrożeniem dla Polski jest krajowa opozycja. Sikorski nie przedstawił zatem zwyczajowo panoramy wyzwań i zagrożeń stojących przed Polską na arenie międzynarodowej. To wobec opozycji skierowany został potok obraźliwej retoryki i zarzutów o brak patriotyzmu. Apogeum tego ataku stanowił histeryczny krzyk do opozycji o opamiętanie się i pokochanie Polski. Była to raczej kontynuacja trwającego od kilku lat procesu dyskredytowania opozycji, eliminowania z dyskursu, piętnowania jej rzekomo antysystemowego zachowania. Tak napastliwe zachowanie ministra spraw zagranicznych pozbawia go możliwości pojednawczego działania, docierania ponad podziałami do różnych sił politycznych w celu budowania konsensu wokół interesów narodowych. W kontekście szybko zbliżającej się prezydencji polskiej w Unii jest to niedobry prognostyk. Pokrzykiwania na opozycję w obecności korpusu dyplomatycznego dają też sygnał światu, że interesy polskie można rozgrywać. Rządom z lat 2005–2007 można tu i ówdzie zarzucić niezgrabne zachowanie, gdyż działały pod znaczną presją międzynarodową. Nie posunięto się jednak wówczas do tak bezkompromisowego dezawuowania opozycji. A można było, choćby wtedy, gdy Radosław Sikorski w zagranicznej prasie w 2007 r. przestrzegał Amerykanów przed zawieraniem porozumienia o tarczy antyrakietowej z rządem PiS.

Istotnym odejściem od dotychczasowych kanonów przedstawiania corocznej informacji o polityce zagranicznej był też niewiarygodny poziom megalomaństwa. Poprzedni ministrowie pozwalali sobie na okraszenie wystąpień celnym cytatem. Jednak tym razem mieliśmy do czynienia z prawdziwym festiwalem złotych myśli i dygresji. Przytaczanie Paderewskiego, Wieniawy, Lorda Actona, Horacego, Rokkana, Napoleona, licznych powiedzonek polskich, amerykańskich czy ocen z prasy zagranicznej brzmiało bombastycznie i niezwykle sztucznie w ustach ministra, który nie używa takiego języka na co dzień. Te popisy retoryczne uzupełniały długie wywody na temat sytuacji gospodarczej Polski na tle innych krajów. Nie trzeba tłumaczyć, że dyplomacie nie przystoi prowadzić tak otwarcie porównań i rankingów międzynarodowych w obecności przedstawicieli innych państw. Minister następnie podsumowywał minione dwudziestolecie, przylepiając etykietki swoim poprzednikom, opisywał teraźniejszość, recenzując swoich kolegów z rządu i zapowiadał receptę na politykę zagraniczną na drugą dekadę XXI wieku. Od początku wystąpienia było zatem jasne, że Sikorski nie prezentował rutynowej informacji o polskiej polityce zagranicznej. Było to świadome zagranie. Napastliwy, obraźliwy początek miał przesłonić pustkę merytoryczną. O tym, że nie byłoby tematu do poważnej rozmowy, świadczy też fakt, iż jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych rząd zaplanował sejmową debatę na temat OFE. Gabinet Tuska kolejny raz pokazał społeczeństwu, że nie zamierza poważnie ani uprawiać polityki zagranicznej, ani rozmawiać o niej z opozycją.

Pusty piar

Konfrontacyjny ton wypowiedzi Sikorskiego nie zwalnia jednak z obowiązku dokonania przeglądu zachowania polskiej dyplomacji. Już kilka dni przed exposé opublikowany w prasie artykuł Donalda Tuska podsumowujący kadencję rządu w marginalny sposób odniósł się do polityki zagranicznej. Dla premiera sukcesem było wycofanie się z Iraku i zajęcie proeuropejskiej postawy, stworzenie programu Partnerstwa Wschodniego i zakończenie rosyjskiego embarga na polskie mięso. W ten minimalizm wpisał się Sikorski. Dotychczas ministrowie spraw zagranicznych ujmowali swoje exposé w sposób problemowy, odnosili się do istotnych wyzwań międzynarodowych lub bardziej tradycyjnie – omawiali relacje Polski z poszczególnymi państwami i organizacjami międzynarodowymi.

Jednak tym razem mieliśmy kolejne novum. Po wspomnianym wyżej kuriozalnym wstępie szef dyplomacji przedstawił mieszankę celów i instrumentów działania wobec kilku instytucji i państw. Sikorski chciałby, aby Polska była poważnym krajem, wzorem do naśladowania. Państwem stabilnym, sprawnym, o utrwalonej marce, a nasze stosunki z USA były dojrzałe. W takim właśnie nieprecyzyjnym, publicystycznym, chaotycznym stylu opisywane są dążenia polskiej dyplomacji.

