Ziemkiewicz i Wildstein rządzą na intelektualnej prawicy. Co więcej, oprócz dwóch, może trzech polityków, dwóch poetów i dwóch redaktorów, są najważniejszymi ludźmi po prawej stronie sceny politycznej. Wywiad rzeka z Wildsteinem jest zatem wydarzeniem. I książka „Niepokorny” Karnowskiego i Zaremby nie zawodzi. Momentami czytałem ją jak wywiad z kosmitą, czasami jak rozmowę z najbliższym przyjacielem obarczonym bagażem identycznych wręcz doświadczeń, co jakiś czas zazdrościłem celności sformułowań. Wildstein ma bowiem właściwą dziś w polszczyźnie jedynie Ziemkiewiczowi nieprawdopodobną łatwość docierania do sedna rzeczy za pomocą zdania z jednym orzeczeniem.
Dyrektorzy w myckach
Kiedy Wildstein jest dla mnie kosmitą? Pamiętam swój szok w 1986 r., kiedy w rozmowie z Januszem Weissem dowiedziałem się, że on pierwszy raz zobaczył księdza jako 20-latek na spływie kajakowym. Kiedy z Wildsteinem odczuwałem wspólnotę doświadczeń? Kiedy wspomina środowisko artystyczno-hipisowskiej bohemy, kiedy przywołuje klimaty podziemia. Osobiście ujął mnie po przyjeździe do Krakowa, na początku lat 90. Został dyrektorem radia. W czasie obiadu, za który zapłacił, rzucił mimochodem: – Kiedyś przywozili dyrektorów w teczkach, dziś przywożą w myckach… OK, zdolność do robienia sobie właściwego PR, ale też rodzaj dystansu i esprit, o którym my, dumni mieszkańcy Kartoflanii, czasami zapominamy.
„Nie będę się wypierał. Byłem w Wielkiej Loży Narodowej Francji. Nie należy jej mylić z Wielkim Wschodem, który jest lożą ateistyczną. My wierzyliśmy w wielkiego architekta, czyli stworzyciela”. Wildstein zdaje się uważać dziś, że masoneria to rodzaj mafii towarzyskiej, stowarzyszenia nieumarłych poetów w sweterkach polo… OK, cieszmy się na razie tym, że ktoś zaczął o te kwestie pytać oraz że pada odpowiedź wprost. Kiedyś przyjdzie czas, by Michał Karnowski zapytał, ile lat Wildstein do masonerii należał, do jakiego doszedł stopnia wtajemniczenia, jakiego typu przeszedł inicjację. Masoneria bywa bowiem rodzajem gnostyckiej sekty, śmiertelnie groźnej dla duszy.
Niepokorny znaczy pyszny
Jest w tej książce mnóstwo wątków ważnych, ale o nich nie napiszę. Ani o celnej analizie opozycji antypeerelowskiej, ani o Adamie, który, świetny w roli opozycjonisty, ciężaru władzy „nie uniósł i Jacek nie uniósł”. O tym, dlaczego Wildstein mówi o sobie, że był „głupio kontrkulturowy”. Proszę też samemu przeczytać sobie o „perwersyjnych ideach III RP” i o w pełni „dostojewskim” wątku Pyjasa i Maleszki. Bo dla mnie najważniejsza jest tutaj opowieść o dojrzewaniu. Wildstein, jak mówi, był „szowinistą intelektualnym”, z wiekiem zaś zaczął „doceniać elementarne cnoty”.
Tyle że lekturę musimy zacząć od tytułu. Niepokorny oznacza: pozbawiony cnoty pokory. Czyli pyszny. Żyjemy w świecie, w którym żyją ludzie czerpiący z przynajmniej dwóch istniejących równolegle do siebie i przenikających się częściowo kultur. Jan Paweł II w liście do artystów wyraził nadzieję, że Zachód nadal ma jedną kulturę. Nie wiem. Na pewno papież miał rację w tym, że istnieje cały nurt humanizmu chrześcijańskiego, który nie jest wrogi prawdzie, Bogu i człowiekowi. Jednak inny nurt, humanizmu antropocentrycznego, czyli chyba humanizmu właściwego, tego, dla którego to człowiek jest miarą wszystkich rzeczy, to rzeka śmierci. Świat Zimnych Czaszek, pusty kosmos złego demiurga nakręcającego Wszechświat jak zabawkę i porzucającego go, jak rozkapryszone dziecko. W tworzonej przez ten nurt kulturze, bycie niepokornym, bycie pysznym to najwyższa pochwała. Ale to świat odwróconych pojęć. To świat będący efektem wielowiekowej pracy nad usunięciem z zachodniej kultury języka Objawienia.
Zapis transmutacji
I tu docieramy do miejsca, w którym „Niepokorny” jest najciekawszy. Bo w Bronisławie Wildsteinie toczy się walka pomiędzy tymi dwoma najważniejszymi tendencjami w naszej kulturze. Od losu tej batalii zależą losy naszej cywilizacji. W autorze „Doliny nicości” wygrywa „ten dobry”, jak mówią moje dzieci. „Niepokorny” jest zapisem transmutacji. Wildstein krok po kroku wyrywa się ze swoich uwarunkowań. Osobistych, środowiskowych, światopoglądowych. Rozwija się, bo nie ma w nim tego pragnienia ucieczki przed prawdą, które zabiło w Gombrowiczu artystę. Zmysł psa gończego, tropizm prawdy jest w nim silniejszy niż duchowa gnuśność, charakterologiczne lenistwo, dążenie do przyjemności. Wildstein idzie. Cały czas idzie do przodu.
A na zakończenie obrazek sprzed 17 lat. Trwają debaty, jest gorący czas: apogeum wyborów prezydenckich 1995 r. Wildstein do Oleksego w studiu Polsatu: „Panie premierze, ja sobie zdaję sprawę, że pan się spotykał z Ałganowem [oficer wywiadu ZSRS – przyp. RT] wyłącznie ze względu na jego niewątpliwe walory towarzyskie. Ale teraz, gdy pan już wie, kim on był, czy nadal pan myśli, że on się z panem spotykał wyłącznie ze względu na pańską atrakcyjność towarzyską?”. „W odpowiedzi zaczął bulgotać, podobno żyłka w oku mu pękła. Potem była druga debata, już z decyzją prokuratury wojskowej zwalniającej Oleksego z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Siedzimy już w studio (…) wchodzi upudrowany Oleksy. Widzi mnie i Janeckiego i mówi: »Proszę państwa, ja się umówiłem z dziennikarzami, ale nie z panami Wildsteinem i Janeckim. Z nimi nie będę rozmawiał«. Siedzimy dalej. Nadają reklamy, program nie może się rozpocząć. Solorz podchodzi krokiem wykidajły, staje nade mną: »No co jest, pan premier coś powiedział?«. O ile wcześniej zastanawiałem się, czy wyjść, to w tym momencie wiedziałem już, zostanę. »No i co?« – odpowiadam Solorzowi. Cisza się przeciąga. Trzeba przyznać, że wtedy Monika Olejnik się odezwała: »W takim razie wszyscy wychodzimy«. Wtedy Oleksy ułaskawił nas gestem upudrowanej dłoni”. Bronek bierze świat z główki. I często światu to się należy.