Trudno rzeczowo polemizować z takim galimatiasem spraw i problemów. Szczególnie trudno zrozumieć, dlaczego Sikorski nie odniósł się rzeczowo do problemu wyjaśnienia międzynarodowych aspektów katastrofy smoleńskiej. Nikt nie oczekiwał wyjaśnień co do roli Tomasza Turowskiego, ale wielu liczyło, że Sikorski odniesie się do kwestii rozdzielenia wizyt, gdzie ów grał aktywną rolę. Spodziewano się też, że zrekapituluje, jakie wysiłki podjął na forum międzynarodowym, aby wspomóc śledztwo. W nieprecyzyjności i braku konkretnych zobowiązań jest oczywista myśl. Brak konkretów nie pozwala rozliczać rządu z realizacji zadań, a eufemistycznie postawione cele (poważny kraj, dobra marka, poprawione relacje, wzmocniona pozycja w Europie) pozwalają chwalić mu się czymkolwiek – przeprowadzonymi wizytami czy artykułami w prasie zagranicznej. Liczy się przecież tylko wizerunek i dobra marka – to jest racja istnienia tego rządu. W Europie dobrze postrzegany jest tylko ten z naszego regionu, kto o nic nie zabiega, nie przejawia asertywnej postawy w dążeniu do realizacji swoich interesów narodowych. Sikorski przypomina też, że oczekuje się, aby Polska była adwokatem „Europy” i zapowiada, że nie będzie w tym interesowna. Lepiej jest więc nie precyzować celów, nikt wówczas nie będzie przymuszał do ich realizacji i nikt nie będzie sprawdzał, czy zostały wykonane. Dobrze mieć następnie wspólnotę interesów z Niemcami, gdyż to utoruje nam drogę ku centrum decyzyjnemu Unii i pomoże w oddziaływaniu na Rosję. I tu jest cała filozofia działania naszej dyplomacji. Ale to żadna postawa wasalna. To realizm i roztropność bez martyrologicznej mitologii i historycznych resentymentów. Po co opacznie rozumieć honor. Opamiętajcie się i przyjrzyjcie naszemu potencjałowi beznamiętnie, tak jak to robią Niemcy (posiadający cztery razy większy od nas PKB) – mówił do nas w Sejmie nauczyciel patriotyzmu.

Na marginesie Europy

Realizacja takich założeń i myślenia o Polsce sprowadziła nas na margines życia europejskiego. Tuż po wejściu w życie oczekiwanego przez rząd traktatu lizbońskiego okazało się, że nowe stanowiska unijne zostały obsadzone bez konsultacji z Warszawą. Stara Europa uznała, że symboliczne stanowisko szefa europarlamentu dla Jerzego Buzka, na pół kadencji, to wystarczająca nagroda za członkostwo w Unii. W ostatnich miesiącach rząd został wręcz upokorzony, gdy zachodni Europejczycy znowu samodzielnie podejmowali decyzję w sprawie paktu konkurencyjności. W ostatnich dniach zaś, na cztery miesiące przed naszą prezydencją, kilka państw europejskich podjęło decyzje w sprawie Libii, zanim premier Tusk zdążył dojechać na Radę Europejską.

Po latach starań rząd doprowadził ostatnio do spotkania w ramach Trójkąta Weimarskiego. Spotkanie trzech przywódców trwało półtorej godziny. Odliczając czas na tłumaczenie, każdy z nich mógł zabrać głos przez 15–20 minut. Trudno dowodzić, że w takim czasie udało się trójkąt nasycić treścią.

Szczytem propagandowego sukcesu miały być pragmatyczne relacje z Rosją. Rząd zachłysnął się wizytą Putina na Westerplatte i w Katyniu. Niezwykle celebrowana była wizyta w Polsce Dmitrija Miedwiediewa. Podobno bilans tych stosunków jest pozytywny, a Rosja odwzajemnia przyjazne gesty rządu. Niestety rzeczywistość jest inna. Powiększa się deficyt handlowy z Rosją, wzrosła też cena gazu, który otrzymujemy ze wschodu, nie widać formalnoprawnego przełomu w sprawach historycznych (Katyń), a przyczyny śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu dostojników nadal spowija smoleńska mgła.

Mimo tych problemów Sikorski przekonuje nas, żebyśmy nie szli w rowach reakcji albo kałużach anarchii, ale prosto, prosto. Jak ślepiec?

Tekst ukazał się w najnowszym wydaniu „Gazety Polskiej” do której jest dołączony pierwszy zagraniczny film o katastrofie smoleńskiej pt. „List z Polski”.

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska